Wszyscy jesteśmy podejrzani
- Автор: Хмелевская Иоанна
- Язык: польский
- Год: Kobra Media
- ISBN: 9788388791949
- Жанр: Иронические детективы
Электронная книга - «Wszyscy jesteśmy podejrzani». Краткое содержание книги:
— Ja znam Wiesia tajemnicę — powiedziała beztrosko.
— Co?!
— Znam, przypadkiem. Oczywiście, nie powiesz nikomu?
— No wiesz! Za kogo mnie masz?!
— Wiesio ma dziecko…
Przez chwilę miałam wrażenie, że ktуraś z nas zwariowała. Wiesio ma dziecko?! Co to znaczy?!
— Sam urodził? — spytałam w osłupieniu.
— Oszalałaś! Hania… wiesz, ktуra Hania? Ta moja przyjaciуłka, ktуra nic nie robi. Mieszka drzwi w drzwi z tajemnicą Wiesia. Już dawno mi opowiadała, że poznała dziewczynę, ktуra mieszka naprzeciwko, ta dziewczyna ma dziecko, ojciec dziecka jest żonaty i odwiedza ją w tajemnicy. To jest trochę nietypowa historia, bo chodził z nią jeszcze przed ślubem…
Alicja zatrzymała się i zamyśliła.
— Chodził… Czy to rzeczywiście można nazwać chodzeniem?
— Na litość boską, nazwij, jak chcesz, tylko mуw, co dalej!
— Dalej z nią zerwał, ożenił się, tymczasem ona urodziła to dziecko, o czym mu wcześniej nie mуwiła ze względуw honorowych, i teraz on przez to dziecko utrzymuje z nią kontakty. To właśnie Wiesio.
— Skąd wiesz? Hania go zna?
— Nie, ja go znam. Widziałam go tam przypadkiem, Hania mi go pokazała palcem i powiedziała, że to właśnie ten.
— Co ty powiesz! Wstrząsające!…
Długą chwilę siedziałam, myśląc bardzo intensywnie i w nieprzeciętnym tempie. No tak, to nic dziwnego, że Wiesiowi brakuje pieniędzy. Ale to przecież nie jest powуd do morderstwa, posiadania dziecka żadne przepisy nie zabraniają. Wprawdzie Wiesio ma żonę, ale chyba raczej wolałby przyznać się do tego żonie…
Alicja mуwiła dalej. Hania, zainteresowana dziewczyną z przeciwka, uzyskała od niej wszelkie możliwe wiadomości. Ojciec dziecka wżenił się w bardzo bogatą rodzinę, jego żona studiuje, dzięki pomocy teściуw on może robić magisterski, nie troszcząc się o premię w biurze, potem mu obiecują zaproszenie do Francji albo do Stanуw Zjednoczonych…
Bardzo surowa, moralna rodzina z zasadami… Wiadomość o posiadaniu przez młodego zięcia dziecka zmieniłaby sytuację diametralnie…
Nie, to niemożliwe, żeby Wiesio dla parszywych pieniędzy miał się tak wygłupić! Żona by mu na pewno przebaczyła…
Ale wychodził na balkon, a klucz był w wazonie…
— Ja mam tego dość — oświadczyłam stanowczo. — Uszami mi ta cała zbrodnia wychodzi i przestaję się nią interesować. Niech się dzieje, co chce, Alicja, zmieńmy temat!
— A właśnie — powiedziała z zainteresowaniem Alicja. — Co z prokuratorem? Ty go podrywasz czy on ciebie? Ładny chłopak, podoba mi się, tylko dla mnie za młody.
— Dla mnie nie — mruknęłam trochę niechętnie, bo nie byłam pewna, czy ten temat nie jest przypadkiem jeszcze gorszy niż poprzedni. — Nie wiem, kto tu kogo podrywa, myślę, że najwięcej do powiedzenia ma diabeł. Jeżeli zadzwoni i dzisiaj pod służbowym pretekstem, to będzie znaczyło, że jednak jestem podrywana…
***
Następnego dnia od rana panował w pracowni dziwny spokуj. Prokurator poprzedniego wieczoru zadzwonił, spędziłam upojne chwile tym razem w „Bristolu”, byłam mocno śpiąca i dlatego nie zwracałam uwagi na atmosferę. Gdybym była przytomniejsza, wiedziałabym od razu, że ten spokуj nie wrуży nic dobrego.
Matylda wezwała mnie do gabinetu Witka, ktуry zażądał przyniesienia programu usług w mieszkalnym wieżowcu. Rуwnocześnie do gabinetu zajrzał kapitan, więc odpowiadając na jego powitanie, przeszłam przez salę konferencyjną, po czym wrуciłam z programem znуw obok Matyldy.
Zdziwiło mnie nieco, że mуj widok zrobił na niej jakieś niezwykłe wrażenie. Wyraźnie się przestraszyła i patrzyła na mnie, mrugając oczami, jakby czymś gwałtownie zaskoczona. Nie chciało mi się pytać, dlaczego ją tak zdumiewam, oddałam Witkowi program i wrуciłam do pokoju.
Rozkoszny spokуj trwał do południa. Wydarzenia, ktуre potem zaszły, zlikwidowały go radykalnie.
Zaczęło się od tego, że do naszego pokoju wpadli nagle kapitan, prokurator i porucznik i wszyscy trzej rzucili się na obraz Leszka, ciągle stojący pod ścianą. Nie mogliśmy pojąć, dlaczego oglądane przez nich od kilku już dni arcydzieło wzbudziło teraz nagle takie zainteresowanie. Przyglądaliśmy się im, a oni z szaloną uwagą oglądali oblicze owej megiery, niemal jeżdżąc po nim nosami. Wreszcie wyprostowali się i spojrzeli na siebie.
— Rzeczywiście — powiedział z podziwem kapitan do prokuratora. — Moje uznanie…
Patrzyliśmy na nich z coraz większym zaciekawieniem, wietrząc sensację.
— Czy można wiedzieć, czym pan to malował? — zwrуcił się uprzejmie prokurator do Leszka.
— Plakatуwką — odparł Leszek zgodnie z prawdą. — To wzbronione? — dodał pośpiesznie z niepokojem.
— Wszystko pan malował plakatуwką? To też?…
Leszek spojrzał na obraz, następnie wstał z krzesła i przyjrzał się z bliska miejscu, w ktуre stukał palcem przedstawiciel władzy. Oderwał się od obrazu i popatrzył z nieopisanym zdumieniem najpierw na nich, a potem na nas.
— Co to? — spytał nieinteligentnie.
— To my właśnie pana o to pytamy.
— To nie jest plakatуwką — stwierdził Leszek ciągle tonem głębokiego zdumienia.
— Tylko co?
Pytanie padło bardzo ostro i Leszek wyraźnie się przestraszył.
— Jak Boga kocham, nie wiem! Ja malowałem plakatуwką!
— Może państwo zechcą stwierdzić, co to jest i kto to malował?
Tego tylko było potrzeba, żebyśmy wyprysnęli z miejsc i dopadli obrazu, bo już i tak siedzieliśmy jak na szpilkach.
Od pierwszego spojrzenia wiedziałam, o co chodzi, i przypomniałam sobie tworzywo, ktуre uzupełniło dzieło Leszka. Usta maszkary pociągnięte były grubo jaskrawą, cynobrową szminką. Wiesio odsunął się od obrazu i zaczął chichotać.
— To przecież szminka — powiedział Witold, zdumiony nie mniej niż Leszek.
— Właśnie. Kto to malował?
— Ja — wyznał Wiesio, usiłując odzyskać powagę. Natychmiast stał się centralnym punktem zainteresowania. Leszek patrzył na niego z głębokim niesmakiem.
Istotnie, zaraz po wyjściu opętanego chandrą autora Wiesio wykończył jego twуr, uzupełniając makijaż damy, wyobrażonej na płycie pilśniowej, przy pełnej aprobacie Janusza i mojej. Dziwiło nas, że Leszek dotychczas tego nie spostrzegł, bo jaskrawy cynober gryzł się okropnie z resztą barw.
Nie pojmując niezwykłego zainteresowania władz śledczych problemami kolorystyki, czekaliśmy z zaciekawieniem, co będzie dalej.
— Czym pan to malował? — spytał kapitan Wiesia dziwnie łagodnie.
— Właśnie szminką.
— Ale pan chyba nie używa szminki — powiedział uprzejmie prokurator. — Skąd pan ją miał?
— Od Joanny…
Gdyby Wiesio wystrzelił nagle z armaty, nie wywołałby większego efektu. Trzej panowie, jak piorunem rażeni, odwrуcili się do mnie i zastygli w milczeniu, przyglądając mi się z nieopisanym zaskoczeniem. Nie mogłam tego w żaden sposуb zrozumieć, bo ostatecznie fakt posiadania przez kobietę szminki, choćby nawet cynobrowej, nie jest na ogуł niczym szczegуlnym.
— Czy to prawda? — spytał cicho prokurator.
Przez krуtką chwilę mignęło w jego oczach coś, jakby wyrzut.
— Oczywiście — odparłam, zdziwiona. — Pożyczyłam ją Wiesiowi specjalnie w tym celu. To jest wprawdzie bardzo dobra francuska szminka, ale ma głupi kolor, więc nie było mi jej żal. Bardzo rzadko jej używam.