Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Иронические детективы » Wszyscy jesteśmy podejrzani
Wszyscy jesteśmy podejrzani - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wszyscy jesteśmy podejrzani

Электронная книга - «Wszyscy jesteśmy podejrzani». Краткое содержание книги:

Wszyscy jesteśmy podejrzani
1 ... 30 31 32 33 34 35 36 37 38 ... 58
Перейти на страницу:

Zbyszek poniechał udawania, że ogląda papiery. Wstał od stołu i wyjrzał przez okno, ktуre wycho­dziło na zamknięte podwуrze i za ktуrym na pewno nie było nic ciekawego.

— No to pani powiem. Tadeusz wykrył, że byłem z Anką u lekarza zaraz po jej ślubie. Miała pewne podejrzenia, na ktуre w tym związku akurat nie było miejsca. I tym mnie szantażował tak długo, aż się okazało, że te podejrzenia były całkowicie bezpod­stawne, Bogu dzięki. Sama pani rozumie, że teraz możemy się wszystkiego wyprzeć, Tadeusz nie miał żadnego dowodu… — odwrуcił się nagle i spojrzał na mnie, tknięty nową myślą. — Gdybym miał ko­gokolwiek zabijać, to tylko panią, nikt o mnie tyle nie wie…

Nie przejęłam się tą możliwością, nad czym in­nym myślałam intensywnie.

— Krуtko mуwiąc, jak dla pana, to on został sprzątnięty za pуźno?

— Właśnie.

— No tak. Do bani taki dowуd. Po pierwsze, nie powie pan tego nawet w cieniu szubienicy, a po drugie, to jest właśnie to, co trzeba ukryć. Że też mi pan tego od razu nie powiedział, sama bym z nią poszła i potem mogłybyśmy przysięgać, że to ona poszła ze mną. Mnie moja opinia jest doskonale obojętna. Boże drogi, co ja z panem mam!

— No widzi pani, ja mam pecha. Jeden błąd ży­ciowy i takie skutki…

—Jaki tam błąd! Jeden rozsądny uczynek. To te­raz niech mi pan powie, jak to było z tymi drzwia­mi?

Zbyszek wrуcił na swoje miejsce i siadając spoj­rzał na mnie ze zdziwieniem.

— Z jakimi drzwiami?

— A z tymi, o — pokazałam palcem drzwi do sali konferencyjnej. — Jeszcze pana milicja nie pytała? Dlaczego nie przeszliście tędy, jak się zaczęło to przedstawienie, tylko lecieliście przez dwa przedpo­koje?

— Nie wiem — odparł Zbyszek nadal zdziwiony, wyraźnie usiłując się skupić. — A nie, wiem! Po prostu były zamknięte.

— Skąd pan wie?!

— Prуbowałem. Wyskoczyłem zza stołu i odru­chowo chwyciłem za klamkę. Nawet się nie zasta­nawiałem, dlaczego są zamknięte, dopiero teraz pa­ni mi to uprzytomniła. Zaraz potem wybiegłem za Witkiem na korytarz.

— Witek wyleciał pierwszy? Nie prуbował się przedostać tymi drzwiami?

— A wie pani, że nie… — Zbyszek zatrzymał się nagle i przez chwilę intensywnie myślał. — Zaraz, niech sobie przypomnę. Nie, Witek prosto zza biur­ka wyskoczył do przedpokoju, a ja się zatrzymałem właśnie, prуbując drzwi.

— Bardzo ciekawe — powiedziałam i popatrzyliś­my na siebie bez słowa. Zbyszek pokręcił głową.

— Może go wyniosło siłą rozpędu? Ja miałem bli­żej… — I nagle dodał innym tonem: — Pani Joanno, wie pani co? Z całego serca pani radzę, niech pani to zostawi. To jest nieprzyjemna sprawa, niech się mi­licja sama w tym grzebie. Nie ma pani nic do roboty?

— Owszem — odparłam zgryźliwie. — Planszę zbiorczą instalacji, do ktуrej Tadeusz miał mi dać dane. Jest pan w stanie wyegzekwować to od nie­boszczyka?

—                Przychodzi nowy pracownik, ktуry po nim przejmie robotę — westchnął Zbyszek zgnębiony. — Ta cała historia narobiła nam więcej szkody niż ktokolwiek przypuszcza. Witek jest niepoprawnym optymistą. Zobaczy pani.

***

— Prokurator się o ciebie pytał — powiedział Ja­nusz złośliwie, kiedy wrуciłam do pokoju. — Wpad­łaś mu w oko. Kazał się zawiadomić, jak tylko wrу­cisz.

— No to leć, zawiadamiaj go. Jak stoicie z plasty­kiem?

„O prokuratora niech się diabeł stara” — pomyś­lałam rуwnocześnie z satysfakcją, że czynniki nad­przyrodzone za mnie pracują i sama nie muszę.

— Z plastykiem leżymy. Leszek wyginał na gorą­co i zobacz, co mu wyszło.

Leszek melancholijnie zademonstrował mi przedziw­ny kształt, cudacznie powyginany, do niczego niepo­dobny, zupełnie pozbawiony określonego fasonu.

— Przepięknie — pochwaliłam. — Akurat pasuje do pańskiego obrazu.

— Pani Joanno, ja pani radzę, niech się pani zaj­mie tym prokuratorem, bo inaczej Monika go pani poderwie — powiedział Witold ostrzegawczo. — Już na niego zagięła parol i tylko błyska oczami.

— Niech sobie błyska, on jest do niej nieprzychyl­nie usposobiony, bo łgała na przesłuchaniu.

— Aha, Witek tu był — przypomniał sobie nagle Janusz — i kazał, żebyś zrobiła porządek. Wszyscy mamy zrobić porządek po rewizji.

Rozejrzałam się po swoim stole i jego najbliż­szych okolicach i musiałam przyznać, że pobojowis­ko doszło do pełni rozkwitu. Mуj normalny bałagan został wydatnie zwiększony przez milicyjne poszu­kiwania. Z ciężkim westchnieniem wlazłam pod stуł i zaczęłam zwijać rulony kalek, układając je przy okazji tematami i wyrzucając niepotrzebne. Chcąc się pozbyć możliwie dużej ilości szpargałуw, odda­łam Januszowi pożyczone przed rokiem matryce, wyrzuciłam szkice urbanistyczne Wiesia i na zakoń­czenie wyciągnęłam jeszcze jeden, nie znany mi, ru­lon, ktуry poprzednio leżał na samym spodzie.

— Hej, czyje to jest? — spytałam, przeglądając arkusze. — Mam to wyrzucić? Hotel turystyczny, projekt podstawowy. Zalesię Gуrne…

— Co?! — krzyknął nagle Witold. — Co pani mуwi?!

— Podstawowy hotelu w Zalesiu Gуrnym. To pana?

— Rany boskie!!! — Witold zerwał się z krzesła, chwycił rulon, następnie rzucił rulon i chwycił się za głowę. — Jezus, Mario!!! — jęknął strasznym głosem. — Rany boskie!!!

Nic nie rozumiejąc, przyglądałam mu się z dużym zaciekawieniem. Poniechał głowy, znуw chwycił ru­lon i wypadł z nim z pokoju, krzycząc na zmianę „Jezus, Mario” i „rany boskie”. Odwrуciłam się za nim w osłupieniu, nie mogąc pojąć, dlaczego turys­tyczny hotel w Zalesiu uczynił na nim takie wraże­nie.

— Ty, naprawdę to było to? — spytał Janusz z przejęciem. — Podstawowy hotelu w Zalesiu Gуr­nym?

— Jak Boga kocham. A o co tu chodzi? Co mu się stało?

— To ty nic nie wiesz? To jest ten projekt Ryszar­da, ktуry zginął pуł roku temu. Szukali go przez dwa tygodnie po całej pracowni i wreszcie Witold go wykreślił drugi raz za darmo, w czynie społecznym, dla świętego spokoju, bo Ryszard nawalił z termi­nem. Klął i projekt, i Ryszarda w żywe kamienie. A on leżał cały czas u ciebie? Niech ja skonam!…

— Pierwsze słyszę — powiedziałam z dezaproba­tą. — Przecież go im nie ukradłam. Szukali, a prosili Boga, żeby nie znaleźć.

— Bo Ryszard robi takie numery — powiedział Wiesio. — Pewnie go kończył akurat na twoim sto­le, a potem schował i zapomniał. On jest zupełnie nieprzytomny.

— Ale dlaczego wtedy tego nie oddałaś? Wszyscy szukali!

— A skąd ja miałam wiedzieć, że on to tutaj wep­chnął! I to jak ładnie schował, na sam spуd. Nawet nie wiedziałam wtedy, czego szukacie.

— I skrupiło się na niewinnym Witoldzie. No, ja się dziwię, że on ciebie od razu nie zabił!

— Nie szkodzi — pocieszył nas Leszek. — Zabije, jak wrуci.

— Jak myślicie? — zainteresował się Janusz. — Czy on teraz leci ulicą z tym rulonem w ręku i krzyczy „rany boskie”?

— Żeby tylko pod samochуd nie wpadł — powie­dział Leszek z troską.

— Co za biuro — westchnął Wiesio wyraźnie roz­radowany. — Nie ma dnia, żeby się coś głupiego nie przytrafiło.

— A owszem, a wczoraj padł rekord…

— Na litość boską, zrуbcie coś z tym radiem, kto z was rzepak hoduje?!

— Idź się uczesz — powiedziała Alicja, zaglądając do pokoju. — Prokurator cię dawno nie widział.

Leszek się nagle zerwał od stołu i rzucił w moim kierunku:

— Cała nasza nadzieja w pani — oświadczył rzew­nie. —Jest szansa, że doprowadzi pani wymiar spra­wiedliwości do takiego samego stanu jak Witolda. Niech mi pani pozwoli ucałować swoją dłoń, o lady Makbet, Balladyno, Circe…

1 ... 30 31 32 33 34 35 36 37 38 ... 58
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)