Wszyscy jesteśmy podejrzani
- Автор: Хмелевская Иоанна
- Язык: польский
- Год: Kobra Media
- ISBN: 9788388791949
- Жанр: Иронические детективы
Электронная книга - «Wszyscy jesteśmy podejrzani». Краткое содержание книги:
Nie mieszając się do tych ogуlnych rozważań, przystąpiłam do kontynuowania konwersacji we troje. Wspуlnie doszliśmy do wniosku, że jednak rzecz nie jest wyświetlona w pełni. Chyba jednak Jadwiga mуwi prawdę i Tadeusza zabił ktoś, kto wszedł do sali konferencyjnej po jej wyjściu.
— Nie chciałbym wprowadzać zamieszania i rzucać niepotrzebnych podejrzeń — powiedział Marek z wahaniem. — Ale nie jestem pewien, czy nie powinienem podzielić się z naszą ukochaną władzą moimi podejrzeniami…
— Co masz na myśli? — spytała Alicja, patrząc na niego bystro.
Marek znуw się zawahał.
— Nie wiem, nie wiem… No nic, poczekam, Jadwigi na razie jeszcze nie wieszają. Mam nadzieję, że to się samo wyklaruje, okropnie nie lubię brać udziału w takich rzeczach…
Alicja milczała. Ja też. Nie byłam pewna, czy przypadkiem wszyscy troje nie myślimy tego samego…
Na razie byłam bardzo zadowolona, że udało mi się wprowadzić wątpliwości natury sanitarnej. Marek odmуwił szczegуłowych wyjaśnień, więc wrуciłam do pokoju, gdzie panowała atmosfera pełna przygnębienia. Nikt nic nie robił, a za to wszyscy rzucali ponure przypuszczenia, dotyczące przyszłości pracowni.
— Nie wyjdziemy z tego interesu — westchnął Janusz ciężko. — I tak byłoby trudno, a jeszcze teraz, bez zleceń? Leżymy, proszę państwa, martwym bykiem…
***
Tym razem to ja zadzwoniłam do prokuratora.
— Ma mi pan to za złe? — spytałam z rozgoryczeniem. — Pan by oskarżył bliskiego wspуłpracownika, ktуry, na dobitek, pańskim zdaniem, jest niewinny?
— Czy w ogуle ktokolwiek, pani zdaniem, jest winien? — powiedział zniecierpliwiony. — Obawiam się, że pani przypisuje winę jakimś siłom nadprzyrodzonym.
— Nie, teraz już nie. Teraz już nie będę protestować. Ale pod warunkiem, że wina tego kogoś będzie rzeczywiście udowodniona. A na razie to są ciągle tylko podejrzenia. A przy tym mam wrażenie, że mnуstwa rzeczy pan mi nie powiedział…
— Ma mi pani to za złe? — odparł drwiąco. — Może pani zapewnić z ręką na sercu, że pani powiedziała absolutnie wszystko, co pani wie?
Nie, nie mogłam zapewnić z ręką na sercu. Obraził się na mnie prawdopodobnie, bo tym razem wcześnie poszłam spać…
***
Nazajutrz zaczęło się już od rana. Mimo zabrania Jadwigi kapitan i prokurator urzędowali w pracowni, znуw maltretując wszystkich po kolei. Nie mieliśmy zielonego pojęcia, o co im może chodzić, a pytania nie pozwalały się niczego konkretnego domyślić. Znуw badali nasze alibi, ale nie na dzień zbrodni, tylko na dzień wczorajszy.
— Do diabła, ktoś kogoś zadusił na mieście czy co? — powiedział z gniewem Janusz, wracając z przesłuchania.
— Widocznie coś się gdzieś stało — odparł Leszek w zadumie. — Poszedłem sobie wczoraj na piwo i musiałem postawić świadkуw. Całe szczęście, że ten facet w kiosku mnie zna.
— Słuchajcie, oni mają do mnie pretensję, że wracałem z KOPI tramwajem — powiedział okropnie zdenerwowany Włodek, ktуry przyszedł pocieszyć się do naszego pokoju. — Czym miałem wracać, balonem?
— Nie wrуciłeś z Witkiem samochodem? — zdziwił się Janusz. — Zdawało mi się, że przyjechaliście razem.
— I ty też zaczynasz? Odczep się! Nie wrуciłem z Witkiem, nie ma takiego przepisu, że mam wracać z Witkiem! Witek pojechał do warsztatu!
— Strasznie byli zdziwieni, że siedziałem cały czas w biurze — powiedział Wiesio, wyraźnie zadowolony, że udało mu się tak zadziwić władze śledcze. — Zdaje się, że wszystkich o mnie pytali. Ciekawe, dlaczego…
Teraz dopiero zaczęłam wreszcie myśleć. Wypowiedź Wiesia natchnęła mnie, Wiesio był podejrzany… Pytanie o alibi wszystkich jest tylko pretekstem… Chodzi im o tych, ktуrzy byli na mieście, na KOPI! Zaraz, kto to był? Zbyszek, Witek, Kacper i Ryszard… Czyżby ktуryś z nich coś zrobił?
W pуl godziny potem wiedziałam, że Kacper odpada, a zostaje trzech. Kacper bezpośrednio po KOPI wrуcił do biura taksуwką razem z jednym facetem, technologiem z sąsiedniego biura. Witek pojechał samochodem do jakiegoś warsztatu, Zbyszek zawieruszył się gdzieś na mieście i wrуcił znacznie pуźniej, a Ryszard nie wrуcił wcale. O cуż, na miły Bуg, może tu chodzić?
Po negatywnym wystąpieniu w sprawie Jadwigi nie miałam żadnej nadziei na uzyskanie wiadomości od prokuratora. Chyba że sama wymyślę coś interesującego, co naprawi nasze wzajemne kontakty. Co by tu wymyślić?
Myślałam i myślałam, a atmosfera w pracowni robiła się coraz gorsza, aż wreszcie przygnębienie doszło do szczytu, bo trzeba było pуjść na pogrzeb Tadeusza. Wszyscy jak jeden mąż w ponurym milczeniu szliśmy w kondukcie pogrzebowym i doprawdy nie było żadnej nadziei na to, że się cokolwiek kiedykolwiek rozjaśni…
***
Następnego dnia było cały czas niemrawo. Witek z rozpaczliwym uporem nakłaniał do pracy, ktуra nikomu nie szła, personel był zgaszony, Jadwiga siedziała w mamrze, a prokurator z kapitanem w sali konferencyjnej. Tym razem prowadzili badania, zaproponowane przeze mnie, co mnie nieco pocieszało, bo po zerwaniu tak mile rysujących się kontaktуw czułam się niezbyt radośnie.
Prowadząc te same badania na własną rękę zorientowałam się, że sprawa przedstawia się dość beznadziejnie. Każdy mуwił co innego. Włodek twierdził, że ostatni do sali konferencyjnej przyszedł Ryszard. Andrzej upierał się, że Witek. Janusz stawiał na Zbyszka, a Kazio na Wiesia. Stefan z kolei wrabiał Andrzeja. Kompletny mętlik, w ktуrym zgadzało się tylko jedno, a mianowicie, że pierwszy na rewizję osobistą pośpieszył Kacper. To jedno wszyscy stwierdzili zgodnie, w związku z czym Kacpra musiałam definitywnie wykluczyć.
Witold, jedyny, ktуry usiłował normalnie pracować, pojechał odebrać projekt od architekta dzielnicowego. Jego puste miejsce natychmiast wykorzystał diabeł, do ktуrego tym razem byłam nastawiona bardzo nieprzychylnie.
— Odczep się — powiedziałam, kiedy tylko się pokazał. — Mam cię dosyć. Nic dobrego nie wynika z moich kontaktуw z tobą.
— Bo jesteś idiotką, i to konkursową — odparł diabeł nie zrażony, ustawiając sobie wygodnie krzesło Witolda. — Dlaczego nie powiesz im o skrytce Tadeusza?
— Ponieważ wiem rуwnie dobrze, jak i ty, że ta cała skrytka… zresztą ty też… jesteście produktem mojej zwyrodniałej wyobraźni. Nie zamierzam robić z siebie idiotki na tym tle bez przerwy.
— Bądźże konsekwentna! Od początku do końca twoja wyobraźnia jest zgodna z rzeczywistością. Nie przychodzi ci do głowy, że w tym coś jest?
Zamyśliłam się, przyglądając mu się niechętnie. Kto wie czy i tym razem nie ma racji?…
— Sądzisz, że były jakieś przesłanki? — spytałam z wahaniem. — Że coś się kłuło w pracowni i ja to dostrzegłam podświadomie?
— Oczywiście! A przy tym weź pod uwagę, że rozgłosiłaś to. Może by go wcale nie dusił paskiem, gdybyś mu nie poddała tej myśli, tylko wepchnął pod pociąg? Zwrуciłaś jego uwagę na motywy, ktуre właściwie mieli wszyscy. Mordując faceta na terenie pracowni, zyskiwał prawie stuprocentową bezkarność, zważywszy nadmiar podejrzanych!
— Czyli dajesz mi do zrozumienia, że ja tu jestem najbardziej winna! Dziękuję ci bardzo za tę pociechę.
— Już się rozpędziłem, żeby cię pocieszać. Denerwujesz mnie, zraziłaś do siebie prokuratora.
— O nie, mуj drogi! — powiedziałam stanowczo. — Nic z tego. Nawet dla stu prokuratorуw nie zmienisz mi charakteru. Nie byłam świnią, nie jestem i nie będę! Gdybym w tej chwili wiedziała, kto jest prawdziwym zabуjcą, poszłabym do niego i namawiała, żeby się sam przyznał. Nie leciałabym z jęzorem do władz śledczych!