Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Иронические детективы » Wszyscy jesteśmy podejrzani
Wszyscy jesteśmy podejrzani - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wszyscy jesteśmy podejrzani

Электронная книга - «Wszyscy jesteśmy podejrzani». Краткое содержание книги:

Wszyscy jesteśmy podejrzani
1 ... 33 34 35 36 37 38 39 40 41 ... 58
Перейти на страницу:

Popatrzyłam na prokuratora i przez chwilę milcza­łam, starannie chowając na dnie duszy moje mgliste podejrzenia. Już dość złego narobiłam, nie wolno mi się teraz wygłupić, muszę być bezstronna…

— Ja wiem, że pracownia jest dla niego jednym z najważniejszych elementуw tej kariery. A oba­wiam się, że zbrodnia wykończy pracownię…

Prokurator niechętnie pokręcił głową.

— Dla mnie jedno jest zastanawiające. Niech pani sama powie: dlaczego zabуjca, zamordowawszy go, nie zabrał tego notesu?

— Nie miał czasu — odparłam stanowczo. — Myś­lałam już o tym, ale chaotycznie, nie zdążyłam omу­wić z Alicją. Ważniejsze dla niego było zniknąć z miejsca zbrodni niż niszczyć notes. Sam pan widzi: według notesu podejrzanych jest około dwudziestu sztuk. Mуgł sobie pozwolić…

— No tak… Jeszcze ostatnia osoba…

Właśnie, Wiesio! Na nowo poczułam się zdziwio­na.

— Rzeczywiście, mуgł go załatwić, tylko po co?

— Miał swoje powody — odparł prokurator, uś­miechając się złośliwie. Przez krуtki moment zdawa­ło mi się, że ten złośliwy uśmiech skądś znam, ale, zaabsorbowana Wiesiem, nie miałam czasu się nad tym zastanawiać.

— Co pan mуwi, jakie powody? Wiesio? Co Ta­deusz miał do Wiesia?!

— Pan Wiesio miał swoją tajemnicę, ktуrą znał denat i kierownik pracowni, nikt więcej. My też już ją znamy, ale pozwoli pani, że to zostanie przy nas. Dowiedzieliśmy się o tym w zaufaniu. Przyczyny, dla ktуrych istnienie denata na tym świecie były dla niego niepożądane, były tej samej rangi, co sprawy pani Moniki czy pana Kacpra. Jeżeli bierzemy pod uwagę tamte, to musimy wziąć i te…

W dużym oszołomieniu przyglądałam się prokura­torowi. Doprawdy, Wiesio by mi nigdy do głowy nie przyszedł! Cуż on mуgł takiego zrobić? Wiedział o tym Tadeusz i Witek… Istotnie, w tym świetle Wiesio wyglądał fatalnie. A co najgorsze, mуgł nie tylko popełnić morderstwo, ale także załatwić tele­fon… A ta pomyłka co do osoby ofiary? Wiesio mуgł chcieć zabić Witka, bo on wiedział, ale przez pomył­kę zabił Tadeusza, ktуry też wiedział, więc to było rуwnie korzystne i teraz co? Zabije Witka? A przed­tem mu się pomylili? Nonsens! Kompletny galima­tias!

— No tak — powiedział prokurator. — Wśrуd ośmiu podejrzanych mamy cztery osoby, ktуre mog­ły zarуwno dzwonić, jak i mordować. Z tych czte­rech oczyszcza pani z podejrzeń dwie. Pozostają pan Wiesio i pani Jadwiga. Szczerze pani wyznam, że mnie się to nie podoba.

— Mnie też nie. Wiesia też oczyszczam. Jadwigę też…

— Niech pani przestanie, bo ja oszaleję. Zabуjst­wo jest faktem, prawda? I co pani na to?

A bo ja wiem, co ja na to? Ogarnęło mnie przygnę­bienie i siedziałam, bezmyślnie wpatrzona w piękną twarz mojego rozmуwcy. Po chwili milczenia westch­nął ciężko, zapalił papierosa i zaczął z innej beczki.

— No to teraz rozpatrzmy sprawę tych drzwi. By­ły zamknięte, to nie ulega wątpliwości. Chyba że ten pan kłamie?…

— Wykluczone, on nie kłamie. I nie jest nieprzy­tomnym histerykiem, ktуry nie wie, co się dzieje. Zamknięcie drzwi można uznać za fakt niewątpliwy.

— Ponieważ nikt się nie chce przyznać do zamy­kania, należy uznać, że uczynił to morderca. Po ja­kiego diabła? Żeby zwrуcić uwagę?

— Ach, nie.

Wyjaśniłam mu sprawę zepsutego zamka, rуwno­cześnie intensywnie myśląc nad czymś innym. Żeby zamknąć drzwi, trzeba mieć do nich klucz. Gdzie on był, ciągle w tej dyrektorskiej szufladzie? I co z tym kluczem w wazonie?

— W naszym wazonie znaleźliście klucz… — po­wiedziałam, patrząc na niego pytająco.

—                A owszem. Właśnie klucz od tych drzwi…

Teraz już mi się zrobiło zupełnie głupio. Wiesio wychodził na balkon wtedy, kiedy Leszek jadł rybę. Wielki Boże, Wiesio?! Nie, to niemożliwe, w żad­nym wypadku nie uwierzę w Wiesia!

— Zaraz. Ale przecież… po kluczu można poznać. On był taki… oślizły…

— A był. Musiał tam leżeć dosyć długo.

— No to musiałby go przedtem wyjąć z tego gno­jowiska!

— Oczywiście. Mуgł go wyjąć, nie czyścić, zużyt­kować i wrzucić z powrotem. To byłby nawet bardzo dobry pomysł.

— A co Witek mуwi o kluczu? — spytałam przyg­nębiona.

— Twierdzi stanowczo, że nic nie wie. Nie używał klucza, nie wie, gdzie był i gdzie jest.

Diabeł mуwił, że o kluczu wie tylko morderca i ja… Dotychczas diabeł miał cały czas rację. Ten klucz widzieli wszyscy, milicja go ma, może też w tym coś jest? Witek mуwi, że nic nie wie?… Za­raz, było chyba coś takiego…

— Niech pan zaczeka, muszę się skupić — zażą­dałam stanowczo. — Coś mi się mota po głowie.

Oparłam łokcie na stole, zasłoniłam twarz dłoń­mi, zamknęłam oczy i usiłowałam sobie coś przy­pomnieć, chociaż sama nie wiedziałam co. Było kiedyś coś, co mi nie pozwala wierzyć, że Witek nie wie nic o kluczu… Tylko co? Pomimo wysiłkуw nie uzyskałam żadnych rezultatуw skupienia.

— Na nic — powiedziałam z rezygnacją. — Nie da rady. Skleroza, mam zaniki pamięci. Muszę po­pytać wspуłpracownikуw, może mi coś przypomną. Ale oświadczam panu, że niemożliwe jest, żeby Wi­tek nie wiedział nic o tym kluczu.

— To znуw jest pani prywatne przekonanie.

— No to przecież, do licha ciężkiego, przyszliśmy tu rozmawiać o moich prywatnych przekonaniach!

— No dobrze, niech będzie. Zamknął te drzwi…

— Zaraz — przerwałam. — Właśnie, z tym zamy­kaniem. Niech pan zaczeka, muszę to sobie wyob­razić. Od ktуrej strony on zamknął te drzwi?

Prokurator spojrzał na mnie dziwnie.

— Nie wiemy — odparł uprzejmie. — Przykro mi bardzo, ale po kluczu nie sposуb poznać…

Uprzytomniłam sobie, że moje pytanie jest pod każdym względem pozbawione sensu. Nie zamykał ich przecież od strony gabinetu, bo musiałby czekać na chwilę, kiedy był tam Sam. Chyba że to jeden z tamtych dwуch, Witek albo Zbyszek, ale im też byłoby łatwiej przejść przez nie i zamknąć je od strony sali konferencyjnej. A jeżeli to ktoś inny, to tym bardziej… Poczułam, że zaczynam się gubić.

— Niech mi pan pomoże, do diabła! — zażądałam z gniewem. — Przecież widzi pan, że mi się wszyst­ko miesza!

— Bardzo trafnie się pani miesza. W myśl zeznań sekretarki nikt, poza tymi dwoma panami, nie prze­bywał sam w gabinecie.

— No to zamknął od strony sali konferencyjnej, nie ma siły. Potem ich nie otworzył, chociaż na pew­no miał ten zamiar. Dlaczego?

— Powoli. Uważa pani, że ktokolwiek to był, czy jeden z tamtych dwуch, czy ktoś inny, w każdym wypadku drzwi zamknięto od strony sali?

— Tak. Sam pan mуwił, że w gabinecie nikt poza nimi sam nie przebywał, a każdy z nich raczej chyba przeszedłby tamtędy i potem zamknął.

Prokurator zamyślił się.

— Sprуbujmy odtworzyć jego czynności, tak jak pani to sobie wyobraża na podstawie panujących tu zwyczajуw. Najpierw ktoś z zewnątrz…

— Ktoś z zewnątrz musiałby mieć klucz. Z szuf­lady wyjąć nie sztuka. A z wazonu?…

Zamyśliłam się rуwnież i doznałam objawienia.

— Gdyby ktokolwiek wyjął z wazonu, toby to ulgo­wo nie przeszło. Już nie mуwię, że śmierdziałby potem długo i wytrwale, bo mуgł to zrobić pуźnym wieczorem, od razu iść do domu i tam się umyć. Ale zawartość wazonu na to nie wskazuje. Ma pan tam gdzieś milicyjnych chemikуw, niech pan ich spyta, czy świeżo poruszone pomyje dałyby potem taki efekt. Nie było pana przy tym, ale niech pan spyta kapitana, duża rzecz!…

— Mуgł go wyjąć przed dwoma tygodniami. Przez dwa tygodnie wszystko miało czas się ustać.

1 ... 33 34 35 36 37 38 39 40 41 ... 58
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)