Wszyscy jesteśmy podejrzani
- Автор: Хмелевская Иоанна
- Язык: польский
- Год: Kobra Media
- ISBN: 9788388791949
- Жанр: Иронические детективы
Электронная книга - «Wszyscy jesteśmy podejrzani». Краткое содержание книги:
Nie trwała zbyt długo. Zaraz po zdjęciu blatu wykryło się coś dziwnego, na co przeciętny laik zapewne nie zwrуciłby nawet uwagi. Ale ja zwrуciłam z tego prostego powodu, że niejednokrotnie własnoręcznie zakładałam ową część służącą jako stolik pod maszynę. Pod blatem biurka był rowek, na ktуrym opierał się blat stolika i musiał tam być stosowny luz, żeby tym wszystkim dało się manewrować. Luz był nieco za duży.
Przy stojącej pozycji biurka w normalnym stanie, z blatem na wierzchu, to było zupełnie niedostrzegalne. Ale teraz dało się zauważyć, że między blatem a deską z rowkiem znajdowało się miejsce, w ktуre na upartego można było wcisnąć płaski kluczyk. Oczywiście z chwilą, kiedy całość runęła, klucz miał prawo wylecieć.
Tak, jeżeli nikt z nas nie miał go w kieszeni, to było jedyne miejsce, w ktуrym mуgł się znajdować! Pomyślałam sobie, że za chwilę chyba oszaleję, bo przecież osobą, ktуra najlepiej znała to biurko i mogła je w ten sposуb zużytkować, była Matylda. Skąd tu nagle Matylda, Matylda od początku ma niewzruszone alibi!
— Daktyloskop — mruknął cicho kapitan do prokuratora. — Chociaż raz mamy klucz, z ktуrego może da się coś zdjąć.
— Jeżeli trzymał za ten płaski łebek — odmruknął prokurator z powątpiewaniem. — Bo jeżeli odwrotnie?…
— Musiał tak trzymać, niech pan popatrzy… Tylko tak mуgł wcisnąć… No, w zasadzie mamy to załatwione, trzeba poczekać na wyniki.
Nagle przypomnieli sobie o mnie.
— My do pani właściwie mamy zupełnie inną sprawę. Przejdźmy może do sali konferencyjnej…
— A skąd pan się tu wziął o tej porze? — spytałam z zaciekawieniem kapitana. — Przecież już was tu nie było?
— Ze względu na panią. Dzwoniliśmy do pani, najpierw do domu, a potem tu i ktoś powiedział, że pani jest, ale nie chciał pani poprosić do telefonu.
— No, na trzeźwego panowie nie trafili, to pewne.
W sali konferencyjnej patrzyli na mnie przez chwilę osobliwym wzrokiem. Znуw poczułam się z lekka zaniepokojona.
— Może jednak niech nam pani powie prawdę. Skąd przyszła pani do głowy ta kryjуwka w mieszkaniu denata?
Poczułam się zaniepokojona znacznie więcej.
— Przysięgam, że powiedziałam prawdę. Wyobraziłam to sobie. Myślę, że w tych wizjach, do ktуrych, przyznam się panom, zaczynam czuć serdeczną niechęć, brałam podświadomie pod uwagę zawуd Tadeusza. Znam mniej więcej urządzenia sanitarne. To była jedyna możliwość, pod warunkiem, że nic tam nie było podłączone, co się niekiedy zdarza. Ale bardzo rzadko. Błagam was na wszystkie świętości, powiedzcie, czy to się może zgadza?!
— Zgadza się — odparł zimno kapitan. — Coś takiego jeszcze mi się w życiu nie zdarzyło, przecież to kompletny absurd! Ale zgadza się z jedną rуżnicą: nie było tam pudełka po kawie czy tam po czymś, tylko torebka z plastyku.
— I co?… — spytałam zamierającym głosem.
— I właściwie nie mamy już żadnych wątpliwości, ale chcielibyśmy się upewnić co do kilku drobiazgуw. Kto zdobył pierwszą nagrodę w waszym wewnętrznym konkursie piękności dla płci męskiej?
Rуżnych pytań mogłam oczekiwać, ale takiego na pewno nie! Patrzyłam na nich w osłupieniu, usiłując zebrać myśli.
— Zaraz — powiedziałam z rozpaczą. — Panowie, miejcie litość! Ja rozumiem, że bywam dla was niekiedy trochę szokująca, ale wasza zemsta jest nieproporcjonalna! Co to znaczy?!
— Pytam, kto zdobył pierwszą nagrodę w konkursie piękności? To chyba brzmi zrozumiale?
— Marek — odparłam, wciąż oszołomiona. — Ale co to ma do rzeczy?!
— Nic, drobiazg. Czy zna pani ten podpis? Wyjęli skądś i pokazali mi fragment papieru, na ktуrym widniał nieczytelny gryzmoł. Zamarłam, wpatrzona w gryzmoł i zabrakło mi głosu.
— Tak — odparłam cicho po chwili.
— Czy wie pani może, do kogo należy?
— Nieważne — odparłam rуwnie cicho. — Tego kogoś nie ma w Polsce już przeszło pуł roku…
— A może wobec tego ważne jest, z kim ten ktoś korespondował?
— Ze mną…
— Tak przypuszczaliśmy. Oczywiście na zasadzie jasnowidzenia. W tym samym stopniu, w jakim jasnowidzeniem są pani wizje, dotyczące tajemniczych kryjуwek w mieszkaniach nieżyjących wspуłpracownikуw…
Bomba pękła i bez trudu zrozumiałam, co się dzieje. Władze śledcze dokonały ekstra odkrycia. Byłam wspуlniczką Tadeusza i dałam mu ten list, żeby mуgł szantażować niewinną ofiarę. Dlatego przewidziałam jego śmierć, dlatego znałam skrytkę… Ciekawe, co jeszcze zrobiłam? Nie zabiłam go jednak chyba?…
Prokurator dla mnie przepadł. Nawet całe piekło, pełne utalentowanych diabłуw, nic już nie pomoże. Jak, na miły Bуg, mam im cokolwiek udowodnić?!…
— Beznadziejne — powiedziałam, do ostateczności zgnębiona. — Mam tylko jednego jedynego świadka. Może Matylda będzie jeszcze pamiętała, że koło Nowego Roku zaginął list do mnie?
— Zna pani aferę, opisaną w tym liście?
— Nie znam. Znam. Nie, nie tak. Mniej więcej, coś wiem, ale mało. Nie wiem, co jest opisane w tym liście, bo go nigdy nie czytałam.
— Czy pani wie, że ukrywanie osoby mordercy jest przestępstwem?
— No to mnie postawcie przed sądem. Tylko przedtem powiedzcie, kto, do wszystkich diabłуw, jest tym mordercą?!
Ze środkowego pokoju dobiegły nagle przeraźliwe ryki i jakiś gruchot. Kapitan, wściekły, zerwał się z miejsca i wypadł z sali konferencyjnej. Prokurator, patrzący przedtem w okno, gwałtownym ruchem odwrуcił się do mnie.
— Na wszystko panią proszę, niech pani powie prawdę!…
— Powiedziałam prawdę. Daję panu słowo honoru. Spytajcie Matyldę, o Boże, nie wiem, co zrуbcie! To nonsens z ukrywaniem mordercy, ale nie chcę, żeby pan coś podobnego przypuszczał! Uważacie mnie za jego wspуlniczkę? Bzdura!…
— Czy pani nie rozumie, że wszystko na to wskazuje? Ze pani stwarza pozory?
— Brednie! — krzyknęłam z rozpaczą. — Gdyby tak było, nie mуwiłabym tego wszystkiego! Siedziałabym cicho!…
Kapitan wrуcił, jeszcze bardziej wściekły. Ignorując mnie całkowicie, zabrali się i wyszli w pośpiechu. Siedziałam jeszcze przez chwilę, usiłując znaleźć jakieś odpowiednio okropne słowa, ktуrymi zdołałabym przekląć na wieki znienawidzoną wyobraźnię…
***
Pуźnym wieczorem zadzwonił prokurator.
— Przepraszam — powiedział tylko. — Niech mi pani wybaczy…
***
Pierwsi przyszli do pracy Włodek i Stefan i wspуlnie z pomstującą panią Glebową posprzątali ślady stypy. Reszta ściągała stopniowo, gnębiona potwornym kacem po straszliwym pijaństwie. Kacper nie przyszedł w ogуle, nie było też Witka, co przyjęliśmy z głęboką ulgą. W zupełności wystarczyła nam okropna awantura, jaką urządził Zbyszek, ktуry zdążył jeszcze obejrzeć resztki pobojowiska. Matylda nie mуwiła ani słowa na temat biurka, za to robiła wrażenie przygnębionej i zdenerwowanej.
Władze śledcze wkroczyły około południa i zażądały zebrania personelu w jednym pomieszczeniu.
— Co będzie, o rany! — jęknął Leszek, trzymając się cały czas za głowę. — Niech oni ode mnie dzisiaj za dużo nie wymagają!…
— Proszę państwa — powiedział kapitan, kiedy już ulokowaliśmy się w środkowym pokoju. — Czuję się zmuszony udzielić państwu pewnej informacji. To nie jest może zupełnie zgodne z normalnym trybem postępowania, ale rozumiem, że sprawa rzutuje na zagadnienia natury służbowej, niewątpliwie dla wszystkich ważne.
— Nie rozumiem, co on mуwi — mruknęła z niesmakiem Monika. — Zupełnie jak Witek. Niech mуwi wyraźniej.