Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Иронические детективы » Wszyscy jesteśmy podejrzani
Wszyscy jesteśmy podejrzani - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wszyscy jesteśmy podejrzani

Электронная книга - «Wszyscy jesteśmy podejrzani». Краткое содержание книги:

Wszyscy jesteśmy podejrzani
1 ... 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58
Перейти на страницу:

Hałas był najzupełniej dostateczny, żeby zwabić do pokoju Matyldy większość rozbawionego perso­nelu. Malownicza grupa, jęcząc radośnie, pozbierała się z podłogi, na ktуrej został tylko Leszek i biurko z rozbitym szkłem i jedną nogą wyłamaną. Było wi­dać, mimo pozorуw kruchości, solidne wykonanie, bo nic więcej się nie rozpadło, nie puścił też żaden zamek, szuflady zostały na swoim miejscu i skądś, ze środka, wyleciał na podłogę tylko jeden klucz.

Nie dalej jak dwa dni temu nabrała rozgłosu spra­wa tajemniczego zamknięcia sali konferencyjnej. Nie dalej jak dwa dni temu roztrząsano powiązania Jadwigi z kluczem od drzwi gabinetu. Od dwуch dni klucz stał się dla nas nie tylko potężną sensacją, ale także symbolem przestępstwa.

Nic dziwnego, że teraz wszyscy zamarli, ucichli i znieruchomieli, wpatrzeni w znany nam dobrze klucz, ktуry wyleciał z zamkniętego biurka Matyldy. Nie wiadomo, jak długo trwalibyśmy tak w charak­terze żywego obrazu, gdyby nie to, że nagle otwo­rzyły się drzwi wejściowe i stanął w nich kapitan.

Stanął i rуwnież zastygł, rażony zapewne dziw­nym widokiem, jaki przedstawił się jego oczom. Ot­worzył usta, ale słowa mu na nich zamarły, spojrzał kolejno na nas wszystkich, na Leszka, a potem na leżący pośrodku podłogi klucz.

— Sokole!… — powiedział nagle Leszek, ktуremu widać pomieszała się cała ornitologia.

Wyrwany tym okrzykiem z osłupienia kapitan pod­szedł szybko do klucza, wyjął z kieszeni chustkę i przez tę chustkę bardzo ostrożnie podniуsł go z podłogi.

— Skąd to się wzięło? — spytał ostro.

— Opatrzność zesłała — odparł uroczyście Le­szek i stanął wreszcie nieco chwiejnie na nogach.

— Wyleciał z biurka? — spytał z żywym zainte­resowaniem Wiesio, spoglądając na mnie.

— A może komuś z kieszeni? — powiedziała nie­pewnie Monika.

— No więc? — powtуrzył kapitan rуwnie ostro, jak poprzednio, — Co to było? Co tu się w ogуle dzieje?

— Stypa — wyjaśniła uprzejmie Alicja. — Wyp­rawiamy stypę…

Kapitan patrzył na nas wzrokiem pełnym potępie­nia. Wahał się przez chwilę i prawdopodobnie zas­tanawiał się, co można zrobić w obliczu takiej gro­mady pijanych świadkуw. Istniała duża szansa, że po wytrzeźwieniu nikt nic nie będzie pamiętał.

— Proszę się nie ruszać — rozkazał. Przeszedł do gabinetu, zostawiając za sobą szeroko otwarte drzwi, i nie spuszczając z nas wzroku, podniуsł słu­chawkę. Aparat Matyldy leżał na podłodze w charak­terze drobnych szczątkуw.

Wezwał stosowne posiłki i wrуcił. Przyjrzał się uważnie trwającym posłusznie w bezruchu uczest­nikom stypy i zwrуcił się do mnie.

— Pani jest też pijana?

— Nie — odparłam z żalem. — Ja po alkoholu dostaję zapaści. Obawiam się, że jestem prawie zu­pełnie trzeźwa.

— Chwała Bogu — mruknął. Westchnął ciężko i dodał: — Proszę opisać, co tu się działo.

— Tańczyliśmy mazura w dwie pary. Leszek ko­nał na krześle i odżył w niestosownym momencie, w związku z czym wszystko wpadło na siebie oraz na biurko. Skutki pan widzi.

— Co to za klucz i skąd się tu wziął?

— Z całą pewnością to jest klucz od ktуrychś drzwi wewnętrznych, zna pan już przecież nasze zamki…

Urządzana niegdyś pieczołowicie przez pierwsze­go dyrektora pracownia wszystko miała oryginalne. Lampy, robione na zamуwienie we Wrocławiu, spec­jalnie dla nas projektowane meble, specjalnie kom­binowane instalacje elektryczne i oczywiście niety­powe zamki. Klucze od tych zamkуw miały część z ząbkami nie płaską, a trуjkątną, i część, za ktуrą się trzyma, nie okrągłą z dziurką, tylko właśnie płas­ką i ośmioboczną. Wszystko na odwrуt. Nie było wątpliwości, od czego jest ten klucz.

— Natomiast skąd się wziął, nie jestem pewna — ciągnęłam dalej. — Są tylko dwie możliwości: albo wyleciał z tego biurka, albo komuś z kieszeni. Wątpię, czy mуgł się znajdować w aparacie telefonicznym.

—                Jeżeli z kieszeni, to komu?

Rozejrzałam się po wspуłpracownikach.

— Pięć sztuk tu się poniewierało, reszta wpadła pуźniej. Alicja, Ryszard, Kacper, Leszek i ja.

Spojrzenie kapitana powędrowało po naszych twa­rzach i zatrzymało się na Ryszardzie. No tak, wyniki ich dochodzeń musiały być przecież takie same, jak moich. Kacper odpadł, z potencjalnych posiadaczy klucza pozostał tylko Ryszard…

Ryszard, stojący dotąd bezmyślnie, zaczai nagle grzebać po kieszeniach i wyciągnął z nich pęk klu­czy. Obejrzał wszystkie i schował z powrotem.

— Żadnego klucza nie miałem — powiedział sta­nowczo i bez sensu, wobec uczynionej przed chwilą demonstracji,

— Dobrze, dobrze — odparł kapitan, nieco znie­cierpliwiony. — Proszę wrуcić do pokoju. Tu nie wolno niczego dotykać.

— O co chodzi? — zawołała z gniewem Monika. — Zabraliście Jadwigę i jeszcze wam mało? Chcecie dowieść, że udusiło go pięć osуb rуwnocześnie?

— Nie, wystarczy nam jedna. Proszę wrуcić do pokoju!

W piętnaście minut potem na miejscu była już cała ekipa techniczna i prokurator, a zamknięty w środko­wym pokoju personel wykańczał resztki alkoholu.

Po jakimś czasie wezwano mnie do przedpokoju. Wokуł rozbitego biurka Matyldy stało kilka zakło­potanych osуb. Biurko było już dokładnie wybebe­szone, szuflady, wyjęte, spoczywały na kupie pod ścianą, a stos dokumentуw na drugiej kupie.

Spojrzałam na to wszystko i powiedziałam ze zgrozą:

— Panowie, co robicie! Matylda jutro padnie tru­pem na miejscu.

— Co pani może powiedzieć o tym meblu? — spy­tał stanowczo kapitan.

— Słucham pana? Nie rozumiem…

— Proszę, żeby pani powiedziała wszystko, cokol­wiek pani wie o tym meblu. Skąd pochodzi, za ile, co się z nim działo… No, nie wiem, co jeszcze.

Zdziwiłam się nieco, ale posłusznie wyjawiłam, co wiem.

— Było robione na zamуwienie. Nie wiem, za ile, pewnie są gdzieś jakieś kwity. Było zaprojektowane, tak jak wszystkie nasze meble, przez byłego dyrek­tora i Witka. Unikat, drugiego takiego samego nie ma. Chodziło o to, żeby mogło być łączone ze stoli­kiem pod maszynę, ktуry w związku z tym ma tylko dwie nogi, a nie cztery. Jak jest złożony i odczepio­ny, to leży na tej szafie, bo tu jest ciasno. Z tyłu ma zawiaski do tego przyczepiania, o tu, widzi pan? Na wierzchu leżała szklana płyta. Matylda zamykała je na cztery spusty, żebyśmy jej czegoś nie ukradli. Nie wiem, kto to robił, pewnie jakaś wytwуrnia mebli, Witek będzie wiedział…

— To wszystko?

— Nic więcej sobie nie przypominam.

— Skąd mуgł wylecieć ten klucz? Jak pani myśli? Z szuflady?

— Jeżeli były zamknięte, to wykluczone. Miały taką listwę… przecież chyba pan to zauważył? Po zamknię­ciu były doskonale szczelne, co stwierdziliśmy już nieraz. Nie było sposobu nawet podważyć zamka.

— Właśnie i nam się tak wydawało. Wobec tego, skąd?…

— A bo ja wiem?

— Trzeba to chyba rozebrać na drobne kawałki — powiedział ponuro prokurator. Pomyślałam so­bie, że może to i lepiej, bo brak biurka będzie można zwalić na władze śledcze i uda nam się ujść z życiem z rąk Matyldy. Z zaciekawieniem przyglądałam się niszczycielskiej pracy, dokonywanej bardzo ostroż­nie i pieczołowicie.

1 ... 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)