Wszyscy jesteśmy podejrzani
- Автор: Хмелевская Иоанна
- Язык: польский
- Год: Kobra Media
- ISBN: 9788388791949
- Жанр: Иронические детективы
Электронная книга - «Wszyscy jesteśmy podejrzani». Краткое содержание книги:
Kapitan westchnął ciężko.
— Tym nas pani najlepiej ustrzeliła. Do mieszkania denata było włamanie właśnie wtedy, kiedy w biurze brakowało kilku osуb. Oczywiście morderca nic nie znalazł, bo nie jemu uczyniła pani swoje rewelacyjne zwierzenie, tylko nam. Brak mu alibi. Nie ma co ukrywać, że proces będzie poszlakowy, decydującego dowodu nie mamy, ale poszlaki są bardzo silne. Chyba że on się przyzna…
Pokręciłam głową.
— Mogę panu ręczyć, że się nie przyzna w żadnym wypadku do skończenia świata. Bardzo dobrze, że będzie poszlakowy…
Prokurator ciągle grzebał w papierach i tylko kiedy wychodziłam, spojrzał i uśmiechnął się trochę przepraszająco, a trochę złośliwie. Ten złośliwy uśmiech znуw mi się wydał dziwnie znajomy…
***
Wrуciłam do pokoju, gdzie, wbrew oczekiwaniom, wrzała wytężona praca. Zbyszek był powszechnie lubiany i wysoko ceniony i jego prośby odniosły skutek. Rzeczywiście, skoro już bankrutujemy, to przynajmniej zbankrutujmy z honorem!
Zostałam nawet nieco w godzinach nadliczbowych, przygotowałam moje warsztaty do przekazania inwestorowi, ułożyłam dokumentację w stosy i zapaliłam papierosa. Witold, jak zwykle, wyszedł punktualnie i jego miejsce znуw było puste. Diabeł pojawił się w chwili, kiedy pomyślałam, że chyba mam już z nim spokуj na wieki.
To mi się zupełnie nie podobało.
— Słuchaj no — powiedziałam z gniewem. — Czy ty mnie już będziesz do końca życia prześladował? Diabeł zachichotał jadowicie.
— Do końca życia nie. Tylko do chwili, kiedy zacznie cię prześladować mуj następca, dobry kolega, przyjaciel i najlepszy uczeń. Już on mnie zastąpi, nie bуj się… W nieco innej postaci…
— W jakiej? — jęknęłam. — Coś ty znуw wymyślił?!
— W ludzkiej, w ludzkiej. Masz go pod nosem. I będziesz go miała przy boku do końca życia, ty idiotko śmiertelnie głupia, jak wszystkie kobiety…
Uśmiechał się ze złośliwą satysfakcją i nagle pojęłam, co mi przypominał złośliwy uśmiech pięknego prokuratora. Wielki Boże, ależ to on! Odjąć kudły i rogi, złagodzić rysy, zmienić kolor oczu z czarnego na jasnoniebieski!… Wypisz, wymaluj, prokurator!
Patrzyłam ze zgrozą na przedstawiciela piekieł, a on kiwał się na krześle niesłychanie zadowolony,
— No co? — spytał. — Już się domyślasz?
— Czego ty chcesz ode mnie? Co ja ci złego zrobiłam?
— O to, to! Zapamiętaj sobie to pytanko, będziesz je zadawała nie raz, nie dwa, nie trzy…
Zbuntowałam się nagle.
— A guzik! To ci się tylko wydaje, nie ze mną te numery! Jeszcze zobaczymy, kto kogo przetrzyma!
– Głupiaś! — chichotał diabeł. — Głupiaś beznadziejnie! Chcesz pracować, co? Chować dzieci, zarabiać pieniądze… Masz obowiązkуw do diabła i trochę! A on nic nie będzie miał, tylko zatruwać ci życie.
— Ale po co, opamiętaj się! Po jaką cholerę?!
— Trudno, moja droga, my od tego jesteśmy. Ludzkość składa się z mężczyzn i kobiet, on został wypuszczony specjalnie na kobiety. Gdybyś wiedziała, ile już załatwił, toby ci oko zbielało. Już niejedna oddawała nam duszę, żeby tylko do niej wrуcił…
— Na mnie nie licz. Ja nie oddam. Ostatnia rzecz, jaka mi jeszcze została, to dusza, nie dostaniecie jej!
— Nie oddasz nam, to oddasz jemu. Wy wszystkie, kretynki, oddajecie im duszę — pochylił się ku mnie i patrzył roziskrzonymi złośliwą radością oczami. — Musisz mu oddać. Musi dostać duszę od ciebie, bo nie ma własnej!
— Co?!…
— Wyraźnie ci chyba mуwię? On nie ma duszy, dostanie ją od ciebie…
— Nie dostanie! — wrzasnęłam z uporem.
— Powiem ci jeszcze coś — ciągnął dalej tajemniczo. — W gruncie rzeczy mam dla ciebie sympatię, dam ci dobrą radę. Możesz mu oddać tylko połowę duszy, ale musisz w nim wzbudzić ludzkie cechy. Musisz go chociaż raz zdenerwować.
— Jak to? — spytałam, zaskoczona. — Tylko tyle?
— To ci się wydaje mało? Sprуbuj, przekonasz się. Od razu ci powiem, że uda ci się doprowadzić go do wściekłości, może cię nawet wtedy udusi?… Ale zdenerwować — wykluczone! Jeszcze się to nie zdarzyło.
— Co za brednie opowiadasz, nie ma na świecie człowieka., ktуry nigdy w życiu nie był zdenerwowany.
— A kto ci powiedział, że on jest człowiekiem? On jest naszym przedstawicielem. Twoja dusza jest dla nas dużo warta, bo ty jesteś rzeczywiście unikat nie z tej ziemi. Masz takie głupie pomysły, jak nikt na świecie. Przy tobie on zostanie do końca życia, bo ciebie opłaca się maltretować…
— Zgiń, przepadnij, przeklęte widziadło! Paszoł won! Niech cię więcej na oczy nie widzę!!!
— Dobrze, dobrze, nie będzie potrzeby…
Wciąż chichocząc jadowicie, wstał z krzesła i złożył mi wersalski ukłon. I tak, zgięty w ukłonie, robił się coraz bledszy i bledszy, aż znikł mi z oczu w ścianie za stołem Witolda…
***
Następnego dnia dostałam od kapitana odpis swego zaginionego listu. Przeczytawszy go, pojęłam zadziwiające pytanie władz śledczych o naszego mistera uniwersum, znajdowała się tam bowiem między innymi pełna rozgoryczenia uwaga: „A jeśli chcesz wiedzieć wszystko dokładnie, to spytaj o to tego, ktуremu przyznałyście pierwszą nagrodę na waszym czarującym konkursie piękności…”
Siedzieliśmy sobie na kawie we troje: Alicja, Marek i ja, przeprowadzając podsumowującą konferencję. Alicja była pełna jadowitej satysfakcji.
— A już się poważnie martwiłam — powiedziała, zapalając papierosa. — Nic na niego nie wskazywało.
— Sytuacja pracowni była myląca — powiedział Marek w zamyśleniu. — Nikomu nie przyszło do głowy, że mуgł popełnić to szaleństwo. Przecież było jasne, że straci pracownię.
— Do końca miał nadzieję, że nie — odparłam.
— Wykazywał dziwny optymizm, może oszukiwał sam siebie? A zresztą… Czym była dla niego strata pracowni w porуwnaniu ze stratą… czego? Właściwie wszystkiego. Marek kiwnął głową melancholijnie.
— Gdyby to się rozeszło, byłby skończony. W gruncie rzeczy nic nie ryzykował. Wyobrażam sobie, jakim wstrząsem była dla niego wiadomość, że Tadeusz jest o wszystkim poinformowany, był pewien, że nikt o tym nie wie.
— Jak on to załatwił? — zaciekawiła się Alicja.
— Teraz już chyba możesz mуwić?
— To nieprzyjemna sprawa. Przekupił jednego z naszych kolegуw… Wybacz, moja droga, że nie precyzuję… Nomino. sunt odiosa, zgуdźmy się z tym… Żeby nie robił perskiego konkursu, bał się konkurencji, zabrał od niego materiały w celu rzekomo uzyskania pewności…
— Szkice — powiedziałam w zamyśleniu. — Zabrał szkice, byłam tego świadkiem…
Stanął mi w oczach obraz, ktуry uporczywie od siebie odsuwałam. Zobaczyłam zaśmiecone wnętrze pracowni, pуźno w noc, zarośniętego, wściekłego Janusza i Witka, wiszącego przy telefonie, z zaciętą twarzą toczącego rozmowę, ktуra byłaby zupełnie niezrozumiała, gdyby nie to, że przypadkiem wiedziałam, kto jest po drugiej stronie drutu… Potem ich obu nad kupą rysunkуw, przywiezionych przez Witka o drugiej w nocy. Przypomniałam sobie przysięgi i zapewnienia, że autor się zgodził… Witkowi nawet do głowy nie przyszło, że mogę być zorientowana w temacie, nikomu to do głowy nie przyszło… Nigdy w życiu nie będę mogła się przyznać do уwczesnych kontaktуw z człowiekiem, ktуry pуźniej napisał do mnie ten list. To on właśnie był autorem owych zużytkowanych przez Witka szkicуw. Wyjechał i nie zdążył mi o tym dokładnie opowiedzieć. Na rozprawie na szczęście nie list będzie świadkiem, tylko Marek, a władze śledcze były na tyle taktowne, że nie zdradziły tajemnicy, kto był adresatem listu.