Wszyscy jesteśmy podejrzani
- Автор: Хмелевская Иоанна
- Язык: польский
- Год: Kobra Media
- ISBN: 9788388791949
- Жанр: Иронические детективы
Электронная книга - «Wszyscy jesteśmy podejrzani». Краткое содержание книги:
Kapitan się wyraźnie zainteresował nie znanymi mu widać metodami pracy w biurze projektуw.
— Co to znaczy? — spytał z zaciekawieniem. — Państwo tak muszą?
— Panie Witoldzie, to pan go tak skołował, niech go pan teraz otrzeźwi! Janusz, oprzytomniej!
— Zaraz pęknie — odparł Witold, nie odrywając zafascynowanego wzroku od kawałka plastyku. Kapitan stał w milczeniu, patrząc na Janusza z rosnącym zainteresowaniem.
Na trzydziestu dwуch pękło.
— Trzydzieści dwa! — oznajmił Janusz triumfująco. — Da się wygiąć trzydzieści jeden razy! O co chodzi? — odwrуcił się do nas, dumnie machnął nadpękniętym plastykiem i dopiero teraz zauważył kapitana. — A co, pan do mnie?
— Pan pozwoli do nas na chwilę, mamy kilka pytań…
Witoldowi w czasie szarpania opornego tworzywa sztucznego wystygła herbata, więc zaczął teraz jeść śniadanie. Przyglądałam mu się w zamyśleniu, usiłując odgadnąć, w jakim stadium śledztwa jest już milicja. Na kartce spisałam sobie w porządku chronologicznym znane mi godziny poczynań wspуłpracownikуw, przygotowując grunt do rozważań z Alicją. Potem znуw przyjrzałam się Witoldowi, ktуry, pogrążony w nie mniejszym niż ja zamyśleniu, jadł pomidora. W drugiej ręce trzymał solniczkę.
Sądząc z jego wyrazu twarzy pomidor mu bardzo nie smakował. Zjadł połowę, drugą obejrzał z wyraźnym obrzydzeniem, zawahał się, wreszcie wrzucił ją do kosza na śmieci i zajrzawszy za nią, starannie posolił.
— Panie Witoldzie, co pan robi? — spytałam z łagodnym zainteresowaniem, bo te zabiegi kulinarne wydały mi się nieco dziwne. Witold spojrzał na mnie, znуw zajrzał do kosza i nagle zaczął się przeraźliwie śmiać.
Leszek, stojąc przy swojej desce, rysował tuszem na kalce następny obraz. Zastopował na chwilę twуrczość, przyjrzał się Witoldowi i wrуcił do obrazu.
— Tu jest skażona atmosfera — oznajmił proroczym tonem, czyniąc zamaszysty gest patykiem umaczanym w tuszu. — Nikt się nie uchowa. Ostatni normalny zwariował!
— Ten pomidor mi okropnie nie smakował i nie wiedziałem dlaczego — wyjaśnił Witold, nie przestając się śmiać. — A ja go zapomniałem posolić! Nie znoszę niesionych pomidorуw.
— To dlatego dosolił go pan w koszu? Już i pan w piętkę goni… — westchnęłam smutnie.
— A właśnie, bo wie pani, tak się zamyśliłem… Zastanawia mnie jedna rzecz. Jak to mogło być, że oni tam w gabinecie nic nie usłyszeli? l w ogуle coś z tym gabinetem mnie męczy…
— Podobno Zbyszek coś słyszał — przerwał Wiesio. — Mуwi, że słyszał dwa męskie głosy, ale nie zwrуcił na to uwagi i zaraz potem wyszedł z pokoju.
— A Witka przy tym nie było?
— Był, ale krуtko, też wyszedł, jeszcze przed Zbyszkiem. Nic nie mуwi, że słyszał… To znaczy, mуwi, że nic nie słyszał.
— A Zbyszek tych głosуw nie rozrуżnił?
— Nie, mуwi tylko, że wydawały mu się męskie.
— No właśnie — powiedział Witold. — Ale potem… Jak to było? Mуwiła pani, że Zbyszek napadł na panią, jak tylko zobaczył Stolarka, i że tam była cała pracownia. To ktуrędy oni weszli? Od korytarza?
— Od korytarza.
— A dlaczego nie wprost z gabinetu?
Wszyscy troje patrzyliśmy nieinteligentnie na Witolda, zaskoczeni jego prostym pytaniem.
— Rzeczywiście — powiedział Wiesio. — Dlaczego nie wprost z gabinetu?
— Rzeczywiście — powtуrzyłam. — Przecież to jest najprostsza droga, a drzwi są otwarte.
— A były otwarte?
— Nie mam pojęcia. Wy nie wiecie? Okazało się, że nikt nie zwrуcił uwagi na drzwi pomiędzy gabinetem a salą konferencyjną. Zazwyczaj stały otworem i nawet nie wiedziałam, gdzie jest od nich klucz. Łączyły ze sobą te dwa pomieszczenia i przez nie prowadziła najkrуtsza droga do miejsca zbrodni. Dlaczego Witek ze Zbyszkiem nie skorzystali z niej, tylko oblecieli całe biuro dookoła?
— No proszę, nowy ślad — ucieszył się Wiesio. — Ciekawe, czy milicja już to sprawdziła.
— Ja tego nie rozumiem, ale może po prostu zgłupieli? — powiedział z powątpiewaniem Witold.
— Jak wylatywali z gabinetu, to jeszcze nie wiedzieli, co się stało, nie mieli od czego zgłupieć.
— Nad czym wy się zastanawiacie — powiedział z dezaprobatą Leszek znad swojego obrazu. — Przecież to proste. Morderca zamknął, żeby mu nikt nie przeszkadzał.
— Wiesiu — spytałam — czy w czasie twojej kariery w tym biurze te drzwi bywały zamykane? Pracujesz tu najdłużej z nas wszystkich.
Wiesio zamyślił się i po chwili potrząsnął głową.
— Nie przypominam sobie. Nawet nie wiem, gdzie jest klucz. Klucz!!… A może to ten?!
Natychmiast przypomnieliśmy sobie klucz, ktуry wyleciał z naszego wazonu.
— Jaki ten? — zaciekawił się Witold.
Czym prędzej opisaliśmy mu scenę, będącą tak znakomitym ukoronowaniem rewizji.
— No właśnie, a ja już od rana chciałem się spytać, co tu tak cholernie śmierdzi? Może i rzeczywiście ten?
— Trzeba tym Holmesom zwrуcić na to uwagę, niech się pomęczą…
Janusz wrуcił z przesłuchania wyraźnie spłoszony. Zapalił papierosa i popatrzył na nas ze stropionym wyrazem twarzy.
— Ale miałaś pomysł z tym Tadeuszem, ho, ho! Ekstraklasa! Ja w tych warunkach nie mogę pracować. Po tym całym badaniu to ja już nie wiem, czy to Tadeusz wykitował, czy Witek, czy jeszcze kto inny i czy to przypadkiem nie ja go zabiłem. Jak Boga kocham, skołowali mnie do reszty! Bez jednego głębszego tu się nie obejdzie, Leszek, idziesz?
Na tę nieoczekiwaną propozycję Leszek okazał żywą radość, czym prędzej porzucając twуrczość. Rozgoryczony Janusz odmуwił bliższych wyjaśnień i zanim się zdążyliśmy obejrzeć, już ich nie było. Z jego wypowiedzi zrozumiałam tylko to, że ziarno rzucone przez Marka padło na żyzną glebę i władze śledcze rzeczywiście biorą pod uwagę możliwość pomyłki co do osoby ofiary. Od tej możliwości zrobił mi się taki melanż w głowie, że dalszą zwłokę uznałam za niedopuszczalną. Zabrałam swoje śledcze zapiski i Alicję i poszłyśmy na kawę.
— Głupiaś — powiedziała stanowczo Alicja, kiedy, zaczynając od końca, sprecyzowałam jej ostatni pomysł przedstawicieli praworządności. — Milicja sobie może tak myśleć, ale nie my. Kompletny nonsens! Wierzysz w to, że ktokolwiek z nas nie odrуżnił Witka od Tadeusza?
— Byli prawie tego samego wzrostu — odparłam z wahaniem. — Czy ja wiem, może z tyłu…?
— Z żadnej strony. Witek jest blondyn, a Tadeusz czarny, nawet łysieli rуżnie, Tadeusz od tyłu, a Witek od przodu. Morderca musiałby być zupełnie pijany, a jestem pewna, że wczoraj nie było w pracowni nikogo do tego stopnia pijanego.
Po namyśle zgodziłam się z nią.
— No dobrze, wobec tego teraz myślmy rozsądnie…
— Potrafimy? — spytała Alicja z powątpiewaniem.
— Będziemy się starać. Zacznijmy od początku. Dlaczego Tadeusz wyszedł przed śmiercią z pokoju i poszedł do sali konferencyjnej?
— Bo po śmierci już by mu się to nie udało…
— Ja do ciebie mуwię poważnie!
— Widocznie chciał zginąć w spokoju, a nie w tym hałasie, ktуry oni tam robią. A teraz to ci się przyznam, że już mi się wszystko pomyliło i nie wiem, co wymyśliłaś, a co było naprawdę. Zdaje się, że mуwiłaś coś o jakimś telefonie?
— Jakbyś zgadła! Telefon też był, niech go jasny piorun trafi! I Tadeusz sam go odebrał, wszystko dokładnie tak, jak uprzednio postanowiłam. W tym czasie w pokoju siedzieli Andrzej i Danka, więc siłą rzeczy żadne z nich nie mogło dzwonić.