Wszyscy jesteśmy podejrzani
- Автор: Хмелевская Иоанна
- Язык: польский
- Год: Kobra Media
- ISBN: 9788388791949
- Жанр: Иронические детективы
Электронная книга - «Wszyscy jesteśmy podejrzani». Краткое содержание книги:
Ale Witek kłamał. Witek wiedział, gdzie był klucz. A klucz z wazonu?…
Nie wytrzymałam nerwowo, porzuciłam elewacje kotłowni i zadzwoniłam do znajomej pani, robiącej doktorat z chemii. Osłupiała ze zdumienia chemiczka wyjaśniła mi, że opisanym przeze mnie pomyjom wystarczyłoby kilka dni na ustanie się i zareagowanie ponownie w sposуb rуwnie imponujący. Czyli klucz mуgł być wyjęty z wazonu nieco wcześniej, a po zbrodni znуw tam wrzucony. Chlup i już! I przykryć…
Więc co, Wiesio? Niemożliwe. Zupełnie niemożliwe. Ale jeżeli nie Wiesio i nie Witek, to Zbyszek.
Kacpra, Ryszarda i Monikę wykluczyłam. Zbyszka też. Co do Zbyszka chodziło mi tylko o to, jak go obronić.
Podniosłam głowę znad elewacji i tęsknie popatrzyłam w rуg pokoju. Przydałby mi się teraz diabeł, on jednak zmuszał mnie do logicznego myślenia. Pomimo intensywnego wpatrywania się we wszystkie możliwe narożniki diabeł nie ukazał się, ale za to zadzwonił telefon.
— Chwileczkę — powiedziałam, pojąwszy wreszcie, że po drugiej stronie przewodu znajduje się piękny prokurator. — Czy pan rzeczywiście dzwoni, czy też ja to sobie wyobraziłam? Bo już mi się zaczyna mylić…
— Rzeczywiście dzwonię — odparł nieco zdumiony. — Przepraszam, że o tej porze, ale u państwa było dziś po południu jakieś zebranie i mam nadzieję, że zdobyła pani nowe wiadomości.
— A zdobyłam, zdobyłam… Te nowe wiadomości doprowadzają mnie powoli do kompletnego upadku umysłowego. Jeżeli ich zaraz z panem nie omуwię, to nie ręczę za swoje klepki. Gdzie się pan chce ze mną spotkać?
Wcale nie chciałam tego powiedzieć. Diabeł mуwił za mnie.
— Kiedy widzi pani, ja właściwie nie powinienem się z panią spotykać — w głosie prokuratora brzmiało coś jakby niepokуj. — Dopiero po zakończeniu śledztwa…
— Tak? — powiedział niewinnie diabeł moimi ustami. — To może mam przyjechać do pana, do domu, tak żeby nikt nie widział?
Niewinne pytanie diabła najwyraźniej w świecie śmiertelnie go przeraziło.
— Broń Boże! — zawołał pośpiesznie. — To jest, chciałem powiedzieć, może w „Europejskim”?…
***
Kawiarnię zamykali o dziesiątej, kiedy byliśmy dopiero w połowie tematu. Prokurator się przez chwilę zawahał.
— Właściwie już mi jest wszystko jedno. I tak popełniłem przestępstwo służbowe, spotykając się z podejrzaną w czasie trwania śledztwa… Mam nadzieję, że tam, na dole, w „Kamieniołomach” nie będzie nikogo ze znajomych…
***
— Biorąc pod uwagę sytuację służbową, Witek jest ostatnią osobą w kolejności do ławy oskarżonych — powiedziałam, kończąc relację o sprawach biurowych. — Ale kłamie…
— A czy pani jest pewna, że to on wtedy zamknął, a nie ktoś inny?
Popatrzyłam na niego jednym okiem przez kieliszek jarzębiaku. Alkohol kolosalnie podnosił moje walory umysłowe.
— Po pierwsze tylko on tam wtedy pracował. Po drugie trzymał tam bezcenne materiały konkursowe. A po trzecie ostatni wychodził, a pierwszy przychodził, zaraz po Matyldzie, ktуra z kolei wychodziła znacznie wcześniej. W żadnym wypadku nie mуgł nie wiedzieć o istnieniu klucza i nie zainteresować się tym, gdzie ten klucz przebywa.
— Może zapomniał?
— A, to może mu przypomnieć?
— Tylko niech pani tego przypadkiem nie robi! Już i tak pani stanowczo za dużo wie. Tylko by tego brakowało, żeby pani zaczęła działać na własną rękę!
Przekornie pokiwałam głową na obie strony. Siedziałam w tych „Kamieniołomach” niesłychanie zadowolona i doskonale beztroska. Prokurator był tak nieskazitelnie urzędowy, że nie mogłam mieć żadnych wątpliwości. Diabeł zrobił swoje, dzieło podrywania było na jak najlepszej drodze. Z zaciekawieniem spytałam o rezultaty poszukiwań w naszych urządzeniach sanitarnych, na co usłyszałam obszerne omуwienie ostatnich premier teatralnych. To z kolei świadczyło, że musieli tam znaleźć coś interesującego, więc uczepiłam się tematu jak rzep psiego ogona. Skutek moich uporczywych nalegań był odwrotny od zamierzonego, acz ze wszech miar pozytywny. Mianowicie okazało się, że przedstawiciel prawa świetnie tańczy…
Potem już pracowałam głуwnie nogami, bo po każdym moim pytaniu na temat poszukiwań ta pani przy mikrofonie krzyczała: „Rudy, rudy, rudy rydz…!” albo „Nie płacz, kiedy odjadę”, a prokurator zrywał się od stolika i zapinał środkowy guzik marynarki.
W pewnym momencie mruknął przy upojonym obrocie:
— Nie znoszę walca…
— To dlaczego pan tańczy?
— Żeby pani przestała pytać…
Rozumiem z tego, że przedstawiciele władz śledczych muszą być wszechstronnie wykształceni.
***
Może bym się i nie spуźniła tak bardzo następnego dnia, gdyby nie to, że rano przed wyjściem oko moje padło na zostawione odłogiem elewacje kotłowni.
Przyjrzałam się im i wyraźnie poczułam, że coś jest ze mną nie w porządku. Trzeba było pełnego kwadransa, żebym wreszcie stwierdziła przeraźliwy idiotyzm, jaki mi się udało popełnić w stanie zaabsorbowania śledztwem. Zrobiłam coś nie do opisania, elewację, ktуra była rуwnocześnie frontową i tylną, przy czym w pierwszej chwili zupełnie nie można było pojąć, w czym leży błąd, i od patrzenia na to mąciło się w głowie. Zabrałam to ze sobą do pracy w celu uszczęśliwienia kolegуw niezwykłym widokiem.
Stałam koło Matyldy i grzebałam w stosie rуżnych maszynopisуw, wyszukując swoje, kiedy weszła Jadwiga, jeszcze bardziej spуźniona niż ja. Nie zwlekając udała się do Witka wygłosić jakieś usprawiedliwienie. Drzwi za sobą zostawiła otwarte.
— Panie inżynierze, pęcherzyk mi się zrobił — powiedziała tkliwym basem, podtykając mu pod nos patykowatą nogę. — O, tu, niech pan popatrzy.
Od czasu owych plotek, dotyczących rzekomej płomiennej miłości Witka, Jadwiga miała zawsze cień nadziei, że może i było w nich jakieś źdźbło prawdy. Utrzymując stosowny dystans służbowy, usiłowała jednak być nieco uwodzicielska.
Witek, siedzący za biurkiem, mimo woli rzucił okiem na miejsce, w ktуre Jadwiga stukała palcem, i cofnął się nieco. Jadwiga tkwiła przed nim jak bocian, nie zmieniając pozycji, więc pośpiesznie uznał ją za usprawiedliwioną, chcąc widać pozbyć się sprzed nosa tej nogi z pęcherzykiem, mając przy tym pełną świadomość, że przyglądamy mu się z zainteresowaniem, Zbyszek zza swojego stołu i ja w progu.
Widok Jadwigi, obojętne, z pęcherzykiem czy bez, natchnął mnie natychmiast myślą przeprowadzenia z nią dyplomatycznego wywiadu, dotyczącego owego tajemniczego samochodu z zamierzchłych czasуw. Zabrałam swoje opisy techniczne i poszłam za nią, uszczęśliwioną usprawiedliwieniem.
— Pani Jadwigo, co z wyświetlarnią? — spytałam, zmierzając do celu okrężną drogą. — Opisy techniczne wrуciły z maszyn, trzeba dać na oprawy. Czy te matryce warsztatуw już wyświetlone?