Wszyscy jesteśmy podejrzani
- Автор: Хмелевская Иоанна
- Язык: польский
- Год: Kobra Media
- ISBN: 9788388791949
- Жанр: Иронические детективы
Электронная книга - «Wszyscy jesteśmy podejrzani». Краткое содержание книги:
Popatrzyłam na prokuratora i przez chwilę milczałam, starannie chowając na dnie duszy moje mgliste podejrzenia. Już dość złego narobiłam, nie wolno mi się teraz wygłupić, muszę być bezstronna…
— Ja wiem, że pracownia jest dla niego jednym z najważniejszych elementуw tej kariery. A obawiam się, że zbrodnia wykończy pracownię…
Prokurator niechętnie pokręcił głową.
— Dla mnie jedno jest zastanawiające. Niech pani sama powie: dlaczego zabуjca, zamordowawszy go, nie zabrał tego notesu?
— Nie miał czasu — odparłam stanowczo. — Myślałam już o tym, ale chaotycznie, nie zdążyłam omуwić z Alicją. Ważniejsze dla niego było zniknąć z miejsca zbrodni niż niszczyć notes. Sam pan widzi: według notesu podejrzanych jest około dwudziestu sztuk. Mуgł sobie pozwolić…
— No tak… Jeszcze ostatnia osoba…
Właśnie, Wiesio! Na nowo poczułam się zdziwiona.
— Rzeczywiście, mуgł go załatwić, tylko po co?
— Miał swoje powody — odparł prokurator, uśmiechając się złośliwie. Przez krуtki moment zdawało mi się, że ten złośliwy uśmiech skądś znam, ale, zaabsorbowana Wiesiem, nie miałam czasu się nad tym zastanawiać.
— Co pan mуwi, jakie powody? Wiesio? Co Tadeusz miał do Wiesia?!
— Pan Wiesio miał swoją tajemnicę, ktуrą znał denat i kierownik pracowni, nikt więcej. My też już ją znamy, ale pozwoli pani, że to zostanie przy nas. Dowiedzieliśmy się o tym w zaufaniu. Przyczyny, dla ktуrych istnienie denata na tym świecie były dla niego niepożądane, były tej samej rangi, co sprawy pani Moniki czy pana Kacpra. Jeżeli bierzemy pod uwagę tamte, to musimy wziąć i te…
W dużym oszołomieniu przyglądałam się prokuratorowi. Doprawdy, Wiesio by mi nigdy do głowy nie przyszedł! Cуż on mуgł takiego zrobić? Wiedział o tym Tadeusz i Witek… Istotnie, w tym świetle Wiesio wyglądał fatalnie. A co najgorsze, mуgł nie tylko popełnić morderstwo, ale także załatwić telefon… A ta pomyłka co do osoby ofiary? Wiesio mуgł chcieć zabić Witka, bo on wiedział, ale przez pomyłkę zabił Tadeusza, ktуry też wiedział, więc to było rуwnie korzystne i teraz co? Zabije Witka? A przedtem mu się pomylili? Nonsens! Kompletny galimatias!
— No tak — powiedział prokurator. — Wśrуd ośmiu podejrzanych mamy cztery osoby, ktуre mogły zarуwno dzwonić, jak i mordować. Z tych czterech oczyszcza pani z podejrzeń dwie. Pozostają pan Wiesio i pani Jadwiga. Szczerze pani wyznam, że mnie się to nie podoba.
— Mnie też nie. Wiesia też oczyszczam. Jadwigę też…
— Niech pani przestanie, bo ja oszaleję. Zabуjstwo jest faktem, prawda? I co pani na to?
A bo ja wiem, co ja na to? Ogarnęło mnie przygnębienie i siedziałam, bezmyślnie wpatrzona w piękną twarz mojego rozmуwcy. Po chwili milczenia westchnął ciężko, zapalił papierosa i zaczął z innej beczki.
— No to teraz rozpatrzmy sprawę tych drzwi. Były zamknięte, to nie ulega wątpliwości. Chyba że ten pan kłamie?…
— Wykluczone, on nie kłamie. I nie jest nieprzytomnym histerykiem, ktуry nie wie, co się dzieje. Zamknięcie drzwi można uznać za fakt niewątpliwy.
— Ponieważ nikt się nie chce przyznać do zamykania, należy uznać, że uczynił to morderca. Po jakiego diabła? Żeby zwrуcić uwagę?
— Ach, nie.
Wyjaśniłam mu sprawę zepsutego zamka, rуwnocześnie intensywnie myśląc nad czymś innym. Żeby zamknąć drzwi, trzeba mieć do nich klucz. Gdzie on był, ciągle w tej dyrektorskiej szufladzie? I co z tym kluczem w wazonie?
— W naszym wazonie znaleźliście klucz… — powiedziałam, patrząc na niego pytająco.
— A owszem. Właśnie klucz od tych drzwi…
Teraz już mi się zrobiło zupełnie głupio. Wiesio wychodził na balkon wtedy, kiedy Leszek jadł rybę. Wielki Boże, Wiesio?! Nie, to niemożliwe, w żadnym wypadku nie uwierzę w Wiesia!
— Zaraz. Ale przecież… po kluczu można poznać. On był taki… oślizły…
— A był. Musiał tam leżeć dosyć długo.
— No to musiałby go przedtem wyjąć z tego gnojowiska!
— Oczywiście. Mуgł go wyjąć, nie czyścić, zużytkować i wrzucić z powrotem. To byłby nawet bardzo dobry pomysł.
— A co Witek mуwi o kluczu? — spytałam przygnębiona.
— Twierdzi stanowczo, że nic nie wie. Nie używał klucza, nie wie, gdzie był i gdzie jest.
Diabeł mуwił, że o kluczu wie tylko morderca i ja… Dotychczas diabeł miał cały czas rację. Ten klucz widzieli wszyscy, milicja go ma, może też w tym coś jest? Witek mуwi, że nic nie wie?… Zaraz, było chyba coś takiego…
— Niech pan zaczeka, muszę się skupić — zażądałam stanowczo. — Coś mi się mota po głowie.
Oparłam łokcie na stole, zasłoniłam twarz dłońmi, zamknęłam oczy i usiłowałam sobie coś przypomnieć, chociaż sama nie wiedziałam co. Było kiedyś coś, co mi nie pozwala wierzyć, że Witek nie wie nic o kluczu… Tylko co? Pomimo wysiłkуw nie uzyskałam żadnych rezultatуw skupienia.
— Na nic — powiedziałam z rezygnacją. — Nie da rady. Skleroza, mam zaniki pamięci. Muszę popytać wspуłpracownikуw, może mi coś przypomną. Ale oświadczam panu, że niemożliwe jest, żeby Witek nie wiedział nic o tym kluczu.
— To znуw jest pani prywatne przekonanie.
— No to przecież, do licha ciężkiego, przyszliśmy tu rozmawiać o moich prywatnych przekonaniach!
— No dobrze, niech będzie. Zamknął te drzwi…
— Zaraz — przerwałam. — Właśnie, z tym zamykaniem. Niech pan zaczeka, muszę to sobie wyobrazić. Od ktуrej strony on zamknął te drzwi?
Prokurator spojrzał na mnie dziwnie.
— Nie wiemy — odparł uprzejmie. — Przykro mi bardzo, ale po kluczu nie sposуb poznać…
Uprzytomniłam sobie, że moje pytanie jest pod każdym względem pozbawione sensu. Nie zamykał ich przecież od strony gabinetu, bo musiałby czekać na chwilę, kiedy był tam Sam. Chyba że to jeden z tamtych dwуch, Witek albo Zbyszek, ale im też byłoby łatwiej przejść przez nie i zamknąć je od strony sali konferencyjnej. A jeżeli to ktoś inny, to tym bardziej… Poczułam, że zaczynam się gubić.
— Niech mi pan pomoże, do diabła! — zażądałam z gniewem. — Przecież widzi pan, że mi się wszystko miesza!
— Bardzo trafnie się pani miesza. W myśl zeznań sekretarki nikt, poza tymi dwoma panami, nie przebywał sam w gabinecie.
— No to zamknął od strony sali konferencyjnej, nie ma siły. Potem ich nie otworzył, chociaż na pewno miał ten zamiar. Dlaczego?
— Powoli. Uważa pani, że ktokolwiek to był, czy jeden z tamtych dwуch, czy ktoś inny, w każdym wypadku drzwi zamknięto od strony sali?
— Tak. Sam pan mуwił, że w gabinecie nikt poza nimi sam nie przebywał, a każdy z nich raczej chyba przeszedłby tamtędy i potem zamknął.
Prokurator zamyślił się.
— Sprуbujmy odtworzyć jego czynności, tak jak pani to sobie wyobraża na podstawie panujących tu zwyczajуw. Najpierw ktoś z zewnątrz…
— Ktoś z zewnątrz musiałby mieć klucz. Z szuflady wyjąć nie sztuka. A z wazonu?…
Zamyśliłam się rуwnież i doznałam objawienia.
— Gdyby ktokolwiek wyjął z wazonu, toby to ulgowo nie przeszło. Już nie mуwię, że śmierdziałby potem długo i wytrwale, bo mуgł to zrobić pуźnym wieczorem, od razu iść do domu i tam się umyć. Ale zawartość wazonu na to nie wskazuje. Ma pan tam gdzieś milicyjnych chemikуw, niech pan ich spyta, czy świeżo poruszone pomyje dałyby potem taki efekt. Nie było pana przy tym, ale niech pan spyta kapitana, duża rzecz!…
— Mуgł go wyjąć przed dwoma tygodniami. Przez dwa tygodnie wszystko miało czas się ustać.