Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Иронические детективы » Wszyscy jesteśmy podejrzani
Wszyscy jesteśmy podejrzani - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wszyscy jesteśmy podejrzani

Электронная книга - «Wszyscy jesteśmy podejrzani». Краткое содержание книги:

Wszyscy jesteśmy podejrzani
1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 ... 58
Перейти на страницу:

— Niesamowite — powiedziała po krуtkiej chwili milczenia, zapalając w swoim pokoju papierosa. — Co ty na to?

Wielki Boże, a cуż ja mogłam na to?! Tak samo jak inni byłam skłonna nie wierzyć własnym oczom i uznać raczej, że wszyscy ze mną na czele zwario­wali niż że Tadeusz istotnie nie żyje. Mnуstwo razy słyszałam o takich wypadkach zbiorowej hipnozy. W tym stanie niedowierzania oczywistym faktom jedyne, co mi się wyraźnie tłukło po głowie, to myśl, że trzeba być ostatnią świnią, żeby go udusić rze­czywiście paskiem od fartucha, dokładnie tak, jak to przedtem przepowiadałam. Pierwszy raz w życiu moja wyobraźnia okazała się zgodna z rzeczywistoś­cią i nie bardzo wiedziałam, co mam z tym fantem zrobić. Tadeusz Stolarek nie żyje… Tadeusz napraw­dę nie żyje, a ja to przedtem wymyśliłam… Wymyś­liłam? Czy spowodowałam?…

— Słuchaj — powiedziałam z rozpaczą — czy jes­teś pewna, że to prawda? Czy może ja mam nadal idiotyczne halucynacje? Tadeusz tam rzeczywiście leży? Uduszony paskiem od cholernego fartucha?

— Tadeusz tam rzeczywiście leży, uduszony pas­kiem od cholernego fartucha — powtуrzyła Alicja stanowczo. — Trudno przypuszczać, że tyle osуb naraz cierpi na halucynacje. Oprzytomniejesz sama, czy mam ci dać w mordę?

— Daj lepiej papierosa…

— Mam wrażenie, że trzeba chyba gdzieś zadzwo­nić? Na milicję albo coś w tym rodzaju…

Bezpośredni telefon był w pokoju Matyldy. W ko­rytarzu panowała nadal sodoma i gomora, bo dopiero teraz do akcji włączył się Ryszard, domagając się kategorycznie, żeby Stolarkowi zastosować sztuczne oddychanie. Ryszard w normalnych warunkach mу­wił głosem, ktуry słychać było piętro wyżej i piętro niżej, tym razem ze zdenerwowania zwiększył jeszcze natężenie, reszta usiłowała go przekrzyczeć, tłuma­cząc, że niczego nie należy ruszać, a już zwłaszcza nieboszczyka, i w rezultacie panował hałas, ktуrego nie powstydziłyby się trąby pod murami Jerycha. Alicja, rozmawiając z milicją, też wrzeszczała, niepom­na na to, że hałas panuje tu, a nie tam. Wiesia, ciągle skulona pode drzwiami, wydawała z siebie dźwięki nieco już cichsze, ale za to bardzo przenikliwe.

Trzymałam się Alicji, bo jej obecność wyraźnie dodawała mi otuchy. W środkowym pokoju było kilka osуb, ktуre już dokonały oględzin miejsca zbrodni. Zbyszek czule i troskliwie wprowadził Stefana, gnące­go się jak nadłamana lilia i nadal jęczącego, teraz już znacznie wyraźniej i nader dziwnie.

— Co ja zrobiłem… — mamrotał z najgłębszą roz­paczą. — Co ja zrobiłem…

— Zwariował? — spytała Alicja ze zdumieniem. — Co on mуwi?

Zbyszek ostrożnie posadził Stefana na krześle, a potem potrząsnął nim jak workiem z kartoflami.

— Opamiętaj się, Stefan, co mуwisz? Ty go zabi­łeś czy co?!

— Co ja zrobiłem..

— Proszę państwa, co to właściwie znaczy? — spytał zdenerwowany Kazio, wchodząc do pokoju.

— Czy ten Stolarek rzeczywiście nie żyje, czy to jakieś wygłupy?

Jak widać, moja reakcja nie była odosobniona. Za­raz za Kaziem weszła Anka z wyrazem zdumienia i przerażenia na twarzy i od razu zwrуciła się do mnie.

—                Słuchaj, ja nic nie rozumiem, czy ty wiedziałaś o tym, że go ktoś udusi? Skąd wiedziałaś?

Zbyszek nagle oderwał się od jęczącego Stefana.

— Teraz pani sama widzi, do czego prowadzą idio­tyczne dowcipy! — warknął do mnie z wściekłością.

Kazio tyłem zbliżał się do swojego stołu, przyg­lądając mi się coraz bardziej zaintrygowany. Alicja grzebała w torbie w poszukiwaniu papierosуw, nie spuszczając ze mnie wzroku. Monika, ktуra poprzed­nio siedziała oparta łokciami o stуł i patrzyła w ok­no, teraz odwrуciła się na kręconym krześle i rуw­nież spojrzała na mnie z dziwnym wyrazem zgrozy, zaciekawienia, podziwu i wdzięczności, pomiesza­nych razem. Leszek, na niskim stołku, oparty o ścia­nę, ze skrzyżowanymi ramionami i nogami wyciąg­niętymi na środek pokoju, przyglądał mi się trochę też ze zgrozą, a trochę z jadowitą satysfakcją. Do prawdy, na całym świecie nie było chyba dla nich nic bardziej interesującego do oglądania niż ja!

Pomyślałam sobie, że gdyby ktoś się uparł wymyś­lić głupszą sytuację, byłoby mu niesłychanie trudno. I że bezwzględnie muszę coś powiedzieć, bo inaczej im oczy powyłażą z głowy i będzie następny kłopot.

— Odczepcie się — mruknęłam niechętnie. — Pierwszy raz w życiu mnie widzicie? Jeżeli wam się wydaje, że dam się w to wrobić, to popełniacie fatal­ną pomyłkę.

To ich wreszcie wyrwało z tej kontemplacji.

— No dobrze, ale skąd wiedziałaś…? — upierała się Anka.

— Bo ostatnio miewam nadprzyrodzone jasnowi­dzenia! Idiotka, skąd miałam wiedzieć?!…

Monika z głębokim westchnieniem znуw odwrу­ciła się z krzesłem do okna, a Kazio dotarł wreszcie do swojego stołu.

— Wiecie, państwo, to okropne — powiedział z za­kłopotaniem, wyciągając z szuflady bułkę z polędwicą. — Jak jestem zdenerwowany, to zaraz muszę jeść…

— Gdzie dostałeś polędwicę?! — wyrwało się Ali­cji z nagłym zainteresowaniem.

— Nie wiem — odparł Kazio niewyraźnie, jedząc tę bułkę tak, jakby od tygodnia nie miał nic w ustach. Stanął naprzeciwko Stefana i przyglądał mu się z nie ukrywanym zaciekawieniem, wyraźnie zamierzając coś powiedzieć, ale nie był w stanie przerwać jedze­nia. Stał, patrzył i jadł coraz zachłanniej.

Nieboszczyk w sali konferencyjnej nie przedsta­wiał sobą szczegуlnie pociągającego widoku, toteż wszyscy kolejno wycofywali się stamtąd i wchodzili w najbliższe drzwi, to znaczy do środkowego pokoju. Po paru minutach prawie cały personel był w kom­plecie. Po pierwszych wybuchach energii wszystkich ogarnęło otumanienie, zwłaszcza że dopiero teraz zaczęli sobie zdawać sprawę z tego, że śmierć Ta­deusza nie jest czyimś idiotycznym dowcipem, tylko smutnym faktem. Gdyby ta śmierć nastąpiła zupełnie nieoczekiwanie, prawdopodobnie wywołałaby mniej­sze zaskoczenie niż poprzedzona moimi przepowied­niami. Jakoś nikomu to przeobrażenie fikcji w rze­czywistość nie mogło pomieścić się w głowie.

— Dlaczego on tak żre? — spytała mnie szeptem Danka, spoglądając nieufnie na Kazia, ktуry, skoń­czywszy swoją bułkę, natychmiast napoczął śniada­nie Alicji.

— Atawizm — odparłam bez zastanowienia. — Miał przodkуw ludożercуw. Zobaczył nieboszczyka i od razu mu się jeść zachciało.

Danka spojrzała na mnie z przerażeniem i wstrę­tem, ze zgrozą na Kazia, zzieleniała i nagle wybiegła z pokoju.

— No i proszę — powiedział bez sensu Wiesio, blady, wstrząśnięty, ale zainteresowany sytuacją. — Rzeczywiście. Co teraz?

— Proszę państwa, to straszne —jęknęła rozpacz­liwie Matylda, padając na krzesło i wciąż płacząc, — To straszne, ja w to nie mogę uwierzyć!

— To niech pani nie wierzy — mruknął niechęt­nie Andrzej. — Może go to wskrzesi…

Do pokoju wszedł Witek z takim wyrazem twa­rzy, jakby miał zapalenie okostnej. Spojrzał na nas z boleścią i spytał cicho i głupio:

— Kto to zrobił?

— Ja nie! — zawołał kategorycznie Leszek, bo w chwili pytania Witek patrzył akurat na niego. Wi­tek skrzywił się jeszcze bardziej i spojrzał na mnie.

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 ... 58
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)