Wszyscy jesteśmy podejrzani
- Автор: Хмелевская Иоанна
- Язык: польский
- Год: Kobra Media
- ISBN: 9788388791949
- Жанр: Иронические детективы
Электронная книга - «Wszyscy jesteśmy podejrzani». Краткое содержание книги:
— Zaraz, zaraz, czekaj pani, bo się gubię. Coś mi tu pani mąci. A ten pani fatygant? Niech mi tu pani oczu nie mydli, bo obie wiemy, gdzie jest pies pogrzebany. Jak się z panią ożeni, to zużyje i te drobne rupie.
Jadwiga spojrzała na mnie z politowaniem.
— Co pani? Pani myśli, że ja mu to dam? Ma mnie pani za głupią? Jemu jest potrzebna pożyczka i ja mu to pożyczę pod bardzo dobry zastaw. Nie ma obawy, już mi to nie zginie.
Przyjrzałam się Jadwidze. Miała zaciętą twarz i twardy wyraz oczu. Tak, dla dobra dziecka była zdolna do wszystkiego. Nie miałam najmniejszego zamiaru potępiać jej za te machlojki, przeciwnie, życzyłam jej wszystkiego najlepszego. Ale rуwnocześnie jej zwierzenia zaczęły mi się kojarzyć z innymi wiadomościami na temat śmierci Tadeusza i wiedziałam, że to nie koniec rewelacji.
— I teraz musi mi pani pomуc — powiedziała stanowczo. — Nikt się o tym nie może dowiedzieć.
— No to niech się pani wypiera.
Jadwiga niecierpliwie machnęła ręką.
— E tam! Nie o to chodzi. Niech mi pani powie, skąd oni wiedzą o tym samochodzie.
Nie zamierzałam jej mуwić całej prawdy. Zastanowiłam się.
— Kto jeszcze wiedział o tym oprуcz pani? Przypadkiem nie nieboszczyk?
— To już się pani domyśla, co? — powiedziała Jadwiga ponuro i bez zdziwienia. — On miał odpis dokumentu kupna i sprzedaży. Zgadł wszystko, jakby był przy tym. Szantażował mnie.
— A co się z tym odpisem stało?
— Nie mam pojęcia, i to mnie właśnie najbardziej gryzie. Może milicja go ma?
Byłam pewna, że milicja go nie ma. A może Tadeusz też nie miał?
— Widziała to pani? — spytałam podejrzliwie. — Jest pani pewna, że on to miał?
— Na własne oczy! Żądał ode mnie za to pięć tysięcy.
— I pani mu dała?!
— Skąd?!…
— No pewnie, to byłaby szczytowa głupota. Mуgł pani sprzedać ten odpis za pięć patykуw, a sobie zrobić drugi.
Jadwiga potrząsnęła głową.
— To nie takie proste. Niech pani pomyśli, ile to lat temu było. Miał tylko ten jeden odpis, a na całą historię wpadł przypadkiem. Znał faceta, ktуry wtedy kupił ten cholerny samochуd, i wszystko sobie skojarzył. Milicja się chyba tego domyśla. I niech mi pani powie, co ja mam teraz zrobić?
— Powiesić się — poradziłam gniewnie. — Pogodzić się z faktem, że jest pani pierwszą podejrzaną. Nie zdziwiłabym się, gdyby się okazało, że to pani go udusiła.
— Ja bym się sama nie zdziwiła — odparła Jadwiga coraz bardziej ponuro. — Ale ja go nie udusiłam. Pani ma z nimi jakieś konszachty, niech pani coś zrobi! Niech mi pani pomoże!
Oprуcz przygnębienia ogarnęła mnie jeszcze i wściekłość.
— Co ja jestem, opatrzność?! Boże, co za banda kretynуw! Wszyscy robicie, co tylko można, żeby podpaść, a ja mam was teraz bronić! Niech was wszystkich piorun trafi! Następna niewinna się znalazła! Nie wiem, co pani ma zrobić, pomodlić się o miłosierdzie boskie i życzyć, milicji powodzenia!
— Niech pani nie będzie podła megiera, cała moja nadzieja w pani — powiedziała Jadwiga stanowczo.
— Niech się pani wypcha swoją nadzieją. Teraz już mnie pani dobiła, ręce mi opadają. Dość mam tego całego śledztwa i tej waszej niewinności i dajcie mi święty spokуj!!!
Nie słuchając dalszych błagań Jadwigi, uciekłam do pracowni. Najbardziej denerwowało mnie to, że jej informacje muszę zachować w tajemnicy, bo nie ma na świecie takiej władzy śledczej, ktуra by w tej sytuacji uwierzyła w jej niewinność. Zresztą, nawet jeśli go zabiła, to postąpiła bardzo słusznie i niech jej nie wykryją!… A jeśli nie ona, to kto? Kto wreszcie ukatrupił tego Stolarka?! Zbyszek? Wiesio? Witek? Ryszard, Kacper, Monika?.. Żeby to wszyscy diabli wzięli!!!…
W pokoju zastałam sądny dzień. W czasie mojej rozmowy z Jadwigą Janusz dostał wiadomość, że za dwie godziny musi dostarczyć Ance oprawiony projekt architektury siedmiu budynkуw w celu przedstawienia go orzecznikowi konstrukcji. Projekt architektury był na razie w wyświetlarni…
W momencie kiedy wrуciłam, Janusz zdążył już przynieść z przekupionej na kredyt wyświetlarni część śmierdzących amoniakiem odbitek i cały zespуł obcinał je w szaleńczym pośpiechu. Moje przybycie wywołało dziki wybuch entuzjazmu.
— Siadaj! — krzyknął Janusz. — I pisz! Masz tu wszystko, papier, kalkę, formularze, pisz! Wуdkę ci postawię, krakowiaka będę z tobą tańczył, tylko skończ za dwie godziny!!!
— Z byka spadłeś — powiedziałam z wściekłością. — Piętnaście stron za dwie godziny! Idiota!
Nie wdając się w dalsze rozważania jego stanu umysłowego, usiadłam do maszyny, bo opisy techniczne musiały być oprawione razem z resztą projektu, a szybciej ode mnie pisała tylko Matylda. Z gуry było wiadomo, że na nią nie ma co liczyć.
Wyładowywałam swoją furię, łupiąc w nieszczęsną maszynę, a reszta zespołu szalała nad oprawami. Wiesio składał rysunki, Witold je spinał, waląc z hukiem w nadpsuty zszywacz, Janusz kleił w okładkach, Leszek robił grzbiety i przyklejał na wierzchu nalepki, a Anka z rozwianym włosem wydzierała im z rąk każdy kolejny egzemplarz. Istne piekło!
Pisałam cały czas i w chwili oprawiania pierwszego budynku byłam dopiero w połowie opisu. Każdy następny miał kilka stron więcej, co było zupełnie pozbawione sensu, ale mieliśmy nadzieję, że śpieszący się orzecznik nie będzie tego dokładnie sprawdzał.
Po trzech godzinach katorżniczej pracy oddaliśmy Ance ostatni budynek i odetchnęliśmy z ulgą.
— Uff! — westchnął Janusz, ocierając sobie pot z czoła i rozmazując przy tym po twarzy smugę kleju. — Ale nam popędu dodała! Niech to szlag trafi!
Wiesio postanowił kategorycznie nic już tego dnia nie robić. Zgodnie z tym postanowieniem nie drgnął nawet, kiedy wszedł Witek i zażądał od niego wyszukania matrycy urbanistyki skarpy w Płocku. Wydawszy owo polecenie, Witek wyszedł, a Wiesio siedział dalej.
— Bardzo dobrze wiem, gdzie ta matryca jest — powiedział z głębokim zadowoleniem. — On ją tam sam schował, a teraz zapomniał. Ale nie pуjdę do niego od razu, niech myśli, że jej tak długo i z takim wysiłkiem szukam.
Otumaniona wszystkimi kolejnymi rewelacjami, a potem szaleńczym waleniem w maszynę, rуwnież straciłam zapał do pracy. Spojrzałam na Wiesia i przypomniała mi się jego tajemnica. Mуj Boże, co on znуw takiego mуgł wymyślić i czy ja się tego kiedyś dowiem? W gruncie rzeczy Wiesio był skryty…
Witold, ktуry nie lubił niepotrzebnie tracić czasu, wściekły na to obłędne oprawianie projektu, z obitą ręką, ze śmietnikiem na stole, postanowił iść do domu. Zebrał swoje rzeczy i znikł. Lekkomyślnie spojrzałam w kąt za jego pustym stołem.
Oczywiście, diabeł zmaterializował się natychmiast, jakże mogło być inaczej. Odwrуcił krzesło Witolda, ustawiając je twarzą do mnie, wyjął zza ucha bardzo długiego papierosa, zapalił go, używając moich zapałek, i usiadł wygodnie. Przypatrywałam mu się bardzo niechętnie i czekałam, co powie. Diabeł milczał.
Nie zamierzałam się do niego pierwsza odzywać, bo byłam wściekła, a on najwyraźniej w świecie traktował mnie lekceważąco. Rozglądał się po pokoju, omijając mnie wzrokiem, aż wreszcie zatrzymał spojrzenie na Wiesiu. Wpatrywał się w niego i wpatrywał, a Wiesio siedział sobie beztrosko, nie wiedząc wcale, że jest przedmiotem obserwacji złego ducha. Wreszcie nie wytrzymałam nerwowo.
— Gdybyś był dobrze wychowany, tobyś przynajmniej powiedział „dzień dobry" — oświadczyłam zgryźliwie.