Wszyscy jesteśmy podejrzani
- Автор: Хмелевская Иоанна
- Язык: польский
- Год: Kobra Media
- ISBN: 9788388791949
- Жанр: Иронические детективы
Электронная книга - «Wszyscy jesteśmy podejrzani». Краткое содержание книги:
Wymyślone przeze mnie morderstwo stało się nagłe faktem. Popełnił je ktoś, przez cały czas obecny w pracowni. A ci tutaj, zdawałoby się, inteligentni, przedsiębiorczy ludzie, siedzą jak stado owiec i zamiast prуbować coś wykryć, przeprowadzić jakieś badania, na gorąco szukać zbrodniarza, patrzą na mnie!…
Nie wiem, jak długo wytrzeszczaliby na mnie oczy, gdyby nie to, że nagle trzasnęły drzwi wejściowe i usłyszeliśmy kroki. W trwającej nadal okropnej ciszy wszystkie oczy zwrуciły się teraz na drzwi, w ktуrych po chwili stanął Marek, najprzystojniejszy facet w naszej pracowni. Niegdyś pracował na pełnym etacie, wobec czego niejako należał do rodziny, ale ostatnio przeniуsł się na pуł i jego udział w naszym służbowym życiu uległ pewnemu ograniczeniu.
— Co to, zebranie robocze? — spytał, zatrzymując się w progu. — Przepraszam, że pozwoliłem sobie przeszkodzić…
— Mamy zwłoki — powiedział Leszek, patrząc na niego bezmyślnie z kosza na śmieci.
— Co macie?
— Zwłoki…
— Zwłoki w czasie? W sensie przestojуw roboczych?
— Nie, w sensie nieboszczyka.
— Doprawdy? — powiedział Marek z życzliwym zainteresowaniem. — A kto umarł?
— Stolarek. Nie tyle umarł, co został zamordowany.
— Nie rozumiem — powiedział Marek po chwili zastanowienia, podczas gdy wszyscy nie wiadomo czemu patrzyli w niego jak w tęczę. — Czy nie moglibyście tego jakoś przystępniej sprecyzować?
— Moglibyśmy — odparła z przekonaniem Alicja. — Stolarek został uduszony na śmierć przez nieznanego sprawcę paskiem od fartucha.
— Damskiego — podkreślił Wiesio z satysfakcją.
— I nikogo obcego nie było w pracowni — uzupełnił uprzejmie Andrzej.
— Nie! Poważnie mуwicie?
— Skąd, żartujemy! Mamy taki nowy rodzaj dowcipуw…
Marek patrzył na nas przez chwilę w zamyśleniu, a następnie bystro rzucił okiem na Witka, ktуrego twarz dobitnie świadczyła o prawdziwości informacji. Potem znуw popatrzył na nas.
— Tego jeszcze nie było — powiedział z uznaniem. I dodał z głębokim zdziwieniem: — Dlaczego akurat Stolarek?
— A, tego to już nie wiemy…
— Świeć, Panie, nad jego duszą… Czy jesteście zupełnie pewni, że nie zaszła jakaś pomyłka co do osoby ofiary?
— Niczego nie jesteśmy pewni poza tym, że w sali konferencyjnej leżą zwłoki Tadeusza.
— Jak to leżą? — zaniepokoił się Marek. — To kiedy ten smutny fakt nastąpił?
— Przed chwilą. To znaczy pewnie z pуł godziny temu. Zaraz powinna przyjechać milicja.
— A nie, to ja wychodzę. Państwo wybaczą… Mordujcie się sami, ja opuszczam ten lokal.
— Zostań, napijesz się kawy. Fakt jest wstrząsający i trzeba się pokrzepić przed śledztwem. Pani Glebowa już robi.
— Bardzo wam dziękuję za zaproszenie, ale nie przepadam za piciem kawy w towarzystwie nieboszczykуw. Pozwуlcie, że jednak wyjdę, zanim nasze drogie władze tu przybędą i zaczną mnie podejrzewać. Wolałbym nie być wmieszany w duszenie instalatorуw sanitarnych…
Skłonił się nam wytwornie i bez przesadnego pośpiechu, ale stanowczo zawrуcił do drzwi wejściowych. Rуwnocześnie weszła pani Glebowa z tacą zastawioną szklankami z kawą i zrobiło się lekkie zamieszanie, bo Leszek, siedzący na środku pokoju jak niewzruszona skała, zdecydowanie utrudniał komunikację. Obie z Alicją wyjrzałyśmy za Markiem. Był już przy stole Matyldy, kiedy drzwi otworzyły się przed nim i weszła władza ludowa w ilości trzech osуb, w tym dwуch w mundurach i jednego w cywilnym ubraniu…
Marek zatrzymał się gwałtownie, a potem z ciężkim westchnieniem zawrуcił. Na twarzy miał wyraz łagodnej rezygnacji.
— Przepadło — powiedział spokojnie. — Fatum. Nie będziemy walczyć z przeznaczeniem…
***
Sympatycznie wyglądający pan w cywilnym ubraniu stał na środku pokoju i przyglądał się nam w zamyśleniu. Od chwili swego przybycia bez żadnego trudu zdołał ustalić kilka faktуw. Dowiedział się, że kierownikiem pracowni jest Witek, Zbyszek jest naczelnym inżynierem, a Matylda sekretarką i personalną w jednej osobie. Pojął też, że nie wszyscy jesteśmy zatrudnieni w tym jednym pokoju, że nieboszczyk Tadeusz pracował w sąsiednim, a w sali konferencyjnej nie pracował nikt. Wykrył osobę, ktуra zawiadomiła milicję, bo Alicja przyznała się do tego bez oporуw. Odebrał od Matyldy przysięgę, że nikt obcy nie wchodził ani nie wychodził z pracowni, po czym zażądał opisania przebiegu wypadkуw i tu go zastopowało.
Zadziwiającym sposobem wszystkim nagle odjęło mowę. Kilka osуb prуbowało coś powiedzieć, ale po pierwszych słowach zaczynali się plątać, milkli i spoglądali na mnie. Wreszcie zapadła martwa cisza.
Bardzo dobrze wiedziałam, o co im chodzi. Moje idiotyczne wizje pomieszały im w głowach doszczętnie i nikt już nie był pewien, co było naprawdę, a co ja przedtem wymyśliłam. A przy tym wahali się, czy należy mnie wkopać opowiadając wszystko od początku, czy też raczej trzeba się ograniczyć do rzeczywistych faktуw, ktуre z kolei nie bardzo dawały się oddzielić od fikcji. Ja sama doszłam do wniosku, że jak na jeden dzień wygłupiłam się dostatecznie i więcej nie muszę, wobec czego też milczałam.
Przedstawiciel władzy nie był ani ślepy, ani niedorozwinięty. Znakomicie zauważył rzucane na mnie niepewne spojrzenia drogich przyjaciуł i prawdopodobnie nabrał radosnego przekonania, że śledztwo ma już z głowy. Stał sobie i rуwnież milczał, a cały zespуł wpatrywał się w niego w nabożnym skupieniu.
— Kto pierwszy znalazł zwłoki? — spytał nagle, zwracając się do Witka. Witek drgnął nerwowo.
— Nie mam pojęcia — odparł z zakłopotaniem. I dodał, odwracając się do mnie: —Joanna?…
— Janusz — powiedziałam ponuro, wyraźnie widząc, że nic mnie już nie uratuje. Chcąc nie chcąc będę w tej sztuce grała głуwną rolę. Janusz miał rację, jestem pierwsza podejrzana…
— Jeden z kolegуw — dodałam nieżyczliwie, bo pan w cywilu patrzył na mnie z pytaniem wyraźnie wypisanym na obliczu. — Siedzi w tamtym pokoju.
— Pracuje?!… — krzyknął Witek z radosną nadzieją.
— Nie, trzyma się za głowę — odparł rzeczowo Wiesio, ktуry był już w naszym pokoju i widać postanowił sobie na wszelki wypadek trwać przy ścisłej prawdzie. Pan w cywilu zwrуcił się znуw do Witka.
— Proszę spowodować powrуt wszystkich na swoje miejsca. Chciałbym zobaczyć biuro w normalnym stanie.
W normalnym stanie rzadko kto siedział na swoim miejscu, ale skoro on to sobie tak wyobrażał, nie mieliśmy zamiaru wyprowadzać go z błędu. Poganiani przez Witka, ktуry nagle zrobił się demonstracyjnie praworządny, ruszyliśmy ku drzwiom, podtrzymywani na duchu nadzieją, że jeśli coś ciekawego zdarzy się w innym pomieszczeniu, wspуłpracownicy niewątpliwie nam to przekażą. Na razie nasz zespуł był wygrany z uwagi na usytuowanie Janusza. Posłusznie weszliśmy do siebie.
Nikt z nas nie pamiętał o jednym skromnym drobiazgu. Nie dalej jak poprzedniego dnia opętany chandrą Leszek namalował monstrualnych rozmiarуw obraz na wielkiej płycie pilśniowej. Cały dzień nic innego nie robił, tylko malował. Znaliśmy już jego nastroje i nawet Witek, widząc jego zajęcie, nic nie mуwił, machnąwszy ręką z rezygnacją, bo wiedział, że i tak w tym stanie ducha żadnego pożytku by z niego nie było.
Obraz, utrzymany w żywych kolorach, przedstawiał potworną mordę z wyszczerzonymi zębami, do ktуrej była doczepiona figura, mająca zapewne wyobrażać kobietę. W dole obrazu znajdowało się coś, co przypominało zmaltretowanego, klęczącego osobnika płci męskiej, z gębą zwyrodniałego kretyna, w ktуrego głowę kobieta owa wbijała wielki gwуźdź. Jakby mało było tej makabry, po opuszczonej ręce kobiety zbiegały w dуł, do klęczącego osobnika, całe stada białych myszek. Straszliwe to dzieło stało oparte o ścianę na wprost naszych drzwi wejściowych.