Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Иронические детективы » Wszyscy jesteśmy podejrzani
Wszyscy jesteśmy podejrzani - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wszyscy jesteśmy podejrzani

Электронная книга - «Wszyscy jesteśmy podejrzani». Краткое содержание книги:

Wszyscy jesteśmy podejrzani
1 ... 26 27 28 29 30 31 32 33 34 ... 58
Перейти на страницу:

Kapitan się wyraźnie zainteresował nie znanymi mu widać metodami pracy w biurze projektуw.

— Co to znaczy? — spytał z zaciekawieniem. — Państwo tak muszą?

— Panie Witoldzie, to pan go tak skołował, niech go pan teraz otrzeźwi! Janusz, oprzytomniej!

— Zaraz pęknie — odparł Witold, nie odrywając zafascynowanego wzroku od kawałka plastyku. Ka­pitan stał w milczeniu, patrząc na Janusza z rosną­cym zainteresowaniem.

Na trzydziestu dwуch pękło.

— Trzydzieści dwa! — oznajmił Janusz triumfu­jąco. — Da się wygiąć trzydzieści jeden razy! O co chodzi? — odwrуcił się do nas, dumnie machnął nadpękniętym plastykiem i dopiero teraz zauważył kapitana. — A co, pan do mnie?

— Pan pozwoli do nas na chwilę, mamy kilka pytań…

Witoldowi w czasie szarpania opornego tworzywa sztucznego wystygła herbata, więc zaczął teraz jeść śniadanie. Przyglądałam mu się w zamyśleniu, usi­łując odgadnąć, w jakim stadium śledztwa jest już milicja. Na kartce spisałam sobie w porządku chro­nologicznym znane mi godziny poczynań wspуłpra­cownikуw, przygotowując grunt do rozważań z Alic­ją. Potem znуw przyjrzałam się Witoldowi, ktуry, pogrążony w nie mniejszym niż ja zamyśleniu, jadł pomidora. W drugiej ręce trzymał solniczkę.

Sądząc z jego wyrazu twarzy pomidor mu bardzo nie smakował. Zjadł połowę, drugą obejrzał z wyraźnym obrzydzeniem, zawahał się, wreszcie wrzucił ją do kosza na śmieci i zajrzawszy za nią, starannie posolił.

— Panie Witoldzie, co pan robi? — spytałam z ła­godnym zainteresowaniem, bo te zabiegi kulinarne wydały mi się nieco dziwne. Witold spojrzał na mnie, znуw zajrzał do kosza i nagle zaczął się prze­raźliwie śmiać.

Leszek, stojąc przy swojej desce, rysował tuszem na kalce następny obraz. Zastopował na chwilę twуr­czość, przyjrzał się Witoldowi i wrуcił do obrazu.

— Tu jest skażona atmosfera — oznajmił proro­czym tonem, czyniąc zamaszysty gest patykiem uma­czanym w tuszu. — Nikt się nie uchowa. Ostatni normalny zwariował!

— Ten pomidor mi okropnie nie smakował i nie wiedziałem dlaczego — wyjaśnił Witold, nie przes­tając się śmiać. — A ja go zapomniałem posolić! Nie znoszę niesionych pomidorуw.

— To dlatego dosolił go pan w koszu? Już i pan w piętkę goni… — westchnęłam smutnie.

— A właśnie, bo wie pani, tak się zamyśliłem… Zastanawia mnie jedna rzecz. Jak to mogło być, że oni tam w gabinecie nic nie usłyszeli? l w ogуle coś z tym gabinetem mnie męczy…

— Podobno Zbyszek coś słyszał — przerwał Wiesio. — Mуwi, że słyszał dwa męskie głosy, ale nie zwrуcił na to uwagi i zaraz potem wyszedł z pokoju.

— A Witka przy tym nie było?

— Był, ale krуtko, też wyszedł, jeszcze przed Zbysz­kiem. Nic nie mуwi, że słyszał… To znaczy, mуwi, że nic nie słyszał.

— A Zbyszek tych głosуw nie rozrуżnił?

— Nie, mуwi tylko, że wydawały mu się męskie.

— No właśnie — powiedział Witold. — Ale po­tem… Jak to było? Mуwiła pani, że Zbyszek napadł na panią, jak tylko zobaczył Stolarka, i że tam była cała pracownia. To ktуrędy oni weszli? Od korytarza?

— Od korytarza.

—                A dlaczego nie wprost z gabinetu?

Wszyscy troje patrzyliśmy nieinteligentnie na Wi­tolda, zaskoczeni jego prostym pytaniem.

— Rzeczywiście — powiedział Wiesio. — Dlacze­go nie wprost z gabinetu?

— Rzeczywiście — powtуrzyłam. — Przecież to jest najprostsza droga, a drzwi są otwarte.

— A były otwarte?

— Nie mam pojęcia. Wy nie wiecie? Okazało się, że nikt nie zwrуcił uwagi na drzwi pomiędzy gabinetem a salą konferencyjną. Zazwy­czaj stały otworem i nawet nie wiedziałam, gdzie jest od nich klucz. Łączyły ze sobą te dwa pomiesz­czenia i przez nie prowadziła najkrуtsza droga do miejsca zbrodni. Dlaczego Witek ze Zbyszkiem nie skorzystali z niej, tylko oblecieli całe biuro dookoła?

— No proszę, nowy ślad — ucieszył się Wiesio. — Ciekawe, czy milicja już to sprawdziła.

— Ja tego nie rozumiem, ale może po prostu zgłu­pieli? — powiedział z powątpiewaniem Witold.

— Jak wylatywali z gabinetu, to jeszcze nie wie­dzieli, co się stało, nie mieli od czego zgłupieć.

— Nad czym wy się zastanawiacie — powiedział z dezaprobatą Leszek znad swojego obrazu. — Prze­cież to proste. Morderca zamknął, żeby mu nikt nie przeszkadzał.

— Wiesiu — spytałam — czy w czasie twojej ka­riery w tym biurze te drzwi bywały zamykane? Pra­cujesz tu najdłużej z nas wszystkich.

Wiesio zamyślił się i po chwili potrząsnął głową.

— Nie przypominam sobie. Nawet nie wiem, gdzie jest klucz. Klucz!!… A może to ten?!

Natychmiast przypomnieliśmy sobie klucz, ktуry wyleciał z naszego wazonu.

—                Jaki ten? — zaciekawił się Witold.

Czym prędzej opisaliśmy mu scenę, będącą tak znakomitym ukoronowaniem rewizji.

— No właśnie, a ja już od rana chciałem się spytać, co tu tak cholernie śmierdzi? Może i rzeczywiście ten?

— Trzeba tym Holmesom zwrуcić na to uwagę, niech się pomęczą…

Janusz wrуcił z przesłuchania wyraźnie spłoszo­ny. Zapalił papierosa i popatrzył na nas ze stropio­nym wyrazem twarzy.

— Ale miałaś pomysł z tym Tadeuszem, ho, ho! Ekstraklasa! Ja w tych warunkach nie mogę pracować. Po tym całym badaniu to ja już nie wiem, czy to Tadeusz wykitował, czy Witek, czy jeszcze kto inny i czy to przypadkiem nie ja go zabiłem. Jak Boga kocham, skołowali mnie do reszty! Bez jednego głęb­szego tu się nie obejdzie, Leszek, idziesz?

Na tę nieoczekiwaną propozycję Leszek okazał żywą radość, czym prędzej porzucając twуrczość. Rozgoryczony Janusz odmуwił bliższych wyjaśnień i zanim się zdążyliśmy obejrzeć, już ich nie było. Z jego wypowiedzi zrozumiałam tylko to, że ziarno rzucone przez Marka padło na żyzną glebę i władze śledcze rzeczywiście biorą pod uwagę możliwość pomyłki co do osoby ofiary. Od tej możliwości zro­bił mi się taki melanż w głowie, że dalszą zwłokę uznałam za niedopuszczalną. Zabrałam swoje śled­cze zapiski i Alicję i poszłyśmy na kawę.

— Głupiaś — powiedziała stanowczo Alicja, kie­dy, zaczynając od końca, sprecyzowałam jej ostatni pomysł przedstawicieli praworządności. — Milicja sobie może tak myśleć, ale nie my. Kompletny non­sens! Wierzysz w to, że ktokolwiek z nas nie od­rуżnił Witka od Tadeusza?

— Byli prawie tego samego wzrostu — odparłam z wahaniem. — Czy ja wiem, może z tyłu…?

— Z żadnej strony. Witek jest blondyn, a Tadeusz czarny, nawet łysieli rуżnie, Tadeusz od tyłu, a Wi­tek od przodu. Morderca musiałby być zupełnie pi­jany, a jestem pewna, że wczoraj nie było w pra­cowni nikogo do tego stopnia pijanego.

Po namyśle zgodziłam się z nią.

— No dobrze, wobec tego teraz myślmy rozsąd­nie…

— Potrafimy? — spytała Alicja z powątpiewa­niem.

— Będziemy się starać. Zacznijmy od początku. Dlaczego Tadeusz wyszedł przed śmiercią z pokoju i poszedł do sali konferencyjnej?

— Bo po śmierci już by mu się to nie udało…

— Ja do ciebie mуwię poważnie!

— Widocznie chciał zginąć w spokoju, a nie w tym hałasie, ktуry oni tam robią. A teraz to ci się przyznam, że już mi się wszystko pomyliło i nie wiem, co wymyśliłaś, a co było naprawdę. Zdaje się, że mуwiłaś coś o jakimś telefonie?

— Jakbyś zgadła! Telefon też był, niech go jasny piorun trafi! I Tadeusz sam go odebrał, wszystko dokładnie tak, jak uprzednio postanowiłam. W tym czasie w pokoju siedzieli Andrzej i Danka, więc siłą rzeczy żadne z nich nie mogło dzwonić.

1 ... 26 27 28 29 30 31 32 33 34 ... 58
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)