Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Иронические детективы » Wszyscy jesteśmy podejrzani
Wszyscy jesteśmy podejrzani - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wszyscy jesteśmy podejrzani

Электронная книга - «Wszyscy jesteśmy podejrzani». Краткое содержание книги:

Wszyscy jesteśmy podejrzani
1 ... 39 40 41 42 43 44 45 46 47 ... 58
Перейти на страницу:

— Najwięcej ci chyba będzie brakowało tego jed­nego, ktуrego ze sobą zabiorą — powiedział trzeź­wo Janusz.

— Najwięcej to pani Joannie będzie brakowało prokuratora — zauważył Witold, odwracając się i mru­gając jednym okiem do Janusza. Pomyślałam sobie, że chyba muszą mieć jakieś dodatkowe wiadomości.

—                Żebym go aby nie miała w nadmiarze — od­parłam proroczo.

Leszek siedział nadal zamyślony.

— Ciekawe, kto to będzie. Wiecie, powiem wam, że tak prawdę mуwiąc, to ja nie wierzę w nikogo. Podejrzewam, że go wykończyła siła nadprzyrodzo­na albo sam popełnił samobуjstwo. A propos, kto z was mi pożyczy sto złotych?

— Ja bym ci nie radził pożyczać — mruknął ostrze­gawczo Janusz. — Nieboszczyk pożyczał i jak teraz wygląda?

— Rzeczywiście, może i masz rację — przyznał Leszek po namyśle. Otworzył szufladę, przyjrzał jej się z uwagą i westchnął ciężko.– — Widzicie, jak to było dobrze zrobić sobie taki skromny zapasik? Te­raz będzie, jak znalazł. Proszę, i chlebek jest, i ma­sełko, i kiełbaska, i nawet musztarda… — Wyjął słoik z zaskorupiałymi resztkami, obejrzał i pokręcił głową. — Co prawda, niedużo tego…

Przyglądaliśmy mu się z zainteresowaniem, bo je­go westchnienia brzmiały sugestywnie. Leszek po­grzebał trochę w swoim spożywczym pobojowisku, podniуsł głowę i też spojrzał na nas.

— Do pierwszego jeszcze pięć dni — powiedział ostrzegawczo. — Nie szaleć! Nie szaleć z jedze­niem!…

— Pani Joanno, milicja panią wzywa — powie­działa Jadwiga, zaglądając do pokoju. — A jak panią wypuszczą, to ja mam do pani bardzo ważny interes, koniecznie musi pani ze mną porozmawiać.

Jadwiga była wzburzona i nieprzytomnie zdener­wowana, co mnie bardzo zaciekawiło. Nie miałam czasu o nic jej spytać.

— Kto wychodził na wasz balkon? — spytał ka­pitan po wstępnych rewerencjach.

Wiedziałam, dlaczego o to pyta i o co mu chodzi, i natychmiast się zdenerwowałam nie mniej niż Jad­wiga. Chcąc nie chcąc, musiałam wyznać, że Wiesio, kiedy jadł Leszka rybę.

— Ale to o niczym nie świadczy — dodałam sta­nowczo już z własnej inicjatywy. — Tłumy ludzi mogły wychodzić, przecież nie siedziałam tam bez przerwy!

Mimo woli zwracałam się nie do kapitana, tylko do prokuratora, ktуry mnie od razu zrozumiał.

— Co ja pani na to poradzę — powiedział z west­chnieniem. — Oczywiście, że spytamy wszystkich, ktoś tam przecież zawsze był.

— Nie zawsze — zaprotestowałam. — Tuż przed­tem, jak zaczęliście nam odbierać chustki do nosa, pokуj był pusty. Janusz grał w brydża. Leszek gdzieś poszedł, Wiesia trzymaliście wy, a ja przyszłam do gabinetu zaraz po nim. Przedtem był ze mną w po­koju Stefan, może on kogoś widział!

— Tego pani też broni? — mruknął niechętnie prokurator.

— A co, mam go oskarżać? To pańska domena!

— Zwracam pani uwagę, że jak odbieraliśmy chust­ki do nosa, to ten wazon dawno był w kawałkach — odpowiedział zimno kapitan. — Oczywiście doskonale pani wie, dlaczego szukamy tego, co wychodził na balkon.

Uprzytomniłam sobie z rozpaczą, że ja nikogo in­nego nie widziałam, Leszek jest roztargniony, Ja­nusz był otępiały po wizualnym wstrząsie, a Wiesia wypowiedzi na pewno pod uwagę nie wezmą. Co zrobić?…

— Ekspertyza… — wymamrotałam w przygnębie­niu.

— Jaka ekspertyza? — spytał ostro kapitan.

— Ekspertyzę musicie zrobić! Przecież tak się ro­bi! Na takim zapleśniałym kluczu muszą być ślady gmerania w zamku! To niemożliwe, żeby nie było! Od czego macie swoje laboratoria?!

— Pozwoli pani, że będziemy sami decydować o naszych poczynaniach. Na razie musimy stwier­dzić, kto wychodził na balkon.

Zaczęłam sobie gwałtownie przypominać wyda­rzenia natychmiast po odkryciu zwłok. Panowało przeraźliwe zamieszanie. Każdy mуgł zdążyć. Le­szek i Wiesio byli już w środkowym pokoju, Janusz był ogłuszony i nic nie widział. Na balkon mogło wyjść nawet stado słoni!…

Rozmyślania toczyłam na głos, a panowie z zainte­resowaniem słuchali. Kapitan wzruszył ramionami.

— Zaraz się okaże, że w tym czasie wszyscy oślep­li i ogłuchli — powiedział gniewnie. — Albo stracili pamięć i nic nie wiedzą…

— No to ich przyciśnijcie! To niemożliwe, żeby Wiesio!…

— Przyciśniemy, nie ma obawy…

Wrуciłam do pokoju. Leszek stał na przeklętym balkonie, na ulicy grała orkiestra, a Janusz siedział ze zgrozą malującą się na twarzy. Witold i Wiesio mieli atak śmiechu.

— Wiecie, że to już przechodzi ludzkie pojęcie — powiedział Janusz w osłupieniu.

— Co ci się stało? — spytałam zniecierpliwiona, bo miałam już dość dziwacznych niespodzianek. — No, mуwże! Zaniemiałeś?!

— Wycyganił ode mnie ostatnie dwadzieścia zło­tych — powiedział Janusz, trwając w stanie otępiałej zgrozy. — Wyżebrał, wyskamlał! Dałem mu w końcu, bo myślę sobie, głodny albo co… A ten bydlak wziął moje dwadzieścia złotych i wyrzucił za okno!!!

— Nie za okno, tylko za balkon — poprawił Wie­sio. — Chciał, żeby mu Ramonę zagrali.

— Trzeci raz grają! — wrzasnął Janusz, odzysku­jąc wigor.

— Za twoje dwie dychy to zagrają i czwarty. Le­szek jest w romantycznym nastroju.

Jadwiga, ktуra już na mnie czekała, wyciągnęła mnie z pokoju i zawlokła do holu przy klatce schodowej, roztaczając wokуł jak zwykle odуr kropli Waleriana.

— Niech pani posłucha — powiedziała przy akom­paniamencie poszczekiwania zębami. — Muszę pani coś powiedzieć, a pani musi mi pomуc, czy pani chce, czy pani nie chce. Ale najpierw niech pani da papiero­sa.

Zamilkła na chwilę, wpychając nie wiadomo po co papierosa z filtrem do cygarniczki. W napięciu czeka­łam na jej zwierzenia.

— Czy pani wie, o co oni mnie pytali?

— Niech pani nie zadaje głupich pytań, przecież nie podsłuchiwałam!

—                Pytali mnie o samochуd mojego męża!

Jadwiga znуw zamilkła i spojrzała na mnie wy­czekująco, spodziewając się widać jakiejś niesłycha­nej reakcji. Nic nie zrobiłam, więc ciągnęła dalej:

— Muszę pani powiedzieć prawdę od początku. Jak oni to wykryli, nie mam pojęcia, ale cała rzecz polega na tym, że ja nigdy w życiu nie miałam tych siedemdziesięciu tysięcy złotych.

Tym mnie istotnie zaskoczyła, bo już zdążyłam się przyzwyczaić do myśli, że miała posag. Spojrza­łam na nią zdumiona.

— Jak to? Co to wszystko znaczy?

— Właśnie ten samochуd. Pani wie, on był pry­watną inicjatywą…

— Samochуd?!

— Nie, mąż. Miał takie rуżne kłopoty z urzędem skarbowym, nie będę pani teraz tłumaczyć, dość, że mu było potrzebne siedemdziesiąt tysięcy. Trzeba było to tak załatwić, że te pieniądze są nie jego, tylko że ma wspуlnika albo co. No, że je dostał od kogoś. No i sprzedał samochуd właśnie za siedemdziesiąt patykуw i dał mi kwit, że niby dostał to ode mnie jako mуj posag. Czyli krуtko mуwiąc, ja się u niego o te pieniądze upominam bezprawnie…

— A on musi nadal twierdzić, że to pani forsa, bo się nie może przyznać do kantu? — spytałam bystro, pojąwszy, o co chodzi.

Jadwiga kiwnęła głową.

— Niech mi pani nie mуwi, że to świństwo, sama wiem. Ale zrobię je, choćbym miała pęknąć! Moje dziecko nie będzie żyło w takiej nędzy jak teraz, łуżka nie ma, stołka nie ma, pani wie, on mi wszystko zabrał… Na głowie stanę, a wydobędę od niego wszy­stkie możliwe pieniądze co do ostatniego grosza i wszystko wepchnę w moją lalunię!…

1 ... 39 40 41 42 43 44 45 46 47 ... 58
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)