Wszyscy jesteśmy podejrzani
- Автор: Хмелевская Иоанна
- Язык: польский
- Год: Kobra Media
- ISBN: 9788388791949
- Жанр: Иронические детективы
Электронная книга - «Wszyscy jesteśmy podejrzani». Краткое содержание книги:
—Ja też nie — oświadczyłam natychmiast rуwnie kategorycznie. — Wybij to sobie z głowy!
— No to kto? — krzyknął z rozpaczą Zbyszek, odrywając się nagle od Stefana. — Kto, do wszystkich diabłуw?!
— Kto? — zawtуrowała mu Matylda z jeszcze większą rozpaczą. — Boże mуj, kto?!
— Właśnie, kto? — poparł ich Wiesio z żywym zainteresowaniem, spoglądając pytająco na mnie. Poczułam, że i mnie ogarnia rozpacz. Pierwsza podejrzana!…
— Nie wiem! — krzyknęłam z wściekłością. — Odczepcie się ode mnie, co ja jestem? Duch Święty?!
— Jak mogliście zrobić coś podobnego! — jęknął Witek z bolesnym wyrzutem, rezygnując widać na razie z natychmiastowego wykrycia przestępcy i nie słuchając naszych okrzykуw. — W obecnej sytuacji!…
W Alicję nagle wstąpiło ożywienie.
— To go skończy — mruknęła z głęboką satysfakcją. — Najpierw popełniamy nadużycia finansowe, a potem mordujemy się nawzajem. Ładnie rządzi pracownią!
— Prawdę mуwiąc, to byłaby zupełnie niezła metoda likwidacji przedsiębiorstwa — powiedział Kazio w zamyśleniu, przestając wreszcie jeść. — Nie dam głowy, czy to nie on sam…
Ta uwaga znalazła natychmiastowy oddźwięk. Na skutek kompresji etatуw personel naszej pracowni powinien ulec wydatnemu zmniejszeniu i Witek miał straszne kłopoty z wyrzucaniem najbliższych kolegуw i przyjaciуł. Każde wymуwienie wydawało się krzyczącą niesprawiedliwością i myśl, że zmniejsza stan zatrudnienia za pomocą wysyłania wspуłpracownikуw z tego padołu na lepszy, okazała się niesłychanie ponętna.
— No dobrze, ale dlaczego Stolarek? Z sanitarnymi nie ma takich kłopotуw, powinien mordować architektуw.
— Zaczął od sanitarnych dla odwrуcenia podejrzeń…
— To ja wolę wymуwienie — oświadczył stanowczo Leszek. — Mam parę rzeczy do załatwienia i jeszcze bym chętnie trochę pożył.
— Co za świnia oblała mnie tą śmierdzącą cieczą? — spytał z goryczą i wyrzutem Włodek, wycierając chustką do nosa resztki wody po kwiatkach. Siedział w kącie, między stołami, na krześle Alicji. Twarz miał nadal w pięknym bladozielonym kolorze.
Prawie cały personel siedział jak na naradzie produkcyjnej, tyle że na naradach mieliśmy jednak na ogуl nieco inny wyraz twarzy. Teraz wszyscy przyglądali się sobie nawzajem ze zdumieniem, niedowierzaniem i odrobiną przerażenia, prawie w milczeniu, odzywając się z rzadka i niepewnie. W powietrzu wisiał wielki znak zapytania.
W myśl moich wszystkich uprzednich wyobrażeń, tak sugestywnie rozgłaszanych, mordercą musiał być ktoś z nas. Przed kilkoma godzinami wymyśliłam wprawdzie także i zbrodniarza, ale teraz, w obliczu rzeczywistości, ta wizja zbladła. Złożyłam sobie w duchu gratulacje, że rozwiązanie zagadki, wуwczas fikcyjnej, zachowałam w tajemnicy i na wszelki wypadek przyjrzałam się im dokładnie.
Witek stał przy drzwiach, opierając się o szafę z rysunkami, wciąż z tym bolejącym wyrazem oblicza i z dziwnie zgiętą głową, bo nad nią miał wysuniętą jedną z płaskich szuflad. Leszek siedział na środku pokoju, na koszu do śmieci, a Wiesio w kącie, na kupie odbitek, wyglądając tak, jakby z zachłannym zainteresowaniem oczekiwał dalszego ciągu przedstawienia. Włodek na krześle Alicji oparł tył głowy o ścianę, zamknął oczy i przybrał taki wyraz twarzy, jakby to jego zamordowano. Niewątpliwie ta przesadna demonstracja miała obrazować jego niesłychane przeżycia wewnętrzne, był bowiem histerykiem i bardzo lubił urządzać przesadne demonstracje.
Stefan poniechał już intrygujących jękуw i chwytał się tylko co jakiś czas rękami za głowę. Kajtek za stołem Kazia bawił się nerwowo zapałkami, wysypanymi z pudełka, a dalej siedział na własnym miejscu jego ojciec, Kacper, ktуry palił papierosa, opierając się łokciami o deskę, i w milczeniu patrzył w okno. Uprzytomniłam sobie nagle, że trwa w tej pozycji przez cały czas i że od chwili wykrycia morderstwa nie wypowiedział ani jednego słowa.
Największe zdumienie wzbudził we mnie Ryszard, ktуry rуwnież siedział na swoim miejscu, opierał się o ścianę ze schyloną głową i najwyraźniej w świecie — spał!!!
To prawda, że był niedospany, bo pracował po nocach, robiąc jakiś konkurs, i z przemęczenia zasypiał w najdziwniejszych porach i okolicznościach, ale zasnąć teraz, w obliczu zbrodni? Jego snu nie mąciły szlochania Wiesi i Matyldy, ktуre siedziały przy małym, trуjkątnym stoliku i wytrwale płakały. Za nimi, oparty o futrynę stał głуwny księgowy, w przeciwieństwie do reszty dziwnie czerwony na twarzy, i nerwowo coś mamrotał, przy czym z dźwiękуw, ktуre wydawał, najwyraźniejsze było szczękanie zębami.
— Niedobrze mi — powiedziała nagle z niesmakiem Monika.
— Komu dobrze? — odparł w filozoficznym zamyśleniu Kazio, oparty o stуł obok niej.
— Słuchajcie, a może byśmy tak zrobili kawy? — zaproponowała Alicja. — Gdzie pani Gleba?
Myśl o kawie wzbudziła powszechny entuzjazm, bo to nareszcie było coś znanego, czym można się było bezpiecznie zająć, ale zanim zdążyliśmy jakoś zadziałać, weszła Jadwiga, wnosząc ze sobą intensywną woń kropli Waleriana.
— Jezus kochany, dlaczego pani tak śmierdzi? — spytał z obrzydzeniem Andrzej, odwracając się od zgnębionego Stefana i spoglądając na woniejącą Jadwigę.
— Trudno, ja jestem nerwowa — odparła z godnością Jadwiga jeszcze głębszym basem niż zazwyczaj. — Pani Glebowa już robi kawę, bo też sobie pomyślałam, że się wszyscy napiją.
— Za darmo? — spytał z nadzieją Leszek.
— Co pan? Ma pan źle w głowie? — powiedziała Jadwiga z politowaniem. — Mogliby nas wszystkich podusić, a od pani Glebowej kawy by pan darmo nie zobaczył.
— Słuchajcie, czy ktoś już dzwonił po milicję? — spytał Zbyszek. — Trzeba ich było zawiadomić.
— Cholernie jestem ciekawa, kto to zrobił — mruknęła Alicja.
— A może jednak ktoś obcy? — powiedział z nadzieją Andrzej. — Pani Matyldo, czy pani jest pewna, że nikogo obcego nie było w pracowni?
— Mogę przysiąc — odparła Matylda z niespodziewaną energią, przerywając szlochanie.
— Może przeoczyłaś?… — spytała Alicja bez przekonania, bo bardziej było prawdopodobne, że wymordujemy się wszyscy nawzajem niż że Matylda przeoczy nie tylko człowieka, ale nawet przechodzącą pluskwę. Siedziała w tym swoim przedpokoju i pilnowała tak, jakby miała oczy ze wszystkich stron głowy.
— Nie przeoczyłam. Mogę przysiąc — powtуrzyła z uporem.
— No to nie ma siły — oświadczył Leszek z satysfakcją. — Morderca jest wśrуd nas.
Na te głupie słowa zapadło grobowe milczenie, a wszystkie oczy skierowały się znуw na mnie. Z rozpaczą pomyślałam, że oni wszyscy są chyba rzeczywiście przekonani o mojej winie. Dla jakichś tajemniczych celуw, w napadzie szaleństwa zamordowałam Tadeusza, robiąc z tego możliwie dużą sensację. Jeżeli prawdziwy zabуjca nie zostanie wykryty, to nie pozostaje mi nic innego, jak tylko się powiesić, bo nikt z nich nigdy w życiu nie uwierzy, że to jednak nie ja.
A rуwnocześnie uderzył mnie fakt, że ustawicznie pada pytanie „kto”, a ani razu nie padło pytanie „dlaczego”. Nie dość na tym, wszyscy są jacyś dziwni… Jakby przy całym wzburzeniu i zdenerwowaniu usiłowali być ostrożni i pilnowali, żeby czegoś przypadkiem nie powiedzieć. Czego? Patrzą na mnie, oczekując ode mnie wyjaśnienia, a robią takie wrażenie, jakby wiedzieli znacznie więcej niż ja… Jakby wiedzieli nie tylko, że ja go zabiłam, ale także, dlaczego to uczyniłam. A ja, nieszczęsna ofiara wyobraźni, nie wiem nic!