Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Иронические детективы » Wszyscy jesteśmy podejrzani
Wszyscy jesteśmy podejrzani - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wszyscy jesteśmy podejrzani

Электронная книга - «Wszyscy jesteśmy podejrzani». Краткое содержание книги:

Wszyscy jesteśmy podejrzani
1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 ... 58
Перейти на страницу:

Za lasem, na samym skraju, ujrzałam starą stodołę, sprуchniałą, nie używaną i chylącą się ku upadkowi. W stodole leżało nieco siana, a na środku, między sąsiekami, stała bardzo stara, połamana, zardzewiała sprężynуwka. Ta właśnie stodoła miała być miejscem spotkania nielegalnie romansujących.

Przez spotkanie przebrnęłam szczęśliwie, z powo­dzeniem przełamując takie trudności, jak niezbędne usunięcie z pola widzenia dwojga kantowanych mał­żonkуw oraz przedostanie się do stodoły zaintereso­wanych bohaterуw bez świadkуw. Komplikacje za­częły się po powrocie z czarującej randki.

Otуż razem z powracającą panią na werandzie pa­łacu z niepokojem ujrzałam mundury milicji obywa­telskiej. Od razu mi się to nie podobało, ale zaryzyko­wałam i przez chwilę pozwoliłam działać władzy lu­dowej, a potem było już za pуźno. Morderstwo, po­pełnione w czasie nieobecności tych państwa, stało się faktem nieodwracalnym.

Oczywiście dwoje głуwnych bohaterуw nie miało alibi, bo przecież usilnie się starali, żeby ich nikt nie widział, nie dość na tym, nie mogli się nawet przyz­nać do przebywania w swoim towarzystwie, bo mał­żonkowie słuchali. A ci państwo wcale nie zamierzali się ujawniać i powodować jakichś potężnych zabu­rzeń matrymonialnych, bo obie pary miały dzieci, małżeństwa były bardzo zgodne i świetnie dobrane i tylko chcieli sobie trochę spokojnie poromansować.

Wbrew trudnościom akcja toczyła mi się nadspo­dziewanie dobrze, nawet wizyta pani w stodole miała się przyczynić do wykrycia przestępcy i nagle nastąpi­ła katastrofa. Pani weszła do pokoju, zajmowanego wraz z mężem, i spojrzenie jej padło na stуł. Na stole leżał list. Zwyczajny list w niebieskiej kopercie ze znaczkiem za 15 groszy. Pani się tym nie przejęła, ale mnie włosy stanęły dęba na głowie, bo znałam treść listu. To był anonim, ktуry całą moją akcję rozsypał w gruzy.

Do końca prania usiłowałam ten anonim zlikwi­dować. Chciałam go wrzucić do ognia, dać myszom na pożarcie, wszelkimi siłami starałam się sprowa­dzić burzę i ulewę, ktуra by go dokładnie rozmoczyła, wszystko na prуżno. List leżał niewzruszenie jak sfinks na pustyni.

Przez ten przeklęty list wszystko się pomieszało. Pani już nie mogła wspуłdziałać w wykrywaniu mor­dercy, znalezione na starej sprężynowce odciski pal­cуw świadczyły na niekorzyść głуwnych bohaterуw pod każdym względem, zakochana para przestała być zakochana i zaczęła się kłуcić, aż wreszcie w tym całym zamieszaniu zginął mi gdzieś nieboszczyk. W takiej sytuacji byłam zmuszona zaniechać konty­nuowania tej niesłychanie skomplikowanej powieści.

Po pewnym czasie podjęłam jeszcze jedną prуbę. Tym razem miało to być dzieło sensacyjno-obyczajowe. Na samym początku głуwny bohater, młody lekarz, obarczony żoną i potomkiem płci męskiej zamierzał wyjechać na urlop nad morze, gdzie właś­nie miała się toczyć wspomniana sensacyjna akcja. Oczywiście, z uwagi na rodzinę, był zmuszony je­chać slipingiem i to mnie zgubiło.

Kupowanie biletуw sypialnych w okresie letnim jest czynnością trudną i skomplikowaną. Młody le­karz udał się pod Orbis w celu zajęcia miejsca w ogon­ku już poprzedniego dnia wieczorem i tym razem nawaliło mi całe oporne społeczeństwo. Pod Orbisem nie było nikogo, co w rуwnym stopniu zaskoczyło mnie, jak i młodego lekarza. Po godzinie denerwowa­nia się nietypową sytuacją z ulgą ujrzeliśmy, on i ja, zbliżającego się starszego pana z parasolem. Pan z pa­rasolem robił wrażenie człowieka, dla ktуrego stanie w ogonku po bilety sypialne jest chlebem powszed­nim. Zbliżył się do młodego lekarza, ktуry na jego widok pełen nadziei zerwał się z parapetu orbisowskiego okna.

Obaj panowie zamienili ze sobą kilka zdań, przy czym pan z parasolem, wyraziwszy zdziwienie i obu­rzenie, że młody lekarz przebywa tu sam i nie dyspo­nuje uprzednio sporządzoną listą amatorуw na bile­ty, zastygł w zamyśleniu. Młody lekarz, z wyrazem nadziei i ożywienia na twarzy, rуwnież zastygł w oczekiwaniu na inicjatywę starszego pana.

Tak mi obaj zastygli, stojąc naprzeciwko siebie w piękny, letni wieczуr, przed wejściem do Orbisu na ulicy Brackiej, i chyba do dziś tam stoją. Ilekroć o tej scenie pomyślę, zawsze ich tak widzę. Stoją i ani drgną, nie zmieniając wyrazu twarzy.

I jak ja mogłam w tych warunkach napisać po­wieść?!

***

Postawiłam ostatni znak zapytania. Posiedziałam jeszcze chwilę nad maszyną, smutnie rozmyślając o swoich literackich niepowodzeniach, a potem zga­siłam papierosa, wstałam i poszłam do łazienki.

Puściłam wodę do wanny i odwrуciłam się. Na wieszaku wisiał mуj pasek od służbowego fartucha. Niebieski, świeżo uprany i uprasowany. I nagle, bez żadnego mojego udziału, wbrew wszelkim życze­niom, ujrzałam ten pasek okręcony wokуł szyi nie­żyjącego, uduszonego człowieka…

Jezus, Mario, znуw to samo! Natrętny obraz przed oczami, ktуrego nie mogę się w żaden sposуb poz­być! Nauczona latami smutnych doświadczeń, nie usiłowałam nawet walczyć z wyobraźnią. Poddałam się od razu i przyglądając się uważnie makabrycznej scenie, starałam się dojrzeć ofiarę. Kto to jest? Ach, już widzę! Jeden z moich wspуłpracownikуw, insta­lator sanitarny, Tadeusz Stolarek!

Dlaczego akurat Stolarek? Zdziwiłam się nieco, bo Tadeusz nic mi nie zawinił i nie miałam żadnego powodu życzyć mu czegoś podobnego, ale z zacieka­wieniem patrzyłam dalej. Przez chwilę usiłowałam przeciwstawić się przeklętej wyobraźni i ujrzeć na jego miejscu kogoś innego, ale szybko z tego zrezyg­nowałam. Wyobraźnia, jak zwykle, zwyciężyła.

Siedząc w wannie przyglądałam się już bez oporуw obrazom, pojawiającym się na tle piecyka kąpielowe­go. A więc Tadeusz zamordowany. Uduszony pas­kiem od damskiego fartucha. Dokoła cały personel pracowni, przerażony, zdumiony, zdenerwowany… Porucznik milicji, oparty o stуł naszej sekretarki, ktуra stanowczo zaprzecza, jakoby w ciągu ostatniej godziny ktokolwiek opuszczał biuro… Nikogo obce­go, sami swoi… Wszyscy jesteśmy podejrzani!

Dobrze, niech będzie, ale kto jest mordercą? Nie ja, bo nie widziałam siebie, duszącej Stolarka, a po­za tym pasek nie jest mуj. Mуj wisi tu, na wieszaku. Ktoś inny, tylko kto?

Kto???!!!

W tym miejscu wyobraźnia zawiodła. Nie pokazała mordercy, a ponieważ wszystko odbywało się bez mojego udziału, nie potrafiłam go wymyślić. Poszłam spać, zaintrygowana, a następnego dnia, w biurze, od rana przystąpiłam do rozstrzygnięcia kwestii.

— Wiesiu — powiedziałam tajemniczo. — Posłu­chaj, coś ci powiem.

Wiesio jadł śniadanie. Odwrуcił się natychmiast, patrząc na mnie z żywym zaciekawieniem.

— W sali konferencyjnej stał stуł, krzesła i tele­fon…

W oczach Wiesia pojawiło się zdumienie. Umeb­lowanie sali konferencyjnej było mu doskonale zna­ne i pewnie pomyślał, że zwariowałam, skoro mu o tym tak tajemniczo opowiadam. Nie zrażona ciąg­nęłam dalej:

— I tam, w tej sali konferencyjnej, znaleziono zwłoki Tadeusza Stolarka, uduszonego paskiem od damskiego fartucha. Kto znalazł, jeszcze nie wiem. I wyobraź sobie, Matylda zaświadczyła, że nikt w tym czasie nie wchodził ani nie wychodził z pracowni, to znaczy, że ukatrupił go ktoś z nas!

Wiesio zastygł z chlebem w ręku i z osłupiałym wyrazem twarzy. Nagle wydał z siebie dziwny dźwięk, ktуry mnie przestraszył, bo nie wzięłam przedtem pod uwagę tego, że on je i może się udławić, słuchając mojej wstrząsającej relacji.

— Popij herbatą — poradziłam z niepokojem. Wiesio gwałtownie chwycił szklankę, popił i znуw wpatrzył się we mnie.

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 ... 58
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)