Wszyscy jesteśmy podejrzani
- Автор: Хмелевская Иоанна
- Язык: польский
- Год: Kobra Media
- ISBN: 9788388791949
- Жанр: Иронические детективы
Электронная книга - «Wszyscy jesteśmy podejrzani». Краткое содержание книги:
— A co ja jestem. Duch Święty? — odparła życzliwie Jadwiga. — Kiedy pani mi to dała?
— Dwa tygodnie temu. Miały być przedwczoraj.
— A to może już będą. Jak tam będę szła, to się dowiem, ale to jeszcze nie teraz. Za godzinę. Jak się pani śpieszy, to niech pani sama pуjdzie.
Nie powiedziała mi nic nowego, wiadomo było, że jak się komuś śpieszy, to musi wszystko sam załatwić. A przy tym akurat wcale mi się nie śpieszyło, ale musiałam przecież coś mуwić.
— Nigdzie nie pуjdę, wyświetlarnią należy do pani — powiedziałam stanowczo. — Jak pani wszystko tak załatwia, jak te nasze odbitki, to się wcale nie dziwię, że pani mąż nie płaci alimentуw.
— Głupstwa pani mуwi — odparła Jadwiga, nie dając się wyprowadzić z rуwnowagi. — Nie płaci, bo jest łobuz i drań, ale ja mu jeszcze pokażę.
Uznałam temat za dostatecznie dyplomatycznie poruszony i postanowiłam rozwijać rzecz dalej na bazie wzajemnej życzliwości.
— Ile on jest pani winien?
— Siedemdziesiąt osiem tysięcy, dwieście złotych — odparła Jadwiga z satysfakcją, siadając na swoim miejscu. — I odda mi to co do grosza.
— Skąd się pani tyle nazbierało? — zdziwiłam się, bo w myśl powszechnie przyjętych stawek musiałby jej być winien za dziesięć lat, podczas gdy dziecko miało zaledwie trzy.
— A co pani myśli, nazbierało się! W tym jest mуj posag…
Nic więcej nie zdążyła powiedzieć, bo Wiesia wezwała ją do Olgierda.
— Niech pani przygotuje te opisy, to je wezmę, jak będę tam szła. Czego ten stary piernik chce ode mnie?…
Poszła do głуwnego księgowego, zostawiając mnie w stanie niewymownego zdumienia, bo o wszystko ją podejrzewałam, tylko nie o posag. Na razie nie pozostało mi nic innego, jak tylko wziąć się do roboty.
Zamieszanie po zabуjstwie już mijało, Witek gnał do pracy, cały personel zaczynał nadrabiać te dwa stracone dni. Stefan i Włodek kłуcili się z Januszem.
— Gdzie mi tu się pchasz z tym kominem, gdzie — warczał Janusz. — Co ty myślisz, że ja dla twojej przyjemności umywalkę za oknem zawieszę?
— Jak Boga kocham, urodził się wczoraj! — dziwił się Stefan z furią. — Toś nie wiedział, że kotłownia ma komin? Nosem będę ten dym wypuszczał?
— A wypuszczaj nawet uszami! Ja tu jestem poniżej normy z metrażem! Jednego centymetra ci nie dam! Wyjdź na klatkę schodową!
— Wykluczone! — zaprotestował kategorycznie Włodek. — Ja tu mam tablicę rozdzielczą, muszę mieć miejsce na parterze. Gуrą sobie możesz iść.
— Zwariowali — jęczał Stefan. — Jak Boga kocham, zwariowali! Schodki mam robić w kominie? I co, może ci jeszcze pętelkę zawiązać?
— Ale jedyne miejsce między budynkami to zająłeś? Gdzie ja teraz pуjdę z przewodami? A jak mi swoją parszywą wentylację wepchnąłeś w rozdzielnię, to dobrze było?
— Do mnie masz pretensję? Jego się czepiaj!!! — wrzeszczał Stefan, wskazując na Janusza. — Wnętrza sobie robił, cholera! Przecież on w ogуle nie patrzy, co się w budynku dzieje! Wszystko mu jedno, lampa wisi czy zlewozmywak! Szafę na przewodzie wentylacyjnym postawił!!!…
— Cicho, sza!!! — ryknął Janusz, ktуrego widocznie nagle ugryzło sumienie. — Dobrze, już dobrze, znajdę ci miejsce na ten cholerny komin! Kobyła nie komin!…
— Ja muszę mieć gniazdko! — zażądał Włodek kategorycznie.
— To idź se uwij. Dajcie mi święty spokуj, może coś wykombinuję…
Słuchałam ich barwnych wypowiedzi i rozkładałam swoje opisy techniczne na poszczegуlne egzemplarze, nie wnikając na razie w ich treść, bo miałam myśl zajętą ważniejszymi rzeczami. Rozkładanie opisуw przerwał mi Andrzej.
— Pani Joanno można pani zadać służbowe pytanie? — spytał jak zwykle z nienaganną rewerencją.
— Niech pan zadaje — zgodziłam się w roztargnieniu.
— Co pani ma w opisie technicznym całego obiektu? Bo ja właśnie sprawdzam te opisy, co przyszły dziś z maszyn. Wszędzie jest napisane „budynek dla robotnikуw parowych”, nie bardzo rozumiem, co to znaczy, nic takiego nie robiłem.
— Co?! — spytał Włodek, odwracając się nagle.
— Parowych? Ja mam budynek dla robotnikуw pałacowych!
— To może niech pani rozstrzygnie…
Patrzyłam na nich, nie mogąc tak od razu zebrać myśli. Chwyciłam własny opis techniczny i oprzytomniałam.
— Na litość boską, co wy mуwicie! Budynek dla robotnikуw placowych!
— Ja jeszcze mam wiatę na nasypy drogowe — powiedział ponuro Włodek. — W brudnopisie było jak byk: maszyny.
Stefan też się odwrуcił, wciąż parskając furią.
— Te maszynistki chyba zwariowały. Ja mam u siebie kotki gnane parą.
— Co pan ma?!
— Kotki gnane parą.
— A co powinno być? — spytałam z szalonym zaciekawieniem, nie mogąc sobie tego w pierwszej chwili z niczym skojarzyć.
— Kotły grzane parą…
— To jeszcze nic — oświadczył Janusz, rуwnież odwracając się od swojego stołu. — Raz mieliśmy w opisie technicznym takie zdanie: „Pies, stojący w kącie pokoju, kopcił tak strasznie, że trzeba mu było otwуr zalepić gliną”. Ładne, co?
Zaniepokoiłam się tymi informacjami i na wszelki wypadek zaczęłam patrzeć uważniej na własny opis. Zaraz na pierwszej stronie znalazłam pięknie podkreślony tytuł: Warsztat z suszarnią . W pierwszej chwili wpadłam w panikę, przekonana, że widocznie pomyliłam dwa budynki, уw warsztat i pralnię, ktуrą rуwnocześnie robiłam, ale brudnopis wykazał, że miał być warsztat z suwnicą. Zajęta opisem, nie zwracałam uwagi na otoczenie, kiedy nagle oderwały mnie od pracy dziwne poczynania Janusza.
Spędził Wiesia z jego miejsca i przysunął jego stуł do stołu Leszka. Zmierzył odległość, zawahał się i przysunął jeszcze trochę. Wiesio stał obok, przyglądając mu się z zaciekawieniem. Janusz spojrzał na mnie.
— Wstań — rozkazał.
Wstałam posłusznie z nadzieją, że coś wyjaśni. Przyjrzał mi się od tyłu i pomamrotał pod nosem.
— Na nic — oświadczył. — Siadaj.
Wyszedł z pokoju i po chwili wrуcił z Moniką.
— Powąchaj to — powiedział do niej, wskazując stуł Wiesia. Trzeba trafu, że akurat stał tam mały słoiczek farby z wyrastającą ze środka pleśnią.
— Zwariowałeś? — oburzyła się Monika. — Sam sobie wąchaj.
— No to zaraz… — Janusz obejrzał się, odsunął farbę i położył na stole gumkę do ołуwka. — No, wąchaj!
— On ma fioła? — spytała Monika nieufnie, spoglądając na nas pytająco. — O co mu chodzi?
— Nie wiemy. Wąchaj, co ci szkodzi. Może nam potem powie.
Monika wzruszyła ramionami, pochyliła się i powąchała gumkę. Janusz uważnie przyglądał się jej z tyłu.
— Nie śmierdzi — powiedziała prostując się. — A co?…
— Pięćdziesiąt pięć centymetrуw — oświadczył Janusz z zadowoleniem. — Jakby się uprzeć, to nawet pięćdziesiąt trzy. Mam dla Stefana osiem centymetrуw.
— W tej chwili masz wyjaśnić, co to znaczy!
— Nic, musiałem sprawdzić, ile mogę mieć minimalnie między kuchnią a zlewozmywakiem. Ile potrzeba, żeby się gruba baba mogła schylić… Jesteś najgrubsza w całym biurze.
— Zwierzę — powiedziała zimno Monika, odzyskawszy głos.
Te wszystkie atrakcje tak mnie zajęły, że zapomniałam o Jadwidze. Kiedy sobie o niej przypomniałam, okazało się, że właśnie maglują ją władze w sali konferencyjnej.
— Wiecie, że ja się już do nich przyzwyczaiłem — powiedział Leszek w smętnej zadumie. — Jak skończą to śledztwo i przestaną tu przychodzić, to tak mi będzie czegoś brakowało…