Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Иронические детективы » Wszyscy jesteśmy podejrzani
Wszyscy jesteśmy podejrzani - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wszyscy jesteśmy podejrzani

Электронная книга - «Wszyscy jesteśmy podejrzani». Краткое содержание книги:

Wszyscy jesteśmy podejrzani
1 ... 36 37 38 39 40 41 42 43 44 ... 58
Перейти на страницу:

— Te zlecenia, ktуre miały przyjść, rzeczywiście mogły nas uratować — powiedział. — Tylko że one nie przyjdą.

— Skąd wiesz? Dlaczego?

— Dlatego, że jakiś idiota udusił Tadeusza. Mia­łem już cynk z tego ich Zjednoczenia. Milicja u nich była i oglądała nasze faktury za warsztaty, właśnie te, ktуre są zaniżone. Pietra takiego dostali, że niech ręka boska broni! Zlecenie już było przygotowane i wycofali, nie chcą mieć z nami nic do czynienia.

— No dobrze, a na osiedla mieszkaniowe? To była największa forsa!

— Na osiedla mieszkaniowe też nie przyjdzie, bo i do DBOR-u się dobrali. Żebyśmy byli z DBOR-em skończyli w zeszłym roku, toby teraz może przeszło, ale Witek zostawił ostatnie faktury na ten rok i te gliny już wyniuchały. W najgorszej chwili ta zbrodnia nam wypadła!…

— Właśnie, żeby chociaż z miesiąc pуźniej! Po podpisaniu umуw…

— Toteż dlatego ja twierdzę, że to nie Witek. Chyba że sam się chciał zgubić.

— Albo może ktoś to zrobił specjalnie, żeby go wykończyć? Przyznajcie się, kto z was mu najgorzej życzy?

— Ja — oświadczyła Alicja spokojnie. — Ale ja mam podobno alibi.

— Jak by nie było, to jest koniec. Przepadło. Gdy­by nawet dzisiaj znaleźli tego dusiciela, to już też nic nie pomoże. Możemy sobie wyprawić stypę.

—                Stypę to nawet trzeba wyprawić, po pogrzebie…

Rezultat przeszukiwania urządzeń sanitarnych mi­licja starannie przed nami ukryła. Stałam w przedpo­koju, usiłując sobie przypomnieć to coś, co mnie tak męczyło w związku z wypowiedzią Witka na temat klucza, i przyglądałam się wychodzącym wspуłpracow­nikom. Alicja w swoim pokoju tuż przy drzwiach grzebała na małym stoliku, oglądając na nim puste pudełka po cukrze i soli, puste torebki i papierki.

— Nie masz przypadkiem czegoś do zjedzenia? — spytała smętnie. — Obawiam się, że umrę z gło­du, zanim dojadę do domu.

— Chce pani kawałek placka? — spytała Jadwiga już spakowana, zamykając na klucz swoje szuflady.

— Placka? — powiedziała z powątpiewaniem Ali­cja, krzywiąc się nieco. — Wolałabym kawałek śle­dzia, ale niech będzie placek. To z tej pani świętej mąki?

— No pewnie. Zostało mi jeszcze z pуł tony, więc tak piekę i piekę…

— Z jakiej świętej mąki? — zaciekawiła się Mo­nika, ktуra, wychodząc, zatrzymała się przy nas.

— A co, nic nie wiesz? Pani Jadwiga ma w domu kilka wagonуw kukurydzianej mąki, otrzymanej w prezencie od społeczeństwa. Nie słyszałaś o tej historii?

— Nie, pani Moniki jeszcze wtedy nie było — po­wiedziała Jadwiga. — Mуwię pani, co ja się z tym wtedy miałam, to niech ręka boska broni!…

W tym momencie jak grom z jasnego nieba spadło nagle na mnie przypomnienie tego, o co mi chodzi­ło. Oczywiście, Jadwiga! To było właśnie w związku z kukurydzianą mąką!

Mniej więcej rok temu dziecko Jadwigi zachorowało na żołądek i lekarze kategorycznie zażądali karmienia go wyłącznie produktami pochodzenia kukurydziane­go. Kaszka z kukurydzy, mąka z kukurydzy i absolut­nie nic innego. Jadwiga wpadła w szał, bo dziecko było rzeczywiście poważnie chore, a owa mąka okazała się czymś nieosiągalnym. W przypływie rozpaczy dała ogłoszenie do ktуrejś gazety, że dla chorego dziecka potrzebne są tego rodzaju artykuły spożywcze, i roz­pętała tym istne piekło. Za zgodą Witka, ktуry sam nie wiedział, na co się naraża, podała nasz bezpośredni numer biurowy, bo sama nie miała w domu telefonu. Ogłoszenie znalazło natychmiastowy oddźwięk w społeczeństwie. Już następnego dnia od rana za­częły się telefony. Najpierw dzwoniło całe miasto, proponując jej mąkę w kilogramach, następnie apel dotarł do dalszych rejonуw kraju i mąka poszła w tony. Jakaś wytwуrnia zaoferowała jej trzy wago­ny, prywatne osoby i instytucje zgłaszały się bez przerwy, dzwonili nawet ze Szwajcarii i z Anglii. Do redakcji owej gazety przychodziły paczki, ktуrych dwуch silnych chłopуw nie mogło udźwignąć. Zasy­pana gуrami mąki i kaszy kukurydzianej, nieszczęsna, przerażona Jadwiga zaczęła wreszcie kategorycz­nie odmawiać przyjmowania dalszych darуw, zrobiw­szy już sobie zapas na najbliższe kilkaset lat.

Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że przy bez­pośrednim telefonie siedziała Matylda. Przez pierw­sze kilka godzin przyjmowała zgłoszenia z dużą życz­liwością, potem zaczęła być nieco sztywna, potem nieuprzejma, aż trzeciego dnia dostała rozstroju nerwowego. Znienawidziła z całej duszy wszelką mąkę i kaszę na świecie, a na Jadwigę patrzeć nie mogła. Z histerycznym krzykiem odmawiała podnoszenia słuchawki, powodując tym komplikacje natury służ­bowej.

Przy ktуrymś kolejnym telefonie, wykorzystując nieobecność Witka, wyrzuciła rozmawiającą Jadwigę do gabinetu, ktуry dysponował tym samym apara­tem, przełączanym za pomocą czerwonego guzika. Zdenerwowana skomplikowaną sytuacją Jadwiga ba­wiła się w trakcie rozmowy swoimi własnymi klucza­mi od mieszkania, ktуre następnie w roztargnieniu zostawiła w gabinecie.

Dowiedziałam się o tym następnego dnia, kiedy Jadwiga zwierzyła mi się ze swoich okropnych prze­żyć. Brak kluczy zauważyła dopiero po przyjeździe do domu, ktуry okazał się dla niej niedostępny. Dziecko znajdowało się w tygodniowym żłobku, w infirmerii, na specjalnych prawach, i w domu nie było nikogo. Wrуciła więc do pracowni, stwierdziwszy uprzednio telefonicznie, czy wewnątrz jest ktoś, kto jej otworzy. Był Ryszard. Uszczęśliwiona Jadwiga przybyła do biura, gdzie czekało ją fatalne rozczarowanie. Mianowicie drzwi do gabinetu były zamknięte, i to zarуwno te od strony przedpokoju, jak i te od sali konferencyj­nej. Fakt ten głęboko utkwił w jej pamięci, bo nie chodziło jej już o to, że nie miała gdzie nocować, tylko o to, że wieczorem była umуwiona z kimś bardzo ważnym i nie mogła się przebrać. W rezultacie poje­chała na spotkanie w roboczych szmatach, a nocowała u swojej gospodyni na strychu.

Patrzyłam teraz na jedzącą kukurydziany placek Alicję i usiłowałam sobie przypomnieć wszystkie okoliczności tamtego zamknięcia drzwi. Wtedy nie zwrуciłam na to zbytniej uwagi, zajęta przypadłoś­ciami pechowej Jadwigi. Kto je zamknął? I kiedy to było?…

— Pani Jadwigo, kiedy to było? — spytałam, prze­rywając jej opowiadanie.

— A zaraz pani powiem, bo dokładnie pamiętam. W pierwszej połowie listopada.

Oczywiście! Teraz zrozumiałam już wszystko. W tym samym okresie Witek robił konkurs, obaj z Januszem, a niekiedy także i Wiesio, siedzieli po nocach i wszystkie materiały do owego konkursu Witek trzymał w gabinecie. Dlatego teraz męczyła mnie myśl, że kłamie, wypierając się klucza. Palcem przecież tych drzwi nie zamykał…

Zaraz, a może Zbyszek?… Nie, Zbyszek wtedy jeszcze pracował w pierwszym pokoju, do gabinetu przeniуsł się dopiero od nowego roku, to już dokładnie pamiętam. Więc jednak Witek? Dlaczego kłamie?…

—                Na co ty czekasz? — spytała ze zdziwieniem Alicja. — Mało ci było tych wczorajszych godzin nadliczbowych? Nie idziesz do domu?…

***

W domu miałam rozłożoną na stole małą, prowizo­ryczną, wolnostojącą kotłownię na trzy kotły. Usiad­łam przy desce i zaczęłam kreślić elewacje. Zajęcie było mało skomplikowane umysłowo, toteż mogłam sobie przy nim pozwolić na kontynuowanie śledztwa. W głowie kłębiły mi się tysiące rуżnych pogmatwa­nych myśli, z ktуrych w żaden sposуb nie mogłam wyłowić nic rozsądnego. Najbardziej gnębił mnie Witek.

Wiedziałam, że Witek miałby powуd do zamor­dowania Stolarka, ale pod warunkiem, że Stolarek o tym powodzie wiedział. Jeżeli nie wiedział, to myś­lę, że Witek zasłoniłby go raczej własną piersią przed ciosem, tak wielkie kłopoty niosła ze sobą ta zbrodnia. Upadek pracowni… Pracowni, ktуrej Wi­tek był nie tylko kierownikiem, ale w ktуrej miał prawo nosić zaszczytne miano dyrektora. Przypadek sprawił kiedyś, że bez żadnego wysiłku mуgł wspiąć się na wysoki szczebel. W żadnym innym wypadku i w żadnych innych okolicznościach nie zostałby tak łatwo, w tak młodym wieku, dyrektorem przedsię­biorstwa, a to już było coś… No tak, przyczyny, ktу­re mogłyby go pchnąć do zbrodni, musiałyby być pi­ramidalnych rozmiarуw…

1 ... 36 37 38 39 40 41 42 43 44 ... 58
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)