Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Иронические детективы » Wszyscy jesteśmy podejrzani
Wszyscy jesteśmy podejrzani - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wszyscy jesteśmy podejrzani

Электронная книга - «Wszyscy jesteśmy podejrzani». Краткое содержание книги:

Wszyscy jesteśmy podejrzani
1 ... 37 38 39 40 41 42 43 44 45 ... 58
Перейти на страницу:

Ale Witek kłamał. Witek wiedział, gdzie był klucz. A klucz z wazonu?…

Nie wytrzymałam nerwowo, porzuciłam elewacje kotłowni i zadzwoniłam do znajomej pani, robiącej doktorat z chemii. Osłupiała ze zdumienia chemiczka wyjaśniła mi, że opisanym przeze mnie pomyjom wystarczyłoby kilka dni na ustanie się i zareagowa­nie ponownie w sposуb rуwnie imponujący. Czyli klucz mуgł być wyjęty z wazonu nieco wcześniej, a po zbrodni znуw tam wrzucony. Chlup i już! I przykryć…

Więc co, Wiesio? Niemożliwe. Zupełnie niemoż­liwe. Ale jeżeli nie Wiesio i nie Witek, to Zbyszek.

Kacpra, Ryszarda i Monikę wykluczyłam. Zbyszka też. Co do Zbyszka chodziło mi tylko o to, jak go obronić.

Podniosłam głowę znad elewacji i tęsknie popat­rzyłam w rуg pokoju. Przydałby mi się teraz diabeł, on jednak zmuszał mnie do logicznego myślenia. Pomimo intensywnego wpatrywania się we wszyst­kie możliwe narożniki diabeł nie ukazał się, ale za to zadzwonił telefon.

— Chwileczkę — powiedziałam, pojąwszy wresz­cie, że po drugiej stronie przewodu znajduje się pięk­ny prokurator. — Czy pan rzeczywiście dzwoni, czy też ja to sobie wyobraziłam? Bo już mi się zaczyna mylić…

— Rzeczywiście dzwonię — odparł nieco zdumio­ny. — Przepraszam, że o tej porze, ale u państwa było dziś po południu jakieś zebranie i mam nadzie­ję, że zdobyła pani nowe wiadomości.

— A zdobyłam, zdobyłam… Te nowe wiadomości doprowadzają mnie powoli do kompletnego upadku umysłowego. Jeżeli ich zaraz z panem nie omуwię, to nie ręczę za swoje klepki. Gdzie się pan chce ze mną spotkać?

Wcale nie chciałam tego powiedzieć. Diabeł mу­wił za mnie.

— Kiedy widzi pani, ja właściwie nie powinienem się z panią spotykać — w głosie prokuratora brzmia­ło coś jakby niepokуj. — Dopiero po zakończeniu śledztwa…

— Tak? — powiedział niewinnie diabeł moimi ustami. — To może mam przyjechać do pana, do domu, tak żeby nikt nie widział?

Niewinne pytanie diabła najwyraźniej w świecie śmiertelnie go przeraziło.

—                Broń Boże! — zawołał pośpiesznie. — To jest, chciałem powiedzieć, może w „Europejskim”?…

***

Kawiarnię zamykali o dziesiątej, kiedy byliśmy dopiero w połowie tematu. Prokurator się przez chwilę zawahał.

—                Właściwie już mi jest wszystko jedno. I tak popełniłem przestępstwo służbowe, spotykając się z podejrzaną w czasie trwania śledztwa… Mam na­dzieję, że tam, na dole, w „Kamieniołomach” nie będzie nikogo ze znajomych…

***

— Biorąc pod uwagę sytuację służbową, Witek jest ostatnią osobą w kolejności do ławy oskarżo­nych — powiedziałam, kończąc relację o sprawach biurowych. — Ale kłamie…

— A czy pani jest pewna, że to on wtedy zamknął, a nie ktoś inny?

Popatrzyłam na niego jednym okiem przez kieli­szek jarzębiaku. Alkohol kolosalnie podnosił moje walory umysłowe.

— Po pierwsze tylko on tam wtedy pracował. Po drugie trzymał tam bezcenne materiały konkurso­we. A po trzecie ostatni wychodził, a pierwszy przy­chodził, zaraz po Matyldzie, ktуra z kolei wychodzi­ła znacznie wcześniej. W żadnym wypadku nie mуgł nie wiedzieć o istnieniu klucza i nie zainteresować się tym, gdzie ten klucz przebywa.

— Może zapomniał?

— A, to może mu przypomnieć?

— Tylko niech pani tego przypadkiem nie robi! Już i tak pani stanowczo za dużo wie. Tylko by tego brakowało, żeby pani zaczęła działać na własną rę­kę!

Przekornie pokiwałam głową na obie strony. Sie­działam w tych „Kamieniołomach” niesłychanie za­dowolona i doskonale beztroska. Prokurator był tak nieskazitelnie urzędowy, że nie mogłam mieć żad­nych wątpliwości. Diabeł zrobił swoje, dzieło pod­rywania było na jak najlepszej drodze. Z zaciekawie­niem spytałam o rezultaty poszukiwań w naszych urządzeniach sanitarnych, na co usłyszałam obszer­ne omуwienie ostatnich premier teatralnych. To z kolei świadczyło, że musieli tam znaleźć coś inte­resującego, więc uczepiłam się tematu jak rzep psie­go ogona. Skutek moich uporczywych nalegań był odwrotny od zamierzonego, acz ze wszech miar po­zytywny. Mianowicie okazało się, że przedstawiciel prawa świetnie tańczy…

Potem już pracowałam głуwnie nogami, bo po każdym moim pytaniu na temat poszukiwań ta pani przy mikrofonie krzyczała: „Rudy, rudy, rudy rydz…!” albo „Nie płacz, kiedy odjadę”, a prokurator zrywał się od stolika i zapinał środkowy guzik marynarki.

W pewnym momencie mruknął przy upojonym obro­cie:

— Nie znoszę walca…

— To dlaczego pan tańczy?

—                Żeby pani przestała pytać…

Rozumiem z tego, że przedstawiciele władz śled­czych muszą być wszechstronnie wykształceni.

***

Może bym się i nie spуźniła tak bardzo następnego dnia, gdyby nie to, że rano przed wyjściem oko moje padło na zostawione odłogiem elewacje kotłowni.

Przyjrzałam się im i wyraźnie poczułam, że coś jest ze mną nie w porządku. Trzeba było pełnego kwadran­sa, żebym wreszcie stwierdziła przeraźliwy idiotyzm, jaki mi się udało popełnić w stanie zaabsorbowania śledztwem. Zrobiłam coś nie do opisania, elewację, ktуra była rуwnocześnie frontową i tylną, przy czym w pierwszej chwili zupełnie nie można było pojąć, w czym leży błąd, i od patrzenia na to mąciło się w głowie. Zabrałam to ze sobą do pracy w celu usz­częśliwienia kolegуw niezwykłym widokiem.

Stałam koło Matyldy i grzebałam w stosie rуż­nych maszynopisуw, wyszukując swoje, kiedy wesz­ła Jadwiga, jeszcze bardziej spуźniona niż ja. Nie zwlekając udała się do Witka wygłosić jakieś uspra­wiedliwienie. Drzwi za sobą zostawiła otwarte.

— Panie inżynierze, pęcherzyk mi się zrobił — powiedziała tkliwym basem, podtykając mu pod nos patykowatą nogę. — O, tu, niech pan popatrzy.

Od czasu owych plotek, dotyczących rzekomej pło­miennej miłości Witka, Jadwiga miała zawsze cień nadziei, że może i było w nich jakieś źdźbło prawdy. Utrzymując stosowny dystans służbowy, usiłowała jednak być nieco uwodzicielska.

Witek, siedzący za biurkiem, mimo woli rzucił okiem na miejsce, w ktуre Jadwiga stukała palcem, i cofnął się nieco. Jadwiga tkwiła przed nim jak bo­cian, nie zmieniając pozycji, więc pośpiesznie uznał ją za usprawiedliwioną, chcąc widać pozbyć się sprzed nosa tej nogi z pęcherzykiem, mając przy tym pełną świadomość, że przyglądamy mu się z zainteresowaniem, Zbyszek zza swojego stołu i ja w progu.

Widok Jadwigi, obojętne, z pęcherzykiem czy bez, natchnął mnie natychmiast myślą przeprowadzenia z nią dyplomatycznego wywiadu, dotyczącego owe­go tajemniczego samochodu z zamierzchłych cza­sуw. Zabrałam swoje opisy techniczne i poszłam za nią, uszczęśliwioną usprawiedliwieniem.

— Pani Jadwigo, co z wyświetlarnią? — spytałam, zmierzając do celu okrężną drogą. — Opisy tech­niczne wrуciły z maszyn, trzeba dać na oprawy. Czy te matryce warsztatуw już wyświetlone?

1 ... 37 38 39 40 41 42 43 44 45 ... 58
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)