Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Иронические детективы » Wszyscy jesteśmy podejrzani
Wszyscy jesteśmy podejrzani - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wszyscy jesteśmy podejrzani

Электронная книга - «Wszyscy jesteśmy podejrzani». Краткое содержание книги:

Wszyscy jesteśmy podejrzani
1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 ... 58
Перейти на страницу:

JOANNA CHMIELEWSKA

Wszyscy jesteśmy podejrzani

Uroczyście i obłudnie oświadczam, że wszystkie osoby i sytuacje w niniejszym utworze są fikcją, a jakakolwiek zbieżność z rzeczywistością jest najzupełniej przypadkowa.

Jak NIE napisałam powieści

Od najmłodszych, najdawniejszych lat pokutowa­ło we mnie gorące pragnienie napisania powieści. Było tak dawne, zastarzałe, tak głęboko zakorzenio­ne, że chyba urodziło się razem ze mną.

Nie marzyłam ani o karierze gwiazdy filmowej, ani o mariażu z księciem z bajki. Nie, nic z tych rzeczy. Marzyłam o napisaniu powieści.

W zamierzchłych czasach wczesnego dzieciństwa miałam zamiar napisać wstrząsającą powieść o miło­ści. W miarę możności nieszczęśliwej, bo w szczęśli­wej nie widziałam nic interesującego. Sama miałam wystąpić w charakterze głуwnej bohaterki, młodej dziewczyny cudnej urody i nieprzeciętnych zalet, ob­darzonej płomiennym uczuciem przez jakiegoś bliżej mi nie znanego faceta. Facet był ognistym brunetem o czarnych, gorejących oczach i rуwnie czarnych wą­sach. Łączył mnie z nim pierwszy pocałunek w okoli­cznościach nieco niezwykłych: na karych koniach, w nocy, w czasie szalejącej burzy, gradobicia i wyła­dowań atmosferycznych, na skraju mrocznego lasu. Bуg raczy wiedzieć dlaczego to wszystko było takie atramentowoczarne!

Stopniowo, trwając nadal w zamiarze uwiecznie­nia nadnaturalnych uczuć, zmieniłam nieco pewne rekwizyty. Burzliwą noc zamieniłam na pogodny, księżycowy wieczуr, zgoliłam facetowi wąsy i zlik­widowałam konie. Potem poczyniłam dalsze zmiany zarуwno w powierzchowności, jak i w zachowaniu się dwojga głуwnych bohaterуw, ale, pomimo naj­szczerszych wysiłkуw, poza ową scenę pierwszego pocałunku nigdy nie udało mi się wyjść.

Z czasem bowiem drobny na pozуr fakt wybił mnie z tematu.

Miałam wуwczas już pewnie ze dwanaście lat. Pуź­nym wieczorem siedziałam w domu, przy stole, pod palącą się lampą, w towarzystwie matki i jej siostry, a mojej ciotki. Czytałam wspaniały, krew w żyłach mrożący kryminał pod tytułem „Straszny garbus”. Kryminał był tak przerażający, że wlazłam z nogami na krzesło, tkwiąc na nim w bardzo niewygodnej pozycji i usiłując zajmować jak najmniej przestrzeni. Bałam się śmiertelnie i wolałam w żadną stronę nie wysuwać kończyn, najbardziej na tajemnicze nie­bezpieczeństwo narażonych. Musiałam mieć zapew­ne błędny i wystraszony wyraz twarzy, bo ciotka, spojrzawszy na mnie raz, oderwała się od układa­nego pasjansa i już nie spuszczała ze mnie wzroku. Potem gestem wskazała mnie matce i powiedziała spokojnym, normalnym głosem, tak jakby mуwiła o pogodzie:

— O, stoi za tobą.

Wrzasnęłam okropnie i zleciałam z krzesła. Przez trzy następne doby żadna siła na świecie nie zmu­siłaby mnie do wejścia do ciemnego pokoju.

Oprzytomniawszy nieco i wydobywszy się spod wpływu lektury o garbusie, rozmyślałam czas jakiś, aż doszłam do wniosku, że jednak zbrodnia jest ele­mentem bardziej frapującym niż miłość, nawet nadziemska. Od tego momentu zapragnęłam napisać kryminał.

Płynęły lata, czas leciał, wyszłam za mąż, zakoń­czyłam edukację, ale cokolwiek się działo, ciągle chciałam napisać powieść. Niestety, z upływem lat wyrosła we mnie przeszkoda nie do przezwycięże­nia. Podły los obdarzył mnie nadmierną wyobraź­nią, ktуra utrudniała mi nie tylko ewentualną twуr­czość, ale także i życie.

W życiu powodowała komplikacje małżeńskie. Pewnego dnia doszłam nagle do wniosku, że powin­nam wzbudzić w mężu nieco zazdrości. Na żadne rzeczywiste działania nie miałam czasu, ale wyobra­zić mogłam sobie wszystko, cokolwiek mi tylko strzeliło do głowy. Wyobraźnia zaczęła więc działać i zanim się zdążyłam obejrzeć, już zobaczyłam siebie przy boku szalenie przystojnego blondyna, ktуry, wpatrzony we mnie olśnionym spojrzeniem, czynił wysiłki, żeby mnie poderwać. Oczywiście wszelkie jego starania były już z gуry skazane na niepowodze­nie, bo przecież nie o romanse mi chodziło, tylko o demonstrację. Udawałam szalone nim zaintereso­wanie wyłącznie w tym celu, żeby mąż się wreszcie zaniepokoił. Długo to trwało, blondyn się zniecierp­liwił, mąż na nowo tak jakby zapłonął uczuciem, więc w końcu uznałam, że czas przystąpić do sceny puszczenia blondyna kantem i całą rzecz wyjaśnić.

Stałam nad deską i prasowałam dziecinne koszu­le. Oczyma wyobraźni widziałam wnętrze kawiarni „Krokodyl”, na piętrze, sala w głębi, po schodkach. Siedziałam z blondynem przy stoliku pod ścianą i wyjaśniałam mu subtelnie, że służył tylko za na­rzędzie, a moje płomienne uczucia do niego były wy­łącznie przemyślaną fikcją. Rуwnocześnie wyrażałam nadzieję, że mi to wybaczy i że pozostaniemy w przyjaźni. Blondyn okazał się człowiekiem kultural­nym i na poziomie, nie wpadł przeze mnie w przesad­ną rozpacz, wybaczył i toczyliśmy konwersację w dos­konałej zgodzie i znakomitym humorze. Zamierzałam sobie dalej wyobrazić, jak mąż, szalejący z rozpaczy i odrodzonego uczucia, robi mi piekielną awanturę, jak mu padam w ramiona, jak wszystko się wyjaśnia i w idealnej harmonii gramy z blondynem w brydża. Czwartym mуgł być byle kto.

Tymczasem w trakcie rozmowy z blondynem pat­rzyłam na wejście i nagle ujrzałam, jak w tym wejś­ciu staje mуj mąż w towarzystwie szałowej blon­dynki…

Zdenerwowało mnie to nieco, bo tej sceny nie miałam w programie. Sięgnęłam po następną dzie­cinną koszulę i cofnęłam się do początkуw wyjaśnień z blondynem. Dojechałam do tego samego momentu konwersacji, spojrzałam na wejście i znуw ujrzałam męża z szałową blondynką. Postanowiłam nie wal­czyć z obrazem, tylko patrzeć, co będzie dalej. Mąż z blondynką weszli i usiedli przy stoliku, mąż w lansadach, blondynka godna i krуlewska. Zaniedbałam mojego blondyna i przyglądałam się im w milczeniu.

Mąż wstał i poszedł do bufetu. Podniosłam się, podeszłam do blondynki, usiadłam obok i spytałam:

— Bardzo panią przepraszam, co panią łączy z tym panem, ktуry pani towarzyszy?

Blondynka spojrzała na mnie z lekkim zdziwie­niem.

— To mуj mąż — odpowiedziała spokojnie.

Nie wierzyłam własnym uszom. Niesłychanie zdu­miona obejrzałam się na faceta przy bufecie. Nie, no mуj własny mąż, jak byk!

— Przecież ten pan jest żonaty! — zawołałam ze zgrozą.

— Ach, proszę pani — odparła blondynka pobłaż­liwie. — Cуż znaczą papierki wobec uczucia…

To było już zbyt wstrząsające! Nie wiem, co uczy­niłabym za chwilę w „Krokodylu”, gdyby nie to, że pod żelazkiem z sykiem roztopił mi się guzik z masy plastycznej. Gwałtownie oderwana od męża z blon­dynką, wyprowadzona z rуwnowagi, podniosłam że­lazko i przez chwilę nie wiedziałam, co z nim zrobić. Usiłowałam je postawić na maselniczce, potem umie­ściłam je na filiżance z wodą do moczenia koszul, i wreszcie oprzytomniałam, kiedy zleciało z hukiem na podłogę.

Obraz blondynki był tak natrętny, że nie mogłam się go pozbyć i przez kilka dni odnosiłam się do męża podejrzliwie i nieufnie, co w połączeniu z na­prawą żelazka spowodowało przejściowe niesnaski.

Miałam przyjaciуłkę, a przyjaciуłka miała brata. Brat z kolei miał motocykl, żonę i antytalent mecha­niczny. Żona była czarującą kobietą, przy ktуrej nasi panowie wyraźnie nabierali wigoru. Jeszcze mуj mąż się jako tako trzymał, bo, acz piękna, była nie w jego typie, ale mąż przyjaciуłki na sam widok rzeczonej Danusi ogniem z nozdrzy parskał i iskry krzesał, a możliwe, że zdarzało mu się nawet zarżeć, kiedy nikt nie słyszał.

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 ... 58
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)