Wszyscy jesteśmy podejrzani
- Автор: Хмелевская Иоанна
- Язык: польский
- Год: Kobra Media
- ISBN: 9788388791949
- Жанр: Иронические детективы
Электронная книга - «Wszyscy jesteśmy podejrzani». Краткое содержание книги:
Wszystkie trzy pary miały motory i snuliśmy plany wspуlnego spędzenia wędrownego urlopu. Zważywszy istotnie wyjątkowy antytalent mechaniczny brata przyjaciуłki i jego doskonałe w tej dziedzinie nierуbstwo, obaj nasi mężowie już z gуry zaprzysięgli się, że w razie awarii nie będą mu pomagać. Zaprzysięgali się tak już wielokrotnie w rуżnych okolicznościach i zawsze łamali przysięgę, robiąc za niego i warcząc, ale tym razem to miało być co innego.
— Ty sobie to wyobrażasz? — mуwił marząco mąż przyjaciуłki do mojego. — Tadeusz robi dętkę, a my nic! Tadeusz koło odkręca, oponę zdejmuje, a my sobie na trawce, w rowie… Masz pojęcie?
— Pompuje… — dodawał mуj mąż rуwnie marząco. — A my nic!…
Jadąc trolejbusem i patrząc przez okno na zalaną słońcem ulicę, ujrzałam nagle doskonale mi znany widok: długa, szara szosa, drzewa po obu stronach, z boku szosy stoją trzy motory… Przy jednym z nich opływający potem nieszczęsny Tadeusz szarpie się z opornym kołem. Na zboczu zielonego, trawiastego rowu dwaj nasi mężowie promienni, tryskający humorem, szarmancko obskakują roześmianą Danusię. Istna sielanka! A my obie z przyjaciуłką na uboczu, opuszczone, zapomniane, samotne…
Sugestywny obraz zasłonił mi cały świat. Weszłam w rolę!
Z niesmakiem przyjrzałam się rozflirtowanej grupie w rowie, a potem rzuciłam okiem na przyjaciуłkę. Patrzyła rуwnież na nich, a na obliczu jej widniała ponura wściekłość. Uznałam, że przepełniają nas jednakowe uczucia, wobec czego mogę oczekiwać od niej pełnego zrozumienia. Trąciłam ją w łokieć i gestem wskazałam nasz motor, stojący z kluczykiem w stacyjce. Przyjaciуłka bez słowa kiwnęła głową, w oczach jej zapłonął mściwy blask. Podeszłyśmy do motoru, zepchnęłam go z podnуżka i kopnęłam rozrusznik. Zapalił natychmiast, co mogło się zdarzyć tylko w mojej fantazji, bo w rzeczywistości był wyjątkowo oporny w zapalaniu, ale nie miałam teraz czasu uwzględniać głupich fanaberii pojazdu mechanicznego. Zanim promienne towarzystwo w rowie zdążyło zwrуcić na nas uwagę i zareagować, już silnik ryknął, już przyjaciуłka siedziała za mną i wspaniałym zrywem ruszyłyśmy w siną dal. Ze złości leciałam stуwą i nie było mowy o tym, żeby nas mogli dogonić, zresztą istotnie nasz motor ciągnął najwięcej ze wszystkich,
Po pewnym czasie dojechałyśmy do PTTK-u, w ktуrym już uprzednio mieliśmy zamiar się zatrzymać. Ilości przejechanych kilometrуw bliżej nie sprecyzowałam, jak rуwnież czasu jazdy, zważywszy, że i tak nie wiadomo było, kiedy Tadeusz skończy robić koło. Zadowolone z przedsięwzięcia, usatysfakcjonowane, zostawiłyśmy motor, zjadłyśmy obiad i czekałyśmy na pognębionych panуw i władcуw, siedząc na schodkach budynku i obserwując widoczną w dali szosę.
Wyraźnie widziałam przed sobą sznur rosnących wzdłuż szosy drzew, bliżej krzewy, ktуre zasłaniały zakręt, i jeszcze bliżej znуw szosę. Usłyszałam warkot motorуw. Zbliżał się, narastał i nagle zza krzewуw, zza zakrętu, wypadły dwa znajome motocykle. Na jednym jechał mąż przyjaciуłki z jej bratem, a na drugim… mуj mąż z Danusią!!!
No nie, tego widzieć nie miałam zamiaru. Oni powinni byli przyjechać we właściwym zestawie, skruszeni, zaniepokojeni, zażenowani swoim poprzednim, najzupełniej idiotycznym zachowaniem… A nie tak!
Wrуciłam do punktu wyjścia. Znуw siedziałyśmy w oczekiwaniu, znуw usłyszałam w dali warkot. Zza zakrętu wyleciały dwa motory i znуw to samo: mуj mąż z Danusią!
Szlag mnie trafił. Opanowana sugestywnym obrazem, zerwałam się z miejsca i popędziłam do motoru.
— Jedziesz?! — krzyknęłam z furią do przyjaciуłki. Przyjaciуłka solidarnie popędziła za mną. Nieprzytomna z wściekłości ruszyłam w dalszą drogę.
Dalej nastąpiły przedziwne komplikacje. Ponieważ od początku nie przewidziałam zabrania ze sobą plecaka, już go nie zdołałam umieścić w polu widzenia i byłyśmy pozbawione podstawowych rzeczy. Na dobitek nie sposуb było ustalić miejsca ponownego spotkania, bo zbyt głęboko tkwiło we mnie przekonanie, że nasi mężowie są pozbawieni zdrowego rozsądku i nie potrafią nas znaleźć. Miałyśmy ich szukać? Wykluczone, ostatnia hańba! Nie, nie mogę pozwolić na takie zamieszanie tylko dlatego, że temu bałwanowi spodobało się jechać z Danusią, muszę temu wreszcie przeszkodzić!
Z uporem wrуciłam po raz trzeci do tej samej sceny. Bezskutecznie! Po raz czwarty, piąty, szуsty… Za każdym razem zza krzewуw wypadała na motorze Danusia za moim mężem!
Ile się namęczyłam, żeby ją z tego motoru zrzucić, to przechodzi ludzkie pojęcie! Niestety, wyobraźnia była silniejsza ode mnie. Wysiadłam z trolejbusu nieprzytomna z wściekłości o dwa przystanki za daleko i tego samego dnia wieczorem zrobiłam mężowi bez żadnego powodu okropną awanturę. Moje szczęście małżeńskie było wyraźnie zagrożone.
Ta sama historia powtarzała się w powieściach. O moich bohaterach nie myślałam, widziałam ich. Widziałam, jak chodzą, siedzą, robią rуżne rzeczy, całkowicie niezależnie ode mnie. Żyli własnym życiem, a ja mogłam im się tylko przyglądać.
Pуł biedy było, kiedy ich poczynania miały jakiś sens. Niestety, to byli ludzie nieobliczalni i pełni głupich pomysłуw!…
We wspaniałym kryminale, ktуrego akcja zaczęła się toczyć przed moimi oczami, następowała kluczowa scena, w ktуrej bohaterowie w liczbie czterech siedzą w pokoju i toczą rozmowę, wyjaśniającą zasadnicze zagadnienia powieści. Najważniejszy osobnik, młody, przystojny blondyn (znуw blondyn! Co jest, swoją drogą, z tymi blondynami!) ma się włączyć w dyskusję w dramatycznym momencie, kiedy wszystko się gmatwa i nikt nic nie rozumie, powodując przez to wystrzałowe rozwiązanie.
Z zainteresowaniem patrzyłam, jak siedzą i rozmawiają, zdenerwowani, przejęci, pełni niepokoju. Wreszcie milkną, zdezorientowani, i spoglądają na blondyna. Ja też spojrzałam na blondyna.
Blondyn podniуsł głowę, uśmiechnął się i zamiast zabrać głos, wstał z krzesła i wyszedł. Najzwyczajniej w świecie podszedł do drzwi, otworzył je i wyszedł.
Nie, no, idiota! Gdzie go diabli niosą? Miał mуwić rewelacyjne rzeczy, a tymczasem wychodzi! Co za kretyńskie pomysły!
Zmęczyłam się okropnie, wracając w nieskończoność do tego samego momentu bez wpływu na poczynania blondyna. Za każdym razem zamiast udzielać wyjaśnień podnosił się i wychodził. Wreszcie machnęłam ręką na zaplanowaną akcję i postanowiłam patrzeć, co zrobi dalej. Może ma na myśli coś, co mnie do głowy nie przyszło?
Blondyn szedł korytarzem. Zbliżył się do drzwi, zaopatrzonych napisem: „WC męski", i wszedł do środka. No nie! Tego już za wiele! Istotnie, to mi nie przyszło do głowy!…
Zniechęcona i rozgoryczona zmieniłam nieco temat. Przestawiłam się na nielegalny i zakonspirowany romans. Wyobraźnia miała największe pole do działania przy bezmyślnych zajęciach gospodarskich, więc tym razem trafiło mnie przy praniu. Zamiast mydlin kłębiących się w pralce ujrzałam miejsce akcji, a mianowicie piękny, piętrowy budynek, były pałac, obecnie zamieniony na siedzibę jakiejś państwowej instytucji. Dookoła budynku stary, zapuszczony park, wysokie drzewa, alejki, częściowo porosłe trawą, zrujnowane ogrodzenie, za nim pola, łąki i lasy. W budynku mieszkała grupa ludzi, wydelegowana w te okolice przez macierzystą instytucję w celu spełnienia jakiegoś bardzo ważnego zadania. Rodzaj pracy tych państwa na razie mnie nie interesował.
Pośrуd innych osуb była tam pewna pani i pewien pan, płonący ku sobie nawzajem niedwuznacznymi uczuciami. Pani miała męża, a pan żonę, przy czym obie te drugie połowy rуwnież były na miejscu obecne. Chwilowo dodawało to obrazowi miłej pikanterii, ale gdybym wiedziała, jakie komplikacje przyniesie mi pуźniej stan cywilny tych państwa, bez wątpienia starałbym się usilnie jakoś go zmienić.