Wszyscy jesteśmy podejrzani
- Автор: Хмелевская Иоанна
- Язык: польский
- Год: Kobra Media
- ISBN: 9788388791949
- Жанр: Иронические детективы
Электронная книга - «Wszyscy jesteśmy podejrzani». Краткое содержание книги:
— Tak to każdy może powiedzieć — odparł Leszek z dezaprobatą. — Udowodnij, że to nie ty.
— W Polsce Ludowej trzeba udowodnić winę, a nie niewinność!
— A ja twierdzę, że to on! No i co?
— Wiesiu, na litość boską! Mam nadzieję, że to nie ty! Udowodnij mu!
— Nie mogę — powiedział Wiesio niepewnie. — Wychodziłem z pokoju.
— No to co? Janusz też wychodził i Leszek też…
— Zaraz, czekajcie! Obliczmy może sobie od razu, kiedy kto z nas wychodził, czy to się zgadza…
Pośpiesznie zaczęliśmy sobie przypominać swoje czynności, przy czym bezcennym skarbem okazało się radio. Janusz podniуsł się z miejsca przy słowach: „… ktуrych wymagają pomieszczenia dla knurуw…" i po drodze przestawił na inną Warszawę. Leszek wyszedł w czasie śpiewu Ireny Santor, a wrуcił na samym początku zapraszania do aparatуw klas szуstych i siуdmych. Wiesio Irenę Santor przesiedział, a za to od początku do końca stracił Fogga. Mieliśmy aktualną prasę i na podstawie programu radiowego bez trudu uzyskaliśmy dokładne godziny ich wędrуwek po biurze.
Okazało się, że wszyscy trzej mieli szansę zamordowania Tadeusza.
— Właściwie to wybronić się mуgłby tylko Leszek — przyznał Wiesio. — On był najmniej zorientowany w temacie. Jak omawialiśmy morderstwo, to go jeszcze nie było.
—A co? — zaciekawił się Leszek. — Tak dokładnie się wszystko zgadza?
— Jak w pysk dał — powiedział Janusz. — Mуwię ci, przewidziała każdy szczegуł, jakby była przy tym.
Leszek wpatrzył się we mnie z wyraźnym podziwem. Bardzo zdegustowana przerwałam mu tę kontemplację.
— No dobrze, to trzech podejrzanych już mamy. Szukajmy dalej, może teraz od gуry. Witek?
Popatrzyliśmy na siebie w zamyśleniu.
— Kto wie? On wygląda na zdolnego do czegoś takiego. Niby taki gładki, maminsynek, a w gruncie rzeczy zimny zbrodniarz.
— I to nawet do niego pasuje… Tylko dlaczego? Motyw?
— A kto z was może powiedzieć, że go dobrze zna? Kto wie, co on robi?
— Z przyczyn służbowych go nie wykończył, w to już nie uwierzę. Musiałby mieć z nim jakieś kontakty prywatne…
— A skąd wiesz, że nie miał?
— A skąd wiesz, że miał?
— Czekajcie — powiedział nagle Janusz. — Mnie coś chodzi po głowie…
— Insekty?… — zaniepokoił się Leszek.
— Nie, czekaj, coś mi się tak majaczy… Ja ich chyba widziałem razem poza biurem i nie w godzinach pracy… Nie mogę sobie przypomnieć…
— Wysil umysł, bo to bardzo ważne.
— Dlaczego ważne? Co z tego, że ich widział? Nie mogą razem chodzić po mieście?
Janusz podniуsł głowę i spojrzał na mnie. Patrzyłam na niego przez cały czas i dam sobie głowę uciąć, że myśleliśmy o tym samym. O bardzo niemiłej sprawie, o ktуrej ani Leszek, ani Wiesio nie wiedzieli.
— Mało prawdopodobne — powiedziałam w odpowiedzi na jego spojrzenie. Janusz niechętnie pokręcił głową.
— Diabli go wiedzą. No, ja za niego ręczyć nie będę…
— Bardzo dobrze, jest czwarty podejrzany — powiedział Wiesio z zadowoleniem. — Następny kto? Zbyszek?
— Gdyby to pani zwłoki tam leżały — oświadczył Leszek, milknąc na chwilę i wyraźnie delektując się tą myślą. — Gdyby to pani zwłoki…
— … tam leżały — podpowiedział Wiesio.
— … to gotуw byłbym nawet przysięgać, że to Zbyszek!
— Nie — zaprzeczył Janusz. — Wykluczone. Gdyby go Zbyszek zabił, to ja wam mуwię, że on by się do tego przyznał. To jest taki facet, że w zdenerwowaniu zadusiłby cały personel, a potem sam oddałby się w ręce milicji.
— A dziecko? — zaprotestowałam.
— Co dziecko?
— Zbyszka dziecko. Myślicie, że on by dopuścił do tego, żeby jego syn żył z piętnem ojca mordercy?!
— A rzeczywiście, masz rację. To co?…
Po długich wahaniach przyjęliśmy jednak kandydaturę Zbyszka, chociaż nie mogliśmy znaleźć dla niej żadnego rozsądnego uzasadnienia. Ale charakter pozwalał mu przypisać zabуjstwo w afekcie, więc nie mogliśmy z niego tak od razu zrezygnować.
Następnie wzięliśmy się za resztę architektуw, z ktуrych uniewinniliśmy jedynie Alicję. Z zespołu konstrukcyjnego Anka odpadła, natomiast Kacper został przyjęty przez aklamację. Z sanitarnych nieboszczyk został automatycznie wykluczony, Andrzejowi daliśmy spokуj, wiedząc, że czekał właśnie na robotę od Tadeusza i został tylko Stefan. Z elektrykуw Kajtka przyjęliśmy do kolekcji radośnie, a o Włodka wybuchła potężna awantura. Leszek i Janusz opowiadali się za jego niewinnością, natomiast my oboje z Wiesiem odsądzaliśmy go od czci i wiary. W rezultacie stanęło na tym, że jest najbardziej podejrzany ze wszystkich.
— Kosztorysy — powiedziałam. — Danka, moim zdaniem, odpada, a Jarka nie było, nie ma o czym mуwić. Administracja!
— Olgierd! — krzyknęli wszyscy trzej rуwnocześnie.
— Dlaczego? — zdziwiłam się, bo głуwny księgowy jakoś mi nigdy nie wyglądał na zbrodniarza.
— Każdy głуwny księgowy musi być podejrzany — oświadczyli mi na to i musiałam się zgodzić. Następnie uniewinniliśmy jeszcze Wiesię i Jadwigę, uznawszy, że żadna z nich nie dałaby rady Tadeuszowi. To nam pozwoliło przy okazji nabrać nowych wątpliwości.
— Ja tego nie rozumiem — powiedział Janusz z niesmakiem. — Jak on mуgł dać się tak głupio udusić? Nawet niech będzie od tyłu, to jak?
— Zwyczajnie — odparł Leszek. — Jak ci zarzucę sznurek od tyłu i zacisnę, to co zrobisz?
— Odwrуcę się i dam ci w mordę. Możesz być pewien, że zdążę!
— Figę, zdążysz. Sprуbuj!
— No sprуbuj!
Od słowa do słowa przystąpili do odtwarzania zbrodniczych czynności z takim zapałem, że obydwoje z Wiesiem zaniepokoiliśmy się, czy grono nieboszczykуw nie powiększy nam się zbyt szybko. Leszek dusił Janusza moim własnym szalikiem, przy czym, będąc niższy od niego, zarzucał mu go nie na szyję, a na oczy, wykazując tym całkowitą nieudolność morderczą, natomiast zdenerwowany nieudanymi prуbami Janusz, zamiast zgodnie z zapowiedzą odwrуcić się i lunąć go w pysk, zaczął go rуwnież dusić. Wreszcie zreflektowali się i poniechali tych wysiłkуw.
— Rzeczywiście — przyznał niechętnie Leszek, rozcierając szyję. — To jak on to zrobił? Bo z tego widać, że rуwnie dobrze mуgł zostać uduszony morderca.
— A może to właśnie tak było? — zainteresował się Wiesio. — Może to Tadeusz kogoś dusił, a skończyło się odwrotnie?
Omуwiliśmy problem pokrуtce, nie wgłębiając się weń zbytnio, bo trudno było snuć jakieś przypuszczenia przy samych niewiadomych. Wszystko tu było dziwne i musieliśmy się z tym pogodzić.
— Panowie, wracamy do tematu! Ilu mamy razem podejrzanych?
— Zdaje się, że większość. Obliczmy lepiej, ilu mamy niewinnych.
Dokonaliśmy spisu pracownikуw, dzieląc ich na dwie grupy, i stwierdziliśmy niezbicie, że władze śledcze w naszym biurze będą zagrożone obłędem. Z dwudziestu czterech osуb, obecnych w pracowni w chwili popełnienia zbrodni, podejrzanych mieliśmy trzynaście sztuk!
— Trzynaście, feralna liczba — powiedział Wiesio z przejęciem. — Jak oni dojdą? Joanna, w tobie cała nadzieja, przecież już znalazłaś mordercę. Mуwiłaś, że wiesz kto!
Oczywiście, że wiedziałam, kogo przedtem wymyśliłam, ale postanowiłam za żadne skarby świata tego nie zdradzić. Zaczynałam odczuwać zabobonny lęk przed własną, przeklętą wyobraźnią. Przyszło mi na myśl, że, być może, publicznym snuciem swoich makabrycznych wizji wywarłam jakiś wpływ na tego kogoś, kto zabił Tadeusza. Może nosił się już wcześniej z tym zamiarem, ale nie wiedział, jak go zrealizować? Może to ja poddałam mu pomysł, zachęciłam go, sprowokowałam?… Gdyby nie moje idiotyczne pomysły, może nie byłoby tej zbrodni?…