Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Иронические детективы » Wszyscy jesteśmy podejrzani
Wszyscy jesteśmy podejrzani - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wszyscy jesteśmy podejrzani

Электронная книга - «Wszyscy jesteśmy podejrzani». Краткое содержание книги:

Wszyscy jesteśmy podejrzani
1 ... 40 41 42 43 44 45 46 47 48 ... 58
Перейти на страницу:

— Zaraz, zaraz, czekaj pani, bo się gubię. Coś mi tu pani mąci. A ten pani fatygant? Niech mi tu pani oczu nie mydli, bo obie wiemy, gdzie jest pies pogrzebany. Jak się z panią ożeni, to zużyje i te drobne rupie.

Jadwiga spojrzała na mnie z politowaniem.

— Co pani? Pani myśli, że ja mu to dam? Ma mnie pani za głupią? Jemu jest potrzebna pożyczka i ja mu to pożyczę pod bardzo dobry zastaw. Nie ma obawy, już mi to nie zginie.

Przyjrzałam się Jadwidze. Miała zaciętą twarz i twar­dy wyraz oczu. Tak, dla dobra dziecka była zdolna do wszystkiego. Nie miałam najmniejszego zamiaru po­tępiać jej za te machlojki, przeciwnie, życzyłam jej wszystkiego najlepszego. Ale rуwnocześnie jej zwierzenia zaczęły mi się kojarzyć z innymi wiadomościa­mi na temat śmierci Tadeusza i wiedziałam, że to nie koniec rewelacji.

— I teraz musi mi pani pomуc — powiedziała stanowczo. — Nikt się o tym nie może dowiedzieć.

—                No to niech się pani wypiera.

Jadwiga niecierpliwie machnęła ręką.

— E tam! Nie o to chodzi. Niech mi pani powie, skąd oni wiedzą o tym samochodzie.

Nie zamierzałam jej mуwić całej prawdy. Zasta­nowiłam się.

— Kto jeszcze wiedział o tym oprуcz pani? Przy­padkiem nie nieboszczyk?

— To już się pani domyśla, co? — powiedziała Jadwiga ponuro i bez zdziwienia. — On miał odpis dokumentu kupna i sprzedaży. Zgadł wszystko, jak­by był przy tym. Szantażował mnie.

— A co się z tym odpisem stało?

— Nie mam pojęcia, i to mnie właśnie najbardziej gryzie. Może milicja go ma?

Byłam pewna, że milicja go nie ma. A może Ta­deusz też nie miał?

— Widziała to pani? — spytałam podejrzliwie. — Jest pani pewna, że on to miał?

— Na własne oczy! Żądał ode mnie za to pięć tysięcy.

— I pani mu dała?!

— Skąd?!…

— No pewnie, to byłaby szczytowa głupota. Mуgł pani sprzedać ten odpis za pięć patykуw, a sobie zrobić drugi.

Jadwiga potrząsnęła głową.

— To nie takie proste. Niech pani pomyśli, ile to lat temu było. Miał tylko ten jeden odpis, a na całą historię wpadł przypadkiem. Znał faceta, ktуry wte­dy kupił ten cholerny samochуd, i wszystko sobie skojarzył. Milicja się chyba tego domyśla. I niech mi pani powie, co ja mam teraz zrobić?

— Powiesić się — poradziłam gniewnie. — Po­godzić się z faktem, że jest pani pierwszą podejrza­ną. Nie zdziwiłabym się, gdyby się okazało, że to pani go udusiła.

— Ja bym się sama nie zdziwiła — odparła Jad­wiga coraz bardziej ponuro. — Ale ja go nie udusi­łam. Pani ma z nimi jakieś konszachty, niech pani coś zrobi! Niech mi pani pomoże!

Oprуcz przygnębienia ogarnęła mnie jeszcze i wściekłość.

— Co ja jestem, opatrzność?! Boże, co za banda kretynуw! Wszyscy robicie, co tylko można, żeby podpaść, a ja mam was teraz bronić! Niech was wszyst­kich piorun trafi! Następna niewinna się znalazła! Nie wiem, co pani ma zrobić, pomodlić się o miłosierdzie boskie i życzyć, milicji powodzenia!

— Niech pani nie będzie podła megiera, cała moja nadzieja w pani — powiedziała Jadwiga stanowczo.

— Niech się pani wypcha swoją nadzieją. Teraz już mnie pani dobiła, ręce mi opadają. Dość mam tego całego śledztwa i tej waszej niewinności i daj­cie mi święty spokуj!!!

Nie słuchając dalszych błagań Jadwigi, uciekłam do pracowni. Najbardziej denerwowało mnie to, że jej informacje muszę zachować w tajemnicy, bo nie ma na świecie takiej władzy śledczej, ktуra by w tej sytuacji uwierzyła w jej niewinność. Zresztą, nawet jeśli go zabiła, to postąpiła bardzo słusznie i niech jej nie wykryją!… A jeśli nie ona, to kto? Kto wreszcie ukatru­pił tego Stolarka?! Zbyszek? Wiesio? Witek? Ryszard, Kacper, Monika?.. Żeby to wszyscy diabli wzięli!!!…

W pokoju zastałam sądny dzień. W czasie mojej rozmowy z Jadwigą Janusz dostał wiadomość, że za dwie godziny musi dostarczyć Ance oprawiony pro­jekt architektury siedmiu budynkуw w celu przed­stawienia go orzecznikowi konstrukcji. Projekt ar­chitektury był na razie w wyświetlarni…

W momencie kiedy wrуciłam, Janusz zdążył już przynieść z przekupionej na kredyt wyświetlarni część śmierdzących amoniakiem odbitek i cały zespуł obcinał je w szaleńczym pośpiechu. Moje przybycie wywołało dziki wybuch entuzjazmu.

— Siadaj! — krzyknął Janusz. — I pisz! Masz tu wszystko, papier, kalkę, formularze, pisz! Wуdkę ci postawię, krakowiaka będę z tobą tańczył, tylko skończ za dwie godziny!!!

— Z byka spadłeś — powiedziałam z wściekłoś­cią. — Piętnaście stron za dwie godziny! Idiota!

Nie wdając się w dalsze rozważania jego stanu umysłowego, usiadłam do maszyny, bo opisy tech­niczne musiały być oprawione razem z resztą projek­tu, a szybciej ode mnie pisała tylko Matylda. Z gуry było wiadomo, że na nią nie ma co liczyć.

Wyładowywałam swoją furię, łupiąc w nieszczęs­ną maszynę, a reszta zespołu szalała nad oprawami. Wiesio składał rysunki, Witold je spinał, waląc z hu­kiem w nadpsuty zszywacz, Janusz kleił w okład­kach, Leszek robił grzbiety i przyklejał na wierzchu nalepki, a Anka z rozwianym włosem wydzierała im z rąk każdy kolejny egzemplarz. Istne piekło!

Pisałam cały czas i w chwili oprawiania pierwszego budynku byłam dopiero w połowie opisu. Każdy nas­tępny miał kilka stron więcej, co było zupełnie pozba­wione sensu, ale mieliśmy nadzieję, że śpieszący się orzecznik nie będzie tego dokładnie sprawdzał.

Po trzech godzinach katorżniczej pracy oddaliśmy Ance ostatni budynek i odetchnęliśmy z ulgą.

— Uff! — westchnął Janusz, ocierając sobie pot z czoła i rozmazując przy tym po twarzy smugę kle­ju. — Ale nam popędu dodała! Niech to szlag trafi!

Wiesio postanowił kategorycznie nic już tego dnia nie robić. Zgodnie z tym postanowieniem nie drgnął nawet, kiedy wszedł Witek i zażądał od niego wyszukania matrycy urbanistyki skarpy w Płocku. Wydawszy owo polecenie, Witek wyszedł, a Wiesio siedział dalej.

— Bardzo dobrze wiem, gdzie ta matryca jest — po­wiedział z głębokim zadowoleniem. — On ją tam sam schował, a teraz zapomniał. Ale nie pуjdę do niego od razu, niech myśli, że jej tak długo i z takim wysił­kiem szukam.

Otumaniona wszystkimi kolejnymi rewelacjami, a potem szaleńczym waleniem w maszynę, rуwnież straciłam zapał do pracy. Spojrzałam na Wiesia i przypomniała mi się jego tajemnica. Mуj Boże, co on znуw takiego mуgł wymyślić i czy ja się tego kiedyś dowiem? W gruncie rzeczy Wiesio był skryty…

Witold, ktуry nie lubił niepotrzebnie tracić czasu, wściekły na to obłędne oprawianie projektu, z obitą ręką, ze śmietnikiem na stole, postanowił iść do do­mu. Zebrał swoje rzeczy i znikł. Lekkomyślnie spojrza­łam w kąt za jego pustym stołem.

Oczywiście, diabeł zmaterializował się natych­miast, jakże mogło być inaczej. Odwrуcił krzesło Wi­tolda, ustawiając je twarzą do mnie, wyjął zza ucha bardzo długiego papierosa, zapalił go, używając mo­ich zapałek, i usiadł wygodnie. Przypatrywałam mu się bardzo niechętnie i czekałam, co powie. Diabeł milczał.

Nie zamierzałam się do niego pierwsza odzywać, bo byłam wściekła, a on najwyraźniej w świecie traktował mnie lekceważąco. Rozglądał się po pokoju, omijając mnie wzrokiem, aż wreszcie zatrzymał spojrzenie na Wiesiu. Wpatrywał się w niego i wpatrywał, a Wiesio siedział sobie beztrosko, nie wiedząc wcale, że jest przedmiotem obserwacji złego ducha. Wreszcie nie wytrzymałam nerwowo.

— Gdybyś był dobrze wychowany, tobyś przynaj­mniej powiedział „dzień dobry" — oświadczyłam zgryźliwie.

1 ... 40 41 42 43 44 45 46 47 48 ... 58
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)