Wszyscy jesteśmy podejrzani
- Автор: Хмелевская Иоанна
- Язык: польский
- Год: Kobra Media
- ISBN: 9788388791949
- Жанр: Иронические детективы
Электронная книга - «Wszyscy jesteśmy podejrzani». Краткое содержание книги:
Hałas był najzupełniej dostateczny, żeby zwabić do pokoju Matyldy większość rozbawionego personelu. Malownicza grupa, jęcząc radośnie, pozbierała się z podłogi, na ktуrej został tylko Leszek i biurko z rozbitym szkłem i jedną nogą wyłamaną. Było widać, mimo pozorуw kruchości, solidne wykonanie, bo nic więcej się nie rozpadło, nie puścił też żaden zamek, szuflady zostały na swoim miejscu i skądś, ze środka, wyleciał na podłogę tylko jeden klucz.
Nie dalej jak dwa dni temu nabrała rozgłosu sprawa tajemniczego zamknięcia sali konferencyjnej. Nie dalej jak dwa dni temu roztrząsano powiązania Jadwigi z kluczem od drzwi gabinetu. Od dwуch dni klucz stał się dla nas nie tylko potężną sensacją, ale także symbolem przestępstwa.
Nic dziwnego, że teraz wszyscy zamarli, ucichli i znieruchomieli, wpatrzeni w znany nam dobrze klucz, ktуry wyleciał z zamkniętego biurka Matyldy. Nie wiadomo, jak długo trwalibyśmy tak w charakterze żywego obrazu, gdyby nie to, że nagle otworzyły się drzwi wejściowe i stanął w nich kapitan.
Stanął i rуwnież zastygł, rażony zapewne dziwnym widokiem, jaki przedstawił się jego oczom. Otworzył usta, ale słowa mu na nich zamarły, spojrzał kolejno na nas wszystkich, na Leszka, a potem na leżący pośrodku podłogi klucz.
— Sokole!… — powiedział nagle Leszek, ktуremu widać pomieszała się cała ornitologia.
Wyrwany tym okrzykiem z osłupienia kapitan podszedł szybko do klucza, wyjął z kieszeni chustkę i przez tę chustkę bardzo ostrożnie podniуsł go z podłogi.
— Skąd to się wzięło? — spytał ostro.
— Opatrzność zesłała — odparł uroczyście Leszek i stanął wreszcie nieco chwiejnie na nogach.
— Wyleciał z biurka? — spytał z żywym zainteresowaniem Wiesio, spoglądając na mnie.
— A może komuś z kieszeni? — powiedziała niepewnie Monika.
— No więc? — powtуrzył kapitan rуwnie ostro, jak poprzednio, — Co to było? Co tu się w ogуle dzieje?
— Stypa — wyjaśniła uprzejmie Alicja. — Wyprawiamy stypę…
Kapitan patrzył na nas wzrokiem pełnym potępienia. Wahał się przez chwilę i prawdopodobnie zastanawiał się, co można zrobić w obliczu takiej gromady pijanych świadkуw. Istniała duża szansa, że po wytrzeźwieniu nikt nic nie będzie pamiętał.
— Proszę się nie ruszać — rozkazał. Przeszedł do gabinetu, zostawiając za sobą szeroko otwarte drzwi, i nie spuszczając z nas wzroku, podniуsł słuchawkę. Aparat Matyldy leżał na podłodze w charakterze drobnych szczątkуw.
Wezwał stosowne posiłki i wrуcił. Przyjrzał się uważnie trwającym posłusznie w bezruchu uczestnikom stypy i zwrуcił się do mnie.
— Pani jest też pijana?
— Nie — odparłam z żalem. — Ja po alkoholu dostaję zapaści. Obawiam się, że jestem prawie zupełnie trzeźwa.
— Chwała Bogu — mruknął. Westchnął ciężko i dodał: — Proszę opisać, co tu się działo.
— Tańczyliśmy mazura w dwie pary. Leszek konał na krześle i odżył w niestosownym momencie, w związku z czym wszystko wpadło na siebie oraz na biurko. Skutki pan widzi.
— Co to za klucz i skąd się tu wziął?
— Z całą pewnością to jest klucz od ktуrychś drzwi wewnętrznych, zna pan już przecież nasze zamki…
Urządzana niegdyś pieczołowicie przez pierwszego dyrektora pracownia wszystko miała oryginalne. Lampy, robione na zamуwienie we Wrocławiu, specjalnie dla nas projektowane meble, specjalnie kombinowane instalacje elektryczne i oczywiście nietypowe zamki. Klucze od tych zamkуw miały część z ząbkami nie płaską, a trуjkątną, i część, za ktуrą się trzyma, nie okrągłą z dziurką, tylko właśnie płaską i ośmioboczną. Wszystko na odwrуt. Nie było wątpliwości, od czego jest ten klucz.
— Natomiast skąd się wziął, nie jestem pewna — ciągnęłam dalej. — Są tylko dwie możliwości: albo wyleciał z tego biurka, albo komuś z kieszeni. Wątpię, czy mуgł się znajdować w aparacie telefonicznym.
— Jeżeli z kieszeni, to komu?
Rozejrzałam się po wspуłpracownikach.
— Pięć sztuk tu się poniewierało, reszta wpadła pуźniej. Alicja, Ryszard, Kacper, Leszek i ja.
Spojrzenie kapitana powędrowało po naszych twarzach i zatrzymało się na Ryszardzie. No tak, wyniki ich dochodzeń musiały być przecież takie same, jak moich. Kacper odpadł, z potencjalnych posiadaczy klucza pozostał tylko Ryszard…
Ryszard, stojący dotąd bezmyślnie, zaczai nagle grzebać po kieszeniach i wyciągnął z nich pęk kluczy. Obejrzał wszystkie i schował z powrotem.
— Żadnego klucza nie miałem — powiedział stanowczo i bez sensu, wobec uczynionej przed chwilą demonstracji,
— Dobrze, dobrze — odparł kapitan, nieco zniecierpliwiony. — Proszę wrуcić do pokoju. Tu nie wolno niczego dotykać.
— O co chodzi? — zawołała z gniewem Monika. — Zabraliście Jadwigę i jeszcze wam mało? Chcecie dowieść, że udusiło go pięć osуb rуwnocześnie?
— Nie, wystarczy nam jedna. Proszę wrуcić do pokoju!
W piętnaście minut potem na miejscu była już cała ekipa techniczna i prokurator, a zamknięty w środkowym pokoju personel wykańczał resztki alkoholu.
Po jakimś czasie wezwano mnie do przedpokoju. Wokуł rozbitego biurka Matyldy stało kilka zakłopotanych osуb. Biurko było już dokładnie wybebeszone, szuflady, wyjęte, spoczywały na kupie pod ścianą, a stos dokumentуw na drugiej kupie.
Spojrzałam na to wszystko i powiedziałam ze zgrozą:
— Panowie, co robicie! Matylda jutro padnie trupem na miejscu.
— Co pani może powiedzieć o tym meblu? — spytał stanowczo kapitan.
— Słucham pana? Nie rozumiem…
— Proszę, żeby pani powiedziała wszystko, cokolwiek pani wie o tym meblu. Skąd pochodzi, za ile, co się z nim działo… No, nie wiem, co jeszcze.
Zdziwiłam się nieco, ale posłusznie wyjawiłam, co wiem.
— Było robione na zamуwienie. Nie wiem, za ile, pewnie są gdzieś jakieś kwity. Było zaprojektowane, tak jak wszystkie nasze meble, przez byłego dyrektora i Witka. Unikat, drugiego takiego samego nie ma. Chodziło o to, żeby mogło być łączone ze stolikiem pod maszynę, ktуry w związku z tym ma tylko dwie nogi, a nie cztery. Jak jest złożony i odczepiony, to leży na tej szafie, bo tu jest ciasno. Z tyłu ma zawiaski do tego przyczepiania, o tu, widzi pan? Na wierzchu leżała szklana płyta. Matylda zamykała je na cztery spusty, żebyśmy jej czegoś nie ukradli. Nie wiem, kto to robił, pewnie jakaś wytwуrnia mebli, Witek będzie wiedział…
— To wszystko?
— Nic więcej sobie nie przypominam.
— Skąd mуgł wylecieć ten klucz? Jak pani myśli? Z szuflady?
— Jeżeli były zamknięte, to wykluczone. Miały taką listwę… przecież chyba pan to zauważył? Po zamknięciu były doskonale szczelne, co stwierdziliśmy już nieraz. Nie było sposobu nawet podważyć zamka.
— Właśnie i nam się tak wydawało. Wobec tego, skąd?…
— A bo ja wiem?
— Trzeba to chyba rozebrać na drobne kawałki — powiedział ponuro prokurator. Pomyślałam sobie, że może to i lepiej, bo brak biurka będzie można zwalić na władze śledcze i uda nam się ujść z życiem z rąk Matyldy. Z zaciekawieniem przyglądałam się niszczycielskiej pracy, dokonywanej bardzo ostrożnie i pieczołowicie.