Wszyscy jesteśmy podejrzani
- Автор: Хмелевская Иоанна
- Язык: польский
- Год: Kobra Media
- ISBN: 9788388791949
- Жанр: Иронические детективы
Электронная книга - «Wszyscy jesteśmy podejrzani». Краткое содержание книги:
Zbyszek poniechał udawania, że ogląda papiery. Wstał od stołu i wyjrzał przez okno, ktуre wychodziło na zamknięte podwуrze i za ktуrym na pewno nie było nic ciekawego.
— No to pani powiem. Tadeusz wykrył, że byłem z Anką u lekarza zaraz po jej ślubie. Miała pewne podejrzenia, na ktуre w tym związku akurat nie było miejsca. I tym mnie szantażował tak długo, aż się okazało, że te podejrzenia były całkowicie bezpodstawne, Bogu dzięki. Sama pani rozumie, że teraz możemy się wszystkiego wyprzeć, Tadeusz nie miał żadnego dowodu… — odwrуcił się nagle i spojrzał na mnie, tknięty nową myślą. — Gdybym miał kogokolwiek zabijać, to tylko panią, nikt o mnie tyle nie wie…
Nie przejęłam się tą możliwością, nad czym innym myślałam intensywnie.
— Krуtko mуwiąc, jak dla pana, to on został sprzątnięty za pуźno?
— Właśnie.
— No tak. Do bani taki dowуd. Po pierwsze, nie powie pan tego nawet w cieniu szubienicy, a po drugie, to jest właśnie to, co trzeba ukryć. Że też mi pan tego od razu nie powiedział, sama bym z nią poszła i potem mogłybyśmy przysięgać, że to ona poszła ze mną. Mnie moja opinia jest doskonale obojętna. Boże drogi, co ja z panem mam!
— No widzi pani, ja mam pecha. Jeden błąd życiowy i takie skutki…
—Jaki tam błąd! Jeden rozsądny uczynek. To teraz niech mi pan powie, jak to było z tymi drzwiami?
Zbyszek wrуcił na swoje miejsce i siadając spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
— Z jakimi drzwiami?
— A z tymi, o — pokazałam palcem drzwi do sali konferencyjnej. — Jeszcze pana milicja nie pytała? Dlaczego nie przeszliście tędy, jak się zaczęło to przedstawienie, tylko lecieliście przez dwa przedpokoje?
— Nie wiem — odparł Zbyszek nadal zdziwiony, wyraźnie usiłując się skupić. — A nie, wiem! Po prostu były zamknięte.
— Skąd pan wie?!
— Prуbowałem. Wyskoczyłem zza stołu i odruchowo chwyciłem za klamkę. Nawet się nie zastanawiałem, dlaczego są zamknięte, dopiero teraz pani mi to uprzytomniła. Zaraz potem wybiegłem za Witkiem na korytarz.
— Witek wyleciał pierwszy? Nie prуbował się przedostać tymi drzwiami?
— A wie pani, że nie… — Zbyszek zatrzymał się nagle i przez chwilę intensywnie myślał. — Zaraz, niech sobie przypomnę. Nie, Witek prosto zza biurka wyskoczył do przedpokoju, a ja się zatrzymałem właśnie, prуbując drzwi.
— Bardzo ciekawe — powiedziałam i popatrzyliśmy na siebie bez słowa. Zbyszek pokręcił głową.
— Może go wyniosło siłą rozpędu? Ja miałem bliżej… — I nagle dodał innym tonem: — Pani Joanno, wie pani co? Z całego serca pani radzę, niech pani to zostawi. To jest nieprzyjemna sprawa, niech się milicja sama w tym grzebie. Nie ma pani nic do roboty?
— Owszem — odparłam zgryźliwie. — Planszę zbiorczą instalacji, do ktуrej Tadeusz miał mi dać dane. Jest pan w stanie wyegzekwować to od nieboszczyka?
— Przychodzi nowy pracownik, ktуry po nim przejmie robotę — westchnął Zbyszek zgnębiony. — Ta cała historia narobiła nam więcej szkody niż ktokolwiek przypuszcza. Witek jest niepoprawnym optymistą. Zobaczy pani.
***
— Prokurator się o ciebie pytał — powiedział Janusz złośliwie, kiedy wrуciłam do pokoju. — Wpadłaś mu w oko. Kazał się zawiadomić, jak tylko wrуcisz.
— No to leć, zawiadamiaj go. Jak stoicie z plastykiem?
„O prokuratora niech się diabeł stara” — pomyślałam rуwnocześnie z satysfakcją, że czynniki nadprzyrodzone za mnie pracują i sama nie muszę.
— Z plastykiem leżymy. Leszek wyginał na gorąco i zobacz, co mu wyszło.
Leszek melancholijnie zademonstrował mi przedziwny kształt, cudacznie powyginany, do niczego niepodobny, zupełnie pozbawiony określonego fasonu.
— Przepięknie — pochwaliłam. — Akurat pasuje do pańskiego obrazu.
— Pani Joanno, ja pani radzę, niech się pani zajmie tym prokuratorem, bo inaczej Monika go pani poderwie — powiedział Witold ostrzegawczo. — Już na niego zagięła parol i tylko błyska oczami.
— Niech sobie błyska, on jest do niej nieprzychylnie usposobiony, bo łgała na przesłuchaniu.
— Aha, Witek tu był — przypomniał sobie nagle Janusz — i kazał, żebyś zrobiła porządek. Wszyscy mamy zrobić porządek po rewizji.
Rozejrzałam się po swoim stole i jego najbliższych okolicach i musiałam przyznać, że pobojowisko doszło do pełni rozkwitu. Mуj normalny bałagan został wydatnie zwiększony przez milicyjne poszukiwania. Z ciężkim westchnieniem wlazłam pod stуł i zaczęłam zwijać rulony kalek, układając je przy okazji tematami i wyrzucając niepotrzebne. Chcąc się pozbyć możliwie dużej ilości szpargałуw, oddałam Januszowi pożyczone przed rokiem matryce, wyrzuciłam szkice urbanistyczne Wiesia i na zakończenie wyciągnęłam jeszcze jeden, nie znany mi, rulon, ktуry poprzednio leżał na samym spodzie.
— Hej, czyje to jest? — spytałam, przeglądając arkusze. — Mam to wyrzucić? Hotel turystyczny, projekt podstawowy. Zalesię Gуrne…
— Co?! — krzyknął nagle Witold. — Co pani mуwi?!
— Podstawowy hotelu w Zalesiu Gуrnym. To pana?
— Rany boskie!!! — Witold zerwał się z krzesła, chwycił rulon, następnie rzucił rulon i chwycił się za głowę. — Jezus, Mario!!! — jęknął strasznym głosem. — Rany boskie!!!
Nic nie rozumiejąc, przyglądałam mu się z dużym zaciekawieniem. Poniechał głowy, znуw chwycił rulon i wypadł z nim z pokoju, krzycząc na zmianę „Jezus, Mario” i „rany boskie”. Odwrуciłam się za nim w osłupieniu, nie mogąc pojąć, dlaczego turystyczny hotel w Zalesiu uczynił na nim takie wrażenie.
— Ty, naprawdę to było to? — spytał Janusz z przejęciem. — Podstawowy hotelu w Zalesiu Gуrnym?
— Jak Boga kocham. A o co tu chodzi? Co mu się stało?
— To ty nic nie wiesz? To jest ten projekt Ryszarda, ktуry zginął pуł roku temu. Szukali go przez dwa tygodnie po całej pracowni i wreszcie Witold go wykreślił drugi raz za darmo, w czynie społecznym, dla świętego spokoju, bo Ryszard nawalił z terminem. Klął i projekt, i Ryszarda w żywe kamienie. A on leżał cały czas u ciebie? Niech ja skonam!…
— Pierwsze słyszę — powiedziałam z dezaprobatą. — Przecież go im nie ukradłam. Szukali, a prosili Boga, żeby nie znaleźć.
— Bo Ryszard robi takie numery — powiedział Wiesio. — Pewnie go kończył akurat na twoim stole, a potem schował i zapomniał. On jest zupełnie nieprzytomny.
— Ale dlaczego wtedy tego nie oddałaś? Wszyscy szukali!
— A skąd ja miałam wiedzieć, że on to tutaj wepchnął! I to jak ładnie schował, na sam spуd. Nawet nie wiedziałam wtedy, czego szukacie.
— I skrupiło się na niewinnym Witoldzie. No, ja się dziwię, że on ciebie od razu nie zabił!
— Nie szkodzi — pocieszył nas Leszek. — Zabije, jak wrуci.
— Jak myślicie? — zainteresował się Janusz. — Czy on teraz leci ulicą z tym rulonem w ręku i krzyczy „rany boskie”?
— Żeby tylko pod samochуd nie wpadł — powiedział Leszek z troską.
— Co za biuro — westchnął Wiesio wyraźnie rozradowany. — Nie ma dnia, żeby się coś głupiego nie przytrafiło.
— A owszem, a wczoraj padł rekord…
— Na litość boską, zrуbcie coś z tym radiem, kto z was rzepak hoduje?!
— Idź się uczesz — powiedziała Alicja, zaglądając do pokoju. — Prokurator cię dawno nie widział.
Leszek się nagle zerwał od stołu i rzucił w moim kierunku:
— Cała nasza nadzieja w pani — oświadczył rzewnie. —Jest szansa, że doprowadzi pani wymiar sprawiedliwości do takiego samego stanu jak Witolda. Niech mi pani pozwoli ucałować swoją dłoń, o lady Makbet, Balladyno, Circe…