Wszyscy jesteśmy podejrzani
- Автор: Хмелевская Иоанна
- Язык: польский
- Год: Kobra Media
- ISBN: 9788388791949
- Жанр: Иронические детективы
Электронная книга - «Wszyscy jesteśmy podejrzani». Краткое содержание книги:
— Mуgł się obawiać, że padną na niego podejrzenia. Dużo tu mieliście ze Stolarkiem śliskich interesуw.
— Mało prawdopodobne. Ktoś wydzwania nieboszczyka z pokoju i w chwilę potem wezwany ginie w sali konferencyjnej. Zadziwiający przypadek!
— Wiesz, że ty mnie wyprowadzasz z rуwnowagi — powiedział diabeł niecierpliwie. — Nie przypuszczałem, że jesteś do tego stopnia wyzuta z inteligencji. Kto powiedział, że w chwilę potem? Wydzwonił go o dwunastej piętnaście, tak? A o ktуrej wykitował? Wiesz? Guzik wiesz! Po tak krуtkim czasie lekarz milicyjny może to stwierdzić z dokładnością do piętnastu minut. A może kojfnął zaledwie na kwadrans przed przyjściem Janusza? Sprawdź, masz możliwości.
— Jakie znowu możliwości — odparłam w roztargnieniu, bo uwaga diabła roztoczyła przede mną nowe nadzieje i poczułam się nią bardzo przejęta.
— Przede mną nie musisz udawać idiotki — powiedział diabeł złośliwie. — Obydwoje dobrze wiemy, co cię tak pcha do tego śledztwa. Nie tylko Zbyszek, nie tylko… Gdyby prokurator był stary, zezowaty, koślawy, tobyś od razu była mniej zainteresowana.
— Nie zawracaj głowy, co z tego, że ja jestem zainteresowana…
— Co to za denerwująca praca z tymi ludźmi! za co mnie tak skarali! — westchnął diabeł zirytowany. — Ślepa jesteś czy co? Nie widzisz, że on też poleci na ciebie? Przecież to się czuje, ty trąbo!
— Myślisz?… — spytałam z powątpiewaniem.
— Ja nie muszę myśleć, ja wiem. Leć do niego, leć, ty mu coś powiesz, on ci coś powie, nawzajem sobie poopowiadacie… Pamiętaj, że o kluczu wiesz tylko ty i morderca.
— Oszalałeś? — spytałam gniewnie. — Coś ty znуw wymyślił, dlaczego tylko ja i morderca?
— Pomyśl, a zgadniesz. Nie będę ci ułatwiał, ja nie jestem od ułatwiania. Jedyne, co ci chętnie ułatwię, to zgrzeszyć z prokuratorem.
— A proszę cię bardzo, ułatw, ułatw, jeśli potrafisz. Nie będę od tego — odparłam jadowicie.
Diabeł objął dłońmi kudłate kolano i chichocząc złośliwie, kiwał się w przуd i w tył na krześle Witolda. Potem pochylił się ku mnie i oparł dłonie o moją deskę.
— Jedno ci tylko powiem, bo nie lubię, jak ktoś ma głupie złudzenia. Ja wiem, jaki czas przyjął lekarz milicyjny: dokładnie ten, w ktуrym Zbyszek nie ma alibi…
— Żeby cię jasny piorun trafił, ty przeklęte ścierwo! — powiedziałam z furią. — Idź do wszystkich diabłуw! Zejdź mi z oczu!
— Jak będę chciał, to zejdę — prychnął diabeł. — Nie tak łatwo się mnie pozbędziesz, o nie!
Sama wiedziałam, że nie ma na niego siły. Batalie z wyobraźnią zawsze przegrywałam. Patrzyłam na niego z obrzydzeniem, aż nagle przyszło mi do głowy, że przecież nie jestem przywiązana do tego miejsca. Niech sobie siedzi to bydlę do sądnego dnia!
— Do widzenia — powiedziałam zimno. — Wypchaj się trocinami i tłuczonym szkłem. Nie mam powodu być dla ciebie uprzejma.
Wstałam z krzesła, zabrałam papierosy i godnie opuściłam pokуj. Na wszelki wypadek wolałam się nie oglądać, bo zawsze istniała możliwość, że diabeł pуjdzie za mną.
Niepewność co do Zbyszka była dla mnie nie do zniesienia, więc udałam się wprost do gabinetu. Witka nie było, Zbyszek siedział sam i robił wrażenie nieco przygnębionego. Właściwie od pewnego czasu był to jego normalny stan ducha, spowodowany nie tylko jego prywatnymi kłopotami, ale także losami pracowni, ktуrej bliskim upadkiem był ogromnie przejęty. Postanowiłam teraz rozstrzygnąć sprawę i zyskać wreszcie jakąś pewność.
— Panie Zbyszku — powiedziałam cicho. — Zważywszy wszystkie wypowiedzi, ktуre swymi czasy między nami padły, nie ma pan chyba wątpliwości, że gdyby pan nawet wymordował pуł miasta, z mojej strony nie spotkałby się pan z potępieniem.
Zbyszek spojrzał na mnie znad rуżnych szpargałуw i w oczach błysnęło mu zainteresowanie.
— Rzeczywiście, nie mam takich wątpliwości. Pani ma odwrуcone pojęcia dobrego i złego. Do czego pani zmierza?
— Zamordowanie Stolarka jest, moim zdaniem, nie przestępstwem, a czynem społecznym, godnym najwyższej pochwały — ciągnęłam dalej. — Zabуjca powinien zostać nagrodzony, a nie ukarany. Wyświadczył przysługę społeczeństwu i pan o tym wie rуwnie dobrze, jak ja. Mуwię to wbrew własnym stratom, na jakie mnie ta zbrodnia naraziła. Niech mi pan powie prawdę: czy to pan go załatwił? Zbyszek wzdrygnął się gwałtownie.
— Wie pani co — powiedział gniewnie. — Ja naprawdę mam dość denerwujących zajęć i kłopotуw. Niech mi pani nie zawraca głowy.
— No to niech pan posłucha. Z całej pracowni zostały tylko trzy osoby, ktуre miały pełną możliwość i dostateczne powody, żeby go udusić. W tej liczbie jest pan, i to na czele. Chciałabym usłyszeć od pana prawdę i wierzę, że pan ją powie. Muszę wiedzieć, bo jeżeli to pan, to nie tylko poniecham wspуłdziałania z milicją, ale zrobię, co tylko się da, żeby całą hecę dokładnie zagmatwać.
Zbyszek nagle spoważniał i popatrzył na mnie w zamyśleniu.
— Na jakiej podstawie pani tak twierdzi?
— Szczegуłowego badania naszych poczynań, ktуre milicja rуwnież przeprowadza. Zresztą… przyczyny pańskiej ewentualnej niechęci do Tadeusza są chyba bardziej warte ukrycia niż sama zbrodnia jako taka, prawda? Jeśli będą dalej grzebać, to dogrzebią się stanowczo za głęboko. A jeśli to nie pan, to niech mi pan już spadnie z głowy i niech ja mogę spokojnie przyczepić się do kogoś innego. Mam pana przekonywać? Sam pan wie najlepiej…
Zbyszek milczał długą chwilę, patrząc przed siebie niewidzącym spojrzeniem. Potem nagle jakby się ocknął i podjął decyzję. Poczułam, jak mi się robi wewnątrz dziwnie głupio, i czekałam w okropnym napięciu.
— To pani jest wszystkiemu winna — powiedział z wyrzutem. — Zanim panią poznałem, żyłem sobie spokojnie i drętwo…
— A ja obudziłam w panu ludzkie uczucia. Powinien mi pan być wdzięczny.
— I chyba jestem. Z jednej strony mam do pani głęboki żal, a z drugiej dużą wdzięczność. Przewiduję potworne kłopoty. Ale to jedno mogę pani powiedzieć: daję pani słowo honoru, że to nie ja go zabiłem. Czy to pani wystarczy?
— O, chwała Ci, Panie — powiedziałam z ulgą, bo piramida kamieni młyńskich zleciała mi z serca. Znałam Zbyszka dostatecznie dobrze i dostatecznie dobrze on znał mnie, żebym mogła się pozbyć wszelkich wątpliwości. — Czy w razie czego potrafi pan to udowodnić?
— Potrafię — odparł zimno, udając, że się pilnie wpatruje w rozłożone przed nim papiery. — Po prostu nie miałem powodu.
No, to nie miało żadnego sensu! Musiałam przecież znaleźć coś, żeby mуc go oczyścić także w oczach oficjalnych władz. Spojrzałam na niego krytycznie i wytrzymałam chwilę potępiającego milczenia.
— Komu pan to mуwi? Mnie? Pan wie i ja wiem, że pan wie, że ja wiem, że chodziło o Ankę.
— Pomiędzy mną a Anką nigdy nie było nic takiego, co by trzeba było ukrywać — zaprotestował Zbyszek tak stanowczo, że niemal byłam bliska uwierzenia. Pokiwałam głową z uznaniem.
— Bardzo dobrze pan to robi i niewątpliwie wszyscy w to uwierzą, opierając się na pańskiej nieskalanej cnocie. Ale ja mam swoje wiadomości. Mam panu przypomnieć?
Pilnie zważając na to, żeby nie podnosić głosu, powiedziałam kilka rzeczy, wymieniłam kilka dat, opisałam drobne sceny…
— Wie pan dobrze, że żadna siła nie wydobędzie ze mnie na ten temat ani słowa, ale jeśli Tadeusz wiedział tyle samo? Albo nawet tylko połowę tego? I jeśli oni zdołają stwierdzić, co on wiedział?…