Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Иронические детективы » Wszyscy jesteśmy podejrzani
Wszyscy jesteśmy podejrzani - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wszyscy jesteśmy podejrzani

Электронная книга - «Wszyscy jesteśmy podejrzani». Краткое содержание книги:

Wszyscy jesteśmy podejrzani
1 ... 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58
Перейти на страницу:

— Zaraz powiem wyraźniej — odparł kapitan, do ktуrego dotarło jej mamrotanie. — Pani Jadwiga zosta­ła zwolniona. Zatrzymany jest kierownik pracowni, ktуry po wyczerpującym śledztwie okazał się sprawcą zabуjstwa. To wszystko, dziękuję.

Najpierw przez długą chwilę panowało milczenie. Otępiały personel patrzył wybałuszonymi oczami na drzwi, za ktуrymi zniknął przedstawiciel władzy. A potem wybuchł dziki rejwach!

— On zwariował! Zwariował!!! — ryczał Stefan.

— Położył pracownię!!!

— Ale to niemożliwe, dlaczego?! Powiedzcie mi, dlaczego?! — pytała z irytacją Monika, szarpiąc wszystkich po kolei za rękawy i bezskutecznie do­magając się odpowiedzi.

Alicja wydawała z siebie radosne kwiki, skacząc po pokoju. Włodek, śmiertelnie blady, usiłował ją zatrzymać, wykrzykując jakieś wyrzuty pod jej ad­resem. Leszek, jęcząc, kiwał się na krześle.

— …Zbrodniarzem — mamrotał. — Kierownik pracowni zbrodniarzem…

— Niemożliwe — powiedział Janusz w osłupie­niu. — Jak to, naprawdę? Niemożliwe!

—                Ale skąd wiedzą? — dopytywał się Wiesio za­ciekawiony. — Skąd wiedzą, jak do tego doszli?

Dopadłam Matyldy, siedzącej przy małym stoliku.

— Pani Matyldo, byli wczoraj u pani?

— Byli — odparła Matylda twardo. — Ja mуwię prawdę! — I nagle zaczęła płakać rzewnymi łzami.

—Taki wstyd, pani Joanno, taki wstyd!… Kierownik pracowni! Dyrektor!

Wiesio pierwszy, a za nim reszta, przypomnieli sobie, że przecież ja tu jeszcze jestem. Autorka przed­stawienia! Ciasnym kręgiem otoczyli nas obie, mnie i płaczącą Matyldę, domagając się kategorycznie wy­jaśnień.

— Odczepcie się! — wrzasnęłam z furią. — Tyle wiem, co i wy! Nie, więcej, wiem, że byłam wspуl­niczką Tadeusza, mordercy i jeszcze kilku innych zwyrodnialcуw! Idźcie do diabla!

— Dlaczego pani płacze, pani Matyldo?! Pani wie­działa?… Joanna, mуw coś, nie bądź świnia!

—                Ty, powiedz prawdę, o co chodziło — dopyty­wał się z przejęciem Janusz. — Perski konkurs?…

Kiwnęłam głową.

— Marek im powiedział. Marek wiedział. Tadeusz też…

W tym momencie przypomniałam sobie, że prze­cież уw zaginiony list do mnie jest tajemnicą, że nikt o tym nie powinien się dowiedzieć, że już sama nie wiem wobec tego, co tu wyjaśniać, a czego nie, i przyczepiłam się znуw do Matyldy.

— Pani Matyldo, oni się już wcześniej domyślili, a pani im potwierdziła! O co panią pytali?

Matylda, szlochając, zaczęła streszczać wczorajsze wieczorne przesłuchanie, na szczęście dostatecznie chaotycznie, żeby nie wszystko można było zrozumieć.

— Najpierw o panią, wie pani, a taka byłam wtedy zmartwiona!… Jak ten list zginął… Przyszli wieczo­rem, bardzo pуźno… Potem mi powiedzieli, że już wiedzą, i wtedy musiałam im powiedzieć, co mi się przypomniało, jak pani przeszła koło mnie dwa razy w tę samą stronę… On też przeszedł i zupełnie o tym zapomniałam…

— Wtedy, kiedy go zabił? Musiał słyszeć te głosy…

— Musiał słyszeć! — powiedział z gniewem Zby­szek. — Teraz już nie ma co ukrywać. Siedział prze­cież razem ze mną!

Z największym trudem, przy pomocy szlochającej Matyldy, odtworzyliśmy czynności Witka w owych decydujących chwilach. Przyniosłam z pokoju nasz harmonogram nieobecności.

Witek i Zbyszek siedzieli w gabinecie, a z sali konferencyjnej dobiegały głosy Tadeusza i błagającej go o litość Jadwigi. Witek wyszedł pierwszy, Zbyszek zaraz za nim i po chwili Witek wrуcił. Prawdopodobnie wtedy przyniуsł ze sobą dziurkacz. Matylda, zajrzaw­szy do gabinetu, ujrzała go przy biurku. A potem Witek znуw przeszedł obok niej, idąc do gabinetu, chociaż przed kilkoma minutami tam był i nie wychodził.

Wstrząśniętej morderstwem Matyldzie pomie­szało się wszystko i zapomniała o tym jego podwуj­nym powrocie. Dopiero kiedy przeszłam obok niej w identyczny sposуb, wyszedłszy z gabinetu przez salę konferencyjną, przypomniała sobie ten fakt.

— Dlaczego nie powiedziała im pani tego od razu, pani Matyldo? Jak zabrali Jadwigę!?

— Biłam się z myślami — wyszlochała Matylda. — Nie wiedziałam, czy nie mam halucynacji! Nie wiedziałam, czy to ważne! I jakże miałam rzucać podejrzenia na kierownika pracowni?!

No tak, dla nieskazitelnie praworządnej Matyldy to musiał być okropny cios. Zwierzchnik był dla niej zawsze czymś w rodzaju Zeusa Olimpijskiego…

— A dlaczego nie otworzył drzwi i nie wrуcił wprost? — spytał Kazio. Zajrzałam do harmonogramu.

— A bo wtedy pan już wrуcił, panie Zbyszku. On to usłyszał. Z tego, co ja tu widzę, wrуcił pan do gabine­tu w momencie, kiedy on już wycierał dziurkacz. Nie mуgł zrobić nic, tylko możliwie szybko wyjść przez przedpokуj. Zrobił pan może coś hałaśliwego?

— A owszem. Kładłem na biurku stos teczek i zrzuciłem pudełko z ołуwkami…

— Rany boskie, ależ on ma nerwy, popatrzcie — po­wiedział z podziwem Janusz. —Ja bym się załamał…

— Ja ciągle nie wiem, dlaczego on to zrobił — po­wiedziała z niesmakiem Monika. — Sam się chciał wykończyć czy co?

— Trzeba przyznać, że mu się to udało…

— A mуwiłem, że wszedł ostatni na tę całą rewi­zję — powiedział niechętnie Andrzej. — Byłem tego pewny i od razu wiedziałem, że coś w tym musi być. I oni mnie o to maglowali, i pani.

— Ja też wiedziałem, że przyszedł ostatni — mruk­nął Zbyszek.

— Dlaczego pan tego nie powiedział? — spytałam z wyrzutem. — Już nie mуwię milicji, ale mnie?…

— Bo mi się to nie podobało. Od początku mi się bardzo dużo nie podobało. Powiedziałbym, gdyby się definitywnie przyczepili do Jadwigi.

— Co teraz będzie? — spytał pochmurnie Witold. Zbyszek popatrzył na niego, a potem na nas wszy­stkich.

— Ano, cуż… Nie ma co ukrywać. Likwidacja przed­siębiorstwa. O jedno tylko was proszę: wyczyśćmy wszystko, co się da! Nie zostawiajmy takiego śmietni­ka…

Władze śledcze załatwiały jeszcze w naszym biu­rze jakieś swoje sprawy. Skorzystałam z tego i zła­pałam kapitana. Prokuratora nie miałam odwagi.

— Wszystko dobrze, ale czy ja bym chociaż nie mogła tego listu przeczytać? — spytałam nieśmiało. — Rozumiem, że on będzie służył jako dowуd rze­czowy, ale niechże, do licha, poznam jego treść! Przecież to list do mnie!

— Polecę zrobić odpis i dam pani, skoro tak pani na tym zależy. Właściwie tak dużo to tam nie było.

— Domyślam się. Wszystko co trzeba powiedział wam Marek?

Kapitan odnosił się do mnie przyjaźnie, ale nie kwapił się z udzielaniem wyjaśnień. Prokurator jakby mnie nie widział. Pomimo to zatrzymałam się jeszcze.

— Panowie, bądźcie ludźmi — powiedziałam pro­sząco. — Powiedzcie co nieco… Kapitan spojrzał na mnie i zawahał się.

— No cуż, uczciwie trzeba przyznać, że nam pani bardzo pomogła. Trochę panią podejrzewam o wspуł­pracę z jakąś siłą nieczystą… Co pani chce wiedzieć?

Tak dużo chciałam wiedzieć, że zrobił mi się na­tychmiast mętlik w głowie. Resztkami przytomnoś­ci wybrałam to, co tylko oni mogli powiedzieć.

— Klucz! — zawołałam pośpiesznie. — Co z klu­czem?

— Ekspertyza, przeprowadzona zgodnie z pani życzeniem, wykazała, że ten z wazonu nie był uży­wany. Leżał sobie i porastał pleśnią.

— A ten z biurka?

— A na tym z biurka jest odcisk palca. Dziś rano udało nam się dostać wyniki.

— No, a co było z tą moją wizją o skrytce?

1 ... 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)