Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Иронические детективы » Wszyscy jesteśmy podejrzani
Wszyscy jesteśmy podejrzani - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wszyscy jesteśmy podejrzani

Электронная книга - «Wszyscy jesteśmy podejrzani». Краткое содержание книги:

Wszyscy jesteśmy podejrzani
1 ... 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58
Перейти на страницу:

Kapitan westchnął ciężko.

— Tym nas pani najlepiej ustrzeliła. Do mieszka­nia denata było włamanie właśnie wtedy, kiedy w biurze brakowało kilku osуb. Oczywiście morderca nic nie znalazł, bo nie jemu uczyniła pani swoje re­welacyjne zwierzenie, tylko nam. Brak mu alibi. Nie ma co ukrywać, że proces będzie poszlakowy, decy­dującego dowodu nie mamy, ale poszlaki są bardzo silne. Chyba że on się przyzna…

Pokręciłam głową.

— Mogę panu ręczyć, że się nie przyzna w żad­nym wypadku do skończenia świata. Bardzo dobrze, że będzie poszlakowy…

Prokurator ciągle grzebał w papierach i tylko kie­dy wychodziłam, spojrzał i uśmiechnął się trochę przepraszająco, a trochę złośliwie. Ten złośliwy uśmiech znуw mi się wydał dziwnie znajomy…

***

Wrуciłam do pokoju, gdzie, wbrew oczekiwaniom, wrzała wytężona praca. Zbyszek był powszechnie lu­biany i wysoko ceniony i jego prośby odniosły skutek. Rzeczywiście, skoro już bankrutujemy, to przynaj­mniej zbankrutujmy z honorem!

Zostałam nawet nieco w godzinach nadliczbo­wych, przygotowałam moje warsztaty do przekaza­nia inwestorowi, ułożyłam dokumentację w stosy i zapaliłam papierosa. Witold, jak zwykle, wyszedł punktualnie i jego miejsce znуw było puste. Diabeł pojawił się w chwili, kiedy pomyślałam, że chyba mam już z nim spokуj na wieki.

To mi się zupełnie nie podobało.

— Słuchaj no — powiedziałam z gniewem. — Czy ty mnie już będziesz do końca życia prześladował? Diabeł zachichotał jadowicie.

— Do końca życia nie. Tylko do chwili, kiedy zacz­nie cię prześladować mуj następca, dobry kolega, przyjaciel i najlepszy uczeń. Już on mnie zastąpi, nie bуj się… W nieco innej postaci…

— W jakiej? — jęknęłam. — Coś ty znуw wymyślił?!

— W ludzkiej, w ludzkiej. Masz go pod nosem. I będziesz go miała przy boku do końca życia, ty idiotko śmiertelnie głupia, jak wszystkie kobiety…

Uśmiechał się ze złośliwą satysfakcją i nagle poję­łam, co mi przypominał złośliwy uśmiech pięknego prokuratora. Wielki Boże, ależ to on! Odjąć kudły i rogi, złagodzić rysy, zmienić kolor oczu z czarnego na jasnoniebieski!… Wypisz, wymaluj, prokurator!

Patrzyłam ze zgrozą na przedstawiciela piekieł, a on kiwał się na krześle niesłychanie zadowolony,

— No co? — spytał. — Już się domyślasz?

— Czego ty chcesz ode mnie? Co ja ci złego zro­biłam?

—                O to, to! Zapamiętaj sobie to pytanko, będziesz je zadawała nie raz, nie dwa, nie trzy…

Zbuntowałam się nagle.

— A guzik! To ci się tylko wydaje, nie ze mną te numery! Jeszcze zobaczymy, kto kogo przetrzyma!

– Głupiaś! — chichotał diabeł. — Głupiaś bez­nadziejnie! Chcesz pracować, co? Chować dzieci, zarabiać pieniądze… Masz obowiązkуw do diabła i trochę! A on nic nie będzie miał, tylko zatruwać ci życie.

— Ale po co, opamiętaj się! Po jaką cholerę?!

— Trudno, moja droga, my od tego jesteśmy. Ludz­kość składa się z mężczyzn i kobiet, on został wypusz­czony specjalnie na kobiety. Gdybyś wiedziała, ile już załatwił, toby ci oko zbielało. Już niejedna oddawała nam duszę, żeby tylko do niej wrуcił…

— Na mnie nie licz. Ja nie oddam. Ostatnia rzecz, jaka mi jeszcze została, to dusza, nie dostaniecie jej!

— Nie oddasz nam, to oddasz jemu. Wy wszyst­kie, kretynki, oddajecie im duszę — pochylił się ku mnie i patrzył roziskrzonymi złośliwą radością oczami. — Musisz mu oddać. Musi dostać duszę od ciebie, bo nie ma własnej!

— Co?!…

— Wyraźnie ci chyba mуwię? On nie ma duszy, dostanie ją od ciebie…

— Nie dostanie! — wrzasnęłam z uporem.

— Powiem ci jeszcze coś — ciągnął dalej tajem­niczo. — W gruncie rzeczy mam dla ciebie sympa­tię, dam ci dobrą radę. Możesz mu oddać tylko po­łowę duszy, ale musisz w nim wzbudzić ludzkie cechy. Musisz go chociaż raz zdenerwować.

— Jak to? — spytałam, zaskoczona. — Tylko tyle?

— To ci się wydaje mało? Sprуbuj, przekonasz się. Od razu ci powiem, że uda ci się doprowadzić go do wściekłości, może cię nawet wtedy udusi?… Ale zde­nerwować — wykluczone! Jeszcze się to nie zdarzyło.

— Co za brednie opowiadasz, nie ma na świecie człowieka., ktуry nigdy w życiu nie był zdenerwo­wany.

— A kto ci powiedział, że on jest człowiekiem? On jest naszym przedstawicielem. Twoja dusza jest dla nas dużo warta, bo ty jesteś rzeczywiście unikat nie z tej ziemi. Masz takie głupie pomysły, jak nikt na świecie. Przy tobie on zostanie do końca życia, bo ciebie opłaca się maltretować…

— Zgiń, przepadnij, przeklęte widziadło! Paszoł won! Niech cię więcej na oczy nie widzę!!!

—                Dobrze, dobrze, nie będzie potrzeby…

Wciąż chichocząc jadowicie, wstał z krzesła i zło­żył mi wersalski ukłon. I tak, zgięty w ukłonie, robił się coraz bledszy i bledszy, aż znikł mi z oczu w ścia­nie za stołem Witolda…

***

Następnego dnia dostałam od kapitana odpis swego zaginionego listu. Przeczytawszy go, pojęłam zadziwiające pytanie władz śledczych o naszego mistera uniwersum, znajdowała się tam bowiem mię­dzy innymi pełna rozgoryczenia uwaga: „A jeśli chcesz wiedzieć wszystko dokładnie, to spytaj o to tego, ktуremu przyznałyście pierwszą nagrodę na waszym czarującym konkursie piękności…”

Siedzieliśmy sobie na kawie we troje: Alicja, Ma­rek i ja, przeprowadzając podsumowującą konferen­cję. Alicja była pełna jadowitej satysfakcji.

— A już się poważnie martwiłam — powiedziała, zapalając papierosa. — Nic na niego nie wskazywa­ło.

— Sytuacja pracowni była myląca — powiedział Marek w zamyśleniu. — Nikomu nie przyszło do głowy, że mуgł popełnić to szaleństwo. Przecież by­ło jasne, że straci pracownię.

— Do końca miał nadzieję, że nie — odparłam.

— Wykazywał dziwny optymizm, może oszukiwał sam siebie? A zresztą… Czym była dla niego strata pracowni w porуwnaniu ze stratą… czego? Właści­wie wszystkiego. Marek kiwnął głową melancholijnie.

— Gdyby to się rozeszło, byłby skończony. W grun­cie rzeczy nic nie ryzykował. Wyobrażam sobie, jakim wstrząsem była dla niego wiadomość, że Tadeusz jest o wszystkim poinformowany, był pewien, że nikt o tym nie wie.

— Jak on to załatwił? — zaciekawiła się Alicja.

— Teraz już chyba możesz mуwić?

— To nieprzyjemna sprawa. Przekupił jednego z na­szych kolegуw… Wybacz, moja droga, że nie precyzu­ję… Nomino. sunt odiosa, zgуdźmy się z tym… Żeby nie robił perskiego konkursu, bał się konkurencji, zab­rał od niego materiały w celu rzekomo uzyskania pewności…

— Szkice — powiedziałam w zamyśleniu. — Zab­rał szkice, byłam tego świadkiem…

Stanął mi w oczach obraz, ktуry uporczywie od sie­bie odsuwałam. Zobaczyłam zaśmiecone wnętrze pra­cowni, pуźno w noc, zarośniętego, wściekłego Janusza i Witka, wiszącego przy telefonie, z zaciętą twarzą toczącego rozmowę, ktуra byłaby zupełnie niezrozu­miała, gdyby nie to, że przypadkiem wiedziałam, kto jest po drugiej stronie drutu… Potem ich obu nad kupą rysunkуw, przywiezionych przez Witka o drugiej w nocy. Przypomniałam sobie przysięgi i zapewnienia, że autor się zgodził… Witkowi nawet do głowy nie przyszło, że mogę być zorientowana w temacie, niko­mu to do głowy nie przyszło… Nigdy w życiu nie będę mogła się przyznać do уwczesnych kontaktуw z czło­wiekiem, ktуry pуźniej napisał do mnie ten list. To on właśnie był autorem owych zużytkowanych przez Witka szkicуw. Wyjechał i nie zdążył mi o tym dokład­nie opowiedzieć. Na rozprawie na szczęście nie list będzie świadkiem, tylko Marek, a władze śledcze były na tyle taktowne, że nie zdradziły tajemnicy, kto był adresatem listu.

1 ... 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)