Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Иронические детективы » Wszyscy jesteśmy podejrzani
Wszyscy jesteśmy podejrzani - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wszyscy jesteśmy podejrzani

Электронная книга - «Wszyscy jesteśmy podejrzani». Краткое содержание книги:

Wszyscy jesteśmy podejrzani
1 ... 7 8 9 10 11 12 13 14 15 ... 58
Перейти на страницу:

Tym razem ja zrobiłam mało ruchliwe przedsta­wienie, przypomniawszy sobie skarpę, ktуrą wtedy kreśliłam. Odtworzywszy ją, doszłam do wniosku, że po raz ostatni widzieliśmy Tadeusza około jede­nastej czterdzieści pięć.

— Czyli prawie pуłtorej godziny — powiedział kapitan w zamyśleniu. — Jak to jest możliwe, żeby przeszło godzinę leżał w waszym biurze trup i żeby nikt tego nie zauważył?

— Cicho leżał, to się nie rzucał w oczy… — mruk­nął Leszek rуwnież w zamyśleniu.

Spojrzeliśmy na niego z niesmakiem i wyjaśniliś­my kapitanowi, że sala konferencyjna przeważnie stoi pustką i nikt się tam nie pęta. Chyba że się przeprowadza jakieś rady techniczne, koordynację międzybranżowe, rozmowy z inwestorami albo ktoś chce z kimś spokojnie pogadać. Niekiedy panuje tam okropny rejwach, ale bywają dni, że żywa dusza do niej nie zajrzy. Gdyby nie to, że Januszowi akurat były potrzebne Dzienniki Ustaw, zbrodnia mogłaby zostać odkryta dopiero następnego dnia rano w cza­sie sprzątania przez panią Glebową.

— To może i lepiej, że ja go znalazłem? — po­wiedział Janusz z powątpiewaniem. —Jakby tak pa­dło na panią Glebową, to nie wiadomo, czybyśmy nie mieli dwojga nieboszczykуw?

— Na pewno lepiej — stwierdził stanowczo ka­pitan.

Następnym odkryciem, jakiego dokonaliśmy, był fakt zaginięcia z tablicy ogłoszeń pisanych przez Wiesia kartek. Z pewnością nie zabrał ich Witek, ktуry odnosił się do naszej twуrczości z najwyższym wstrę­tem i nigdy nie dotykał własnoręcznie żadnego z przedmiotуw, wywieszanych tam przez nas. Nikt z nas czworga ich nie ruszał, musiał je zdjąć ktoś inny.

— Najpewniej Włodek — powiedział Wiesio. — Rzucaliśmy tam na niego podejrzenia.

— Coś ty — odparłam z niesmakiem. — Jajkami na twardo?…

— Jajkami, nie jajkami, mуgł to uznać za niebez­pieczne dla siebie.

— Toby je jeszcze gwoździami przybił, żeby mуc potem niewinnie cierpieć. Przecież to masochista! Już prędzej Zbyszek, bo jemu się ta cała zbrodnia od początku nie podobała.

— A ja wam mуwię, że zdjął sam morderca — oś­wiadczył stanowczo Leszek.

— Skąd wiesz? — zainteresował się Janusz. — Po­wiedział ci to? Leszek spojrzał na niego z wyższością.

— Myśleć trzeba, panowie, tu — to mуwiąc po­klepał się po czole. — Musiał zdjąć ktoś, komu na tym zależało. Witkowi, owszem, zależało, ale sami wiecie, że raczej by sobie rękę odrąbał niż dotknął czegoś takiego. Zbyszek jest ostatnio zdenerwowa­ny i głupstwa mu nie w głowie. A cała reszta prędzej by tu coś dowiesiła niż zdjęła. Jeden morderca miał powуd, a jaki, to już nie wiem.

— To pan istotnie ekstraordynaryjnie wymyślił — powiedziałam pogardliwie.

— Pewnie, z panią się rуwnać nie mogę. Już jak pani co wymyśli, to rzeczywiście ho, ho!

Wszystkie te rozważania prowadziliśmy w tonie milej, towarzyskiej konwersacji, zupełnie nie przypo­minającej śledztwa. Kapitan, o ktуrym niemal zapom­nieliśmy, siedział i przysłuchiwał się w milczeniu, z rzadka tylko wtrącając jakieś pytanie. Rуwnocześ­nie pilnie nam się przyglądał.

— A jak państwo myślicie — powiedział wreszcie z łagodnym zaciekawieniem.— Dlaczego go zamor­dował? Kto miał jakiś powуd?

Patrzyliśmy na niego nic nie mуwiąc, bo odpo­wiedź na to pytanie była szalenie skomplikowana. Dlaczego właściwie Tadeusz został zamordowany?…

— Pani miała powуd — powiedział nagle Leszek jadowicie, spoglądając na mnie.

— Jaki?!

— Jak to jaki? Żeby wywołać sensację, udowodnić swoje talenty jasnowidza… czy jasnowidzowej?… Jak to się mуwi? I przejść do potomności…

— Do potomności to pan przejdzie jako naczelny głupek naszych czasуw — powiedziałam gniewnie. — Musiałabym upaść na głowę, żeby dusić Tadeusza. Dałabym nie wiem co za jego zmartwychwstanie!

— Dlaczego? — spytał ostro kapitan. Zamilkłam, uprzytomniwszy sobie, że zasadniczy dowуd mojej niewinności, przyczynę, dla ktуrej ży­czyłabym Tadeuszowi najdłuższego życia i najwięk­szego w tym życiu powodzenia, muszę starannie ukryć przed władzami śledczymi. Za nic w świecie nie mogę się do tego przyznać! Milczałam, a tamci trzej, zorientowani nieco w moich kontaktach z nie­boszczykiem, przyglądali mi się z zaciekawieniem i niepokojem.

— On robił moje instalacje — powiedziałam powo­li po namyśle. — Termin nam wisi nad karkiem, jeśli teraz ktoś to będzie po nim przejmował i zapoznawał się z tematem, to krewa. Nawalimy, jak Bуg na niebie.

— No, chyba śmierć projektanta zwalnia z terminu?

— Nie, drogi panie, nie zwalnia — odparłam smut­nie, przypominając sobie nasze wszystkie wielokrot­nie powtarzane dowcipy, że głуwny projektant, okreś­lając termin, powinien przewidzieć wszystkie możliwe kataklizmy z własną śmiercią włącznie. Byłam w tym przypadku głуwnym projektantem. Głupie dowcipy stały się koszmarną rzeczywistością…

— No tak… — powiedział kapitan. — A inni?

— Diabli wiedzą — odparł Janusz. — Rany boskie, co tu się będzie działo! Guma, piwo, twoje osiedle, przedszkole Witka… Wszystko, co robił Tadeusz! Straszne rzeczy!

— Z tego widać, że dla dobra biura powinien ra­czej żyć — stwierdził kapitan. — Myślę, że jak znaj­dziemy powуd zabуjstwa, to znajdziemy i sprawcę.

— Niech pan nie będzie taki pewny — powiedzia­łam uprzejmie i lekkomyślnie.

— Dlaczego pani tak sądzi?

— No, tak jakoś… Mam przeczucie…

— Aha, pani przeczucia są szalenie interesujące, jak widać. Zwłaszcza że się dziwnie sprawdzają. My­ślę, że sobie jeszcze porozmawiamy, na razie zechcą państwo uprzejmie zostać na swoich miejscach…

Podniуsł się i wychodząc z pokoju, w drzwiach, odwrуcił się jeszcze raz i przyjrzał się arcydziełu Leszka długim, przeciągłym spojrzeniem…

— No i co teraz? — spytał Janusz. Siedział przy swoim stole odwrуcony tyłem do deski i palił jedne­go papierosa za drugim, patrząc na nas niepewnie. Wiesio mieszał patykiem tusz w kałamarzu, dosy­pując do niego po trochu grafitu z ołуwka. Tylko wstrząs wywołany niecodzienną sensacją sprawił, że nikt z nas nie zaprotestował przeciwko tej czynnoś­ci, bo zazwyczaj pilnowaliśmy tuszu jak oka w gło­wie. Ciągle go brakowało, a dysponująca wszystkimi materiałami Matylda do prуśb o butelkę tuszu od­nosiła się tak, jakby nas podejrzewała o wypijanie go albo wylewanie za okno. Leszek rysował miękkim ołуwkiem jakieś gryzmoły na nie dokończonym ry­sunku, przypiętym na desce.

— Trzeba się zastanowić — powiedział stanow­czo. — To jest poważna sprawa, żadne tam takie śmichy-chichy. Może tu ktoś ma obsesję i Tadeusz to tylko początek? Kolejno podusi nas wszystkich?

— Może drogą eliminacji? — zaproponował Wie­sio.

— Ja mam alibi — oświadczyłam stanowczo. — Od przyjścia Tadeusza do wyjścia Janusza nie ru­szyłam się z miejsca, co milicja, mam nadzieję, wykryje. Wierzę we władzę ludową. On ma rację, myśl­my!

— Szczerze mуwiąc, to ja wierzę, że to nie ty — przyznał uczciwie Janusz. — Ile ci nieboszczyk był jeszcze winien?

— Pięć i pуł patyka. Mogę teraz na tym krzyżyk położyć.

— A możesz, możesz. Wprawdzie jesteś niepo­czytalna, ale nie wierzę, żebyś z lekkim sercem tra­ciła tyle forsy. Nie, nie zabiłaś go, ja ci to mуwię!

— No widzisz, to ja odpadam. Jedźmy dalej. Skąd zacząć?

— Kolejno, pokojami — powiedział Wiesio. — Ja nie!

1 ... 7 8 9 10 11 12 13 14 15 ... 58
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)