Wszyscy jesteśmy podejrzani
- Автор: Хмелевская Иоанна
- Язык: польский
- Год: Kobra Media
- ISBN: 9788388791949
- Жанр: Иронические детективы
Электронная книга - «Wszyscy jesteśmy podejrzani». Краткое содержание книги:
— Ale pomagać chcesz?
— Chcę, bo jest bydlęciem w stosunku do Jadwigi. Słusznie zabił Tadeusza, ale niesłusznie pozwolił na jej przymknięcie!
— No to jak chcesz pomagać, to idź i powiedz o skrytce. Ja ci radzę, idź, powiedz…
Siedział i kusił jak prawdziwy diabeł, aż wreszcie uległam. Poszłam do sali konferencyjnej, gdzie akurat nie było żadnego podejrzanego, tylko sama władza, i godnie spytałam, czy zechcą mnie wysłuchać. Widocznie nie wszystko im szło jak po maśle, bo wyrazili zgodę z dużym zapałem. Pomyślałam sobie, że jeśli mam z siebie robić idiotkę, to przynajmniej niech będę w dobranym towarzystwie.
— Mam nadzieję, że panowie pamiętają, od czego się to wszystko zaczęło? — powiedziałam bardzo sztywno.
— Pamiętamy — odparł prokurator niesłychanie uprzejmie. — Od pani jasnowidzenia.
Przyjrzałam mu się uważnie i przeciągle i być może nawet trochę zaczepnie, bo w jego oczach coś mignęło, po czym ciągnęłam dalej:
— Pragnę panуw poinformować, że moje jasnowidzenia trwają nadal. Doszłam do wniosku, że notes Tadeusza nie był całym jego majątkiem, że musiał mieć jeszcze jakieś materiały i musiał je gdzieś trzymać
— Bardzo interesujące — powiedział prokurator jadowicie, kiedy zatrzymałam się w celu zaczerpnięcia oddechu.
Zignorowałam jego uwagę.
— I zastanawiałam się, gdzie. W trakcie tego zastanawiania znalazłam się w mieszkaniu nieboszczyka ktуre znam, bo tam kiedyś byłam…
Nie wdając się w rozgraniczanie fantazji i rzeczywistości, zrelacjonowałam im moją całą dramatyczną wizję, z okrzykiem Alicji na zakończenie włącznie. Po czym zamilkłam.
Przedstawiciele władzy siedzieli nieruchomo z bardzo dziwnym wyrazem twarzy. Pomyślałam sobie, że pewnie uważają mnie za niespełna rozumu, ale było mi to już obojętne.
— Tak… — powiedział powoli kapitan. — Czy można wiedzieć, skąd pani to wszystko wie?
— Zdawało mi się, że na wstępie powiedziałam to dość wyraźnie — odparłam zimno i nagle zawartość wnętrza przewrуciła mi się kilkakrotnie do gуry nogami! Pojęłam sens jego pytania!
— Na litość boską! — krzyknęłam, zrywając się z miejsca. — Nie powie pan chyba, że to wszystko prawda?!
— Ależ skąd! — odparł natychmiast prokurator, czyniąc jakiś gwałtowny gest. — To są, oczywiście, pani wyobrażenia? Dobrze to zrozumiałem?
— Tak — powiedziałam słabo, siadając na powrуt. — Wielki Boże, mam nadzieję, że istotnie to są tylko moje wyobrażenia?…
— Tak, naturalnie, bardzo pani dziękujemy — powiedział kapitan pośpiesznie. — Czy jeszcze ma pani dla nas jakieś informacje?
Nie byłam w stanie mуwić, więc tylko pokręciłam głową. Potem domyśliłam się, że czekają, żebym sobie poszła. Poszłam zatem, w żywe kamienie przeklinając idiotycznego diabła.
Niemrawa atmosfera panowała aż do wyjścia Witka. Przedstawiciele prawa opuścili pracownię już wcześniej, prawie zaraz po moich rewelacjach.
Kto pierwszy wyciągnął pierwsze pуł litra, nie mam pojęcia. Nie wiem też, kto postanowił, że stypa ma się odbyć właśnie tego dnia. Możliwe, że sprawił to ponury nastrуj. Dość, że do naszego pokoju zajrzał nagle Stefan.
— Na co czekacie? — warknął. — Tam już lecą toasty. Jazda, za zdrowie nieboszczyka!…
Przyjęcie składało się z bułki paryskiej, kilograma salcesonu i potwornej ilości wуdki. Kawa była w pracowni zawsze. Kilka osуb musiało wyjść, ale większość została. Przy pierwszym litrze było nam jeszcze bardzo smutno i wszyscy trzeźwi przytomnie i rozsądnie rozpatrywali sytuację, mieszając tylko przewidywany upadek pracowni z podejrzeniami na temat Jadwigi. Przy drugim zaczęliśmy dochodzić do wniosku, że właściwie żyć można wszędzie, pracować też i nie pozostaje nam nic innego, jak tylko intensywnie się pocieszać. A przy trzecim nastrуj uległ już radykalnej zmianie.
Ktoś nastawił radio, ktуre nadawało akurat muzykę taneczną. Rуwnocześnie Włodek zaczął grać na organkach z początku rzewnie, a potem coraz bardziej skocznie. Litry płynęły dalej, mieszane z kawą, Leszek ruszył do tańca z okrzykiem:
— Raz się żyje! Panowie bracia, tańczymy na wulkanie!
W tym momencie musiałam opuścić pokуj na chwilę, ponieważ usłyszałam, że dzwoni telefon. Byłam chyba najtrzeźwiejsza ze wszystkich, bo z uwagi na dolegliwości sercowe nie bardzo mogłam pić, co mnie napełniało głębokim żalem. Bez trudu jednak dostosowałam się do panującego nastroju.
Po drugiej stronie telefonu wisiał Witek, mający miły zwyczaj sprawdzać, co się dzieje w pracowni w godzinach nadliczbowych. Z wielkim trudem przekonałam go, że zostało kilka osуb, ktуre ciężko pracują. Kiedy wrуciłam do środkowego pokoju, stypa była już w pełni rozkwitu.
Leszek szalał w dzikich skokach po całym pomieszczeniu, obijając się o stoły i szaty, co miało oznaczać, że tańczy charlestona.
— Zabierzcie to! — charczał. — Zabierzcie te meble! Nie ma dla mnie przeszkуd! Jestem orzeł!
Dlaczego dźwięki charlestona przemieniły go akurat w orła, nie wiadomo, zwłaszcza że tej metamorfozy nie dawało się dostrzec na zewnątrz. Monika z Wiesiem tańczyli twista, Wiesio umiał, a Monika nie. Leszek nagle zmienił zdanie i oświadczył, że jest umierającym łabędziem, przy czym dziwne wygibasy rуwnież zmieniły nieco charakter. We wdzięcznych przegięciach wypadł na korytarz aż do pomieszczenia Matyldy, gdzie skonał, przewieszony przez krzesło, wydając z siebie co jakiś czas niesamowite skrzeczenie, ktуre miało obrazować łabędzi śpiew.
Włodek siedział na szafie z rysunkami i nie zważając na konkurencję Polskiego Radia, grał przeraźliwie na organkach oberka. Alicja, doskonale zaprawiona, żądała, żeby zagrał polkę, bo ona musi zatańczyć. Poparłam ją solidarnie, ale Włodek zaprotestował, między jednym dźwiękiem a drugim wyjaśniając nam, że w organkach brakuje mu a-moll, ktуre do polki jest niezbędne. To wyjaśnienie nie trafiło nam do przekonania.
— Graj polkę, bo ci to rozbiję na głowie — zagroziłam, biorąc do ręki szklankę z fusami do kawy. Włodek nadal grał oberka, udając, że nie słyszy, więc poczułam się zmuszona spełnić groźbę i chlusnęłam na niego resztkę kawy z fusami. Następnie poprawiłam wodą z wazonika do kwiatуw.
— Megiera — powiedział Włodek z urazą, zgarnął nieco z siebie fusy i nadal grał oberka. Alicja przyjrzała mu się z dużym zainteresowaniem.
— Ona leje, to i ja! — oświadczyła stanowczo. Wzięła ze stołu wielki wazon z kwiatami i chlusnęła na Włodka całą zawartością. Muzyk obraził się, zlazł z szafy i wyrzucił organki za okno.
Stefan stał przy drugiej szafie z rysunkami i mamrocząc jakieś przekleństwa, wydłubywał z salcesonu ozorki, resztę ze wstrętem wyrzucając za siebie. Anka z Andrzejem i Monika z Wiesiem twardo tańczyli twistem wszystko, cokolwiek rozbrzmiewało przez radio. Alicja zrezygnowała z polki, wyciągnęła Kacpra na korytarz i oboje runęli w kierunku drzwi wyjściowych, rycząc strasznym głosem mazura. Ryszard, siedzący dotąd melancholijnie przy stoliku, ocknął się nagle jak na dźwięk pobudki, wypchnął mnie z pokoju i poszliśmy za ich przykładem.
Wpadliśmy do pokoiku Matyldy w momencie, kiedy pierwsza para zawracała już od drzwi. Rуwnocześnie umierający łabędź, to znaczy Leszek, zerwał się z krzesła, na ktуrym oddawał ducha, i trafił w sam środek szaleńczego mazura. Oszołomiony chciał się cofnąć, dostał dubla od Ryszara, wpadł na Alicję i Kacpra i całe towarzystwo wylądowało na biurku Matyldy. Małe, lekkie biureczko, mające cienkie, wdzięczne nуżki i szuflady tylko po jednej stronie, nie wytrzymało tego ciosu, trzasnęło, zgrzytnęło i runęło.