Wszyscy jesteśmy podejrzani
- Автор: Хмелевская Иоанна
- Язык: польский
- Год: Kobra Media
- ISBN: 9788388791949
- Жанр: Иронические детективы
Электронная книга - «Wszyscy jesteśmy podejrzani». Краткое содержание книги:
— A potem je zużytkował jako własne — kontynuował Marek z niesmakiem. — Weźcie pod uwagę, że dostał drugą nagrodę i do tej pory nie jest rozstrzygnięte, ktуry projekt będzie realizowany, możliwe, że właśnie jego.
— Ach, to dlatego mуgł sobie pozwolić raczej na utratę pracowni niż opinii! Realizacja obiektu w Persji była dla niego warta dwudziestu nieboszczykуw.
— Oni go jednak chyba znacznie bardziej podejrzewali niż my — powiedziałam w zamyśleniu. — Mam wrażenie, że Jadwigę wsadzili bez przekonania.
— Oni sobie nie zdawali sprawy, czym jest dla Witka stanowisko dyrektora przedsiębiorstwa — mruknęła Alicja. — A myśmy z kolei nie wiedzieli, że Tadeusz wiedział o konkursie.
— Mуwiąc między nami, obawiam się, że to ja się tu znacznie przyczyniłem — powiedział Marek z westchnieniem. — Od chwili kiedy wyznałem, że dużo mniejsze zdziwienie wzbudziłby we mnie kierownik pracowni w charakterze ofiary, rzeczywiście zaczęli szukać jego wrogуw. No i znaleźli. Okazało się, że wśrуd naszych przyjaciуł było parę osуb, ktуre zauważyły głęboką awersję przekupionego autora tamtych szkicуw do Witka, było też parę osуb, ktуre miały o naszym kierowniku nie najlepsze zdanie… Perski konkurs był tylko gwoździem do trumny.
— Dlaczego nic nie mуwiłeś? — spytała Alicja z niezadowoleniem. — Pozwoliłbyś im na skazanie Jadwigi?
Marek przyjrzał się jej z wyraźną dezaprobatą.
— Nie miałem żadnego powodu mуwić na ten temat, ponieważ byłem zdania, że to nie ma nic do rzeczy. O tym, że Tadeusz go szantażował, dowiedziałem się od panуw śledczych przedwczoraj wieczorem.
— Słusznie, masz rację…
— Swoją drogą, jestem dla niego pełen podziwu. To się nazywa człowiek, ktуry umie dążyć do wytkniętego celu! Ja bym się na to nie zdobył…
— Poza tym, sądząc z tego, co wiemy o Tadeuszu, morderstwo było właściwie czynem chwalebnym — zauważyła Alicja — Mam obawy, czy go aby nie uniewinnią.
— Wątpię — odparłam ponuro. — Popełnił za dużo błędуw. Przechytrzył z tą chustką.
— Chyba nie mуgł przewidzieć, że akurat będziesz tego świadkiem? To była bardzo dobra myśl, gdyby nie to, Jadwiga wpadłaby znacznie bardziej.
— Tak, ale w męskim by się nie zapchało…
— Kto ci to powiedział? W męskim zapycha się tak samo! Moim zdaniem, idiotyzmem było raczej nie wytrzeć klucza. Po cholerę on go w ogуle tam chował?
— Przypuszczam, że obawiał się stracić jedyny klucz od tych drzwi. Nie wiedział, że drugi jest w wazonie. Wetknął go tam pewnie w pośpiechu przed rewizją osobistą na wszelki wypadek, a potem już nie mуgł wyjąć. Codziennie do wieczora ktoś tam siedział, a potem zostawiali na noc dyżurnego milicjanta w holu. A poza tym zabrali mu klucze od pracowni.
— A meble znał na pamięć, bo je sam projektował i pilnował wykonania — uzupełniła Alicja.
— No i trzeba trafu, że jego błędy zaznaczyły się akurat w umysłach osуb, ktуrym nie sposуb nie uwierzyć. Matylda zapamiętała, że przechodził koło niej dwa razy, tylko ona jest zdolna do czegoś podobnego, wiecie, ja ją podejrzewam, że ma w mуzgu fotokomуrkę… A jego przybycie na rewizję osobistą zauważyli Andrzej i Zbyszek, najbardziej przytomni i najbardziej prawdomуwni ze wszystkich…
— Pewnie, gdyby to Włodek tak twierdził, to rуwnie dobrze mogłoby się okazać, że Witek był pierwszy, a ostatni przyszedłeś ty, i to na czworakach.
— Dziurkacz zabrał ze stołu Jadwigi, przechodząc… Popatrzcie, pierwszy raz się wykryło, kto ostatni używał dziurkacza!
— Ja bym tylko chciał wykryć jeszcze jedno — powiedział Marek w zamyśleniu. — Oni się dowiedzieli na skutek znalezienia czegoś przy Tadeuszu. Ale jakim sposobem dowiedział się o tej całej historii Tadeusz? Dużo bym dał za tę skromną informację…
Pomyślałam sobie, że niezależnie od tego, ile by dał, mam nadzieję, że nigdy się o tym nie dowie. Prawdopodobnie w tego rodzaju nadziei nie byłam odosobniona, prawie każdy z personelu liczył na takt i dyskrecję władz śledczych na rozprawie. Traciliśmy pracownię, to było dostateczne nieszczęście. Jeszcze by tylko tego brakowało, żeby się rozeszły po świecie wszystkie wiadomości, ktуre wspуłpracownicy nieboszczyka tak starannie i z takim wysiłkiem ukrywali.
— Szkoda pracowni — westchnęła Alicja, podnosząc się od stolika. — Dobrze się tam pracowało.
— I pomyśleć, że gdyby go udusił o ten głupi miesiąc pуźniej, to dałoby się ją uratować. Takie piękne zlecenia — dodałam z żalem.
— Trudno, moje drogie panie, fatum — powiedział Marek. — Dawno wam mуwiłem, że nie ma sensu walczyć z przeznaczeniem.
EPILOG
— No wiesz! — powiedział Wiesio, ktуry skończył pierwszy. Położyłam palec na ustach, wskazując mu resztę czytających, i Wiesio zamilkł, kręcąc tylko głową.
W baraku na stokach Cytadeli siedziały niedobitki dawnego zespołu, czytające maszynopis kryminalnej powieści, ktуrą wreszcie udało mi się napisać, dzięki charakterowi nieboszczyka Tadeusza Stolarka i zdeterminowaniu Witka. Tu znajdowało się biuro, w ktуrym znalazła przytułek część personelu, część przybyła w charakterze zaproszonych gości, kilku osуb w ogуle brakowało.
Dawna pracownia poszła w rozsypkę. Pieczołowicie wykańczane niegdyś pomieszczenia przeszły we władanie innego biura, meble rozwłуczono po całym mieście, a my wszyscy poprzenosiliśmy się służbowo i prywatnie do rozmaitych innych miejsc pracy. Witold, Wiesio, Janusz, Monika i Kacper pracowali na stokach Cytadeli. Stefan, Włodek, Andrzej i Zbyszek przeszli do innego biura, pokrewnego tamtemu. Marek, Kazio i Anka wyjechali za granicę, każde w inną stronę. Matylda poszła na emeryturę, a Olgierd kontrolował biuro, w ktуrym ja sama pracowałam. Leszek robił olśniewającą karierię jako malarz impresjonista. Ryszard, ciągle nie mogąc jakoś zrealizować swojego wyjazdu, brał udział w imponujących konkursach, Alicja, zdegustowana dyscypliną pracy, przerzuciła się na graficzne zlecenia, Danka siedziała w jakimś wojskowym biurze, Jadwiga leżała w szpitalu. Stolarek na cmentarzu, a Witek siedział w mamrze.
Od zbrodni minęło prawie pуł roku i lada dzień oczekiwaliśmy wynikуw wniesionej przez Witka rewizji. Zebrałam możliwie dużą ilość byłych wspуłpracownikуw i przyniosłam im maszynopis, traktujący o ich własnych poczynaniach, spodziewając się dużego zainteresowania. Nie zawiodłam się, siedzieli i czytali, wydzierając sobie nawzajem poszczegуlne kartki.
Po Wiesiu skończyła Alicja, po niej Monika, Włodek, Stefan… Nic już nie zdołało ich powstrzymać od zgłoszenia krytycznych uwag.
Na szczęście byli nieco oszołomieni i otumanieni tą intensywną lekturą i nie reagowali przesadnie żywiołowo.
— Słuchaj no — powiedziała Monika. — Jeżeli wydrukujesz to wszystko i nie umieścisz na początku oświadczenia, że to jest wyssane z palca, to oświadczam ci, że twoi spadkobiercy będą mogli napisać następną powieść. Ja cię zabiję osobiście.
— Ja to nic — oświadczył Stefan złowieszczo. — Ja jestem przyzwyczajony, ale moja żona to tu chyba wkroczy.
— Twoja żona?! — zawołała Alicja. — A Zbyszka?! A Kacpra?!
— A Witek?!…
— Witek siedzi!,,.
— Ale wyjdzie! Dożywocia nie dostał!
— Kiedy on tam wyjdzie…
— Złożył apelację i jeszcze go uniewinnią. Zobaczycie, że go uniewinnią!