Wszyscy jesteśmy podejrzani
- Автор: Хмелевская Иоанна
- Язык: польский
- Год: Kobra Media
- ISBN: 9788388791949
- Жанр: Иронические детективы
Электронная книга - «Wszyscy jesteśmy podejrzani». Краткое содержание книги:
— Coś podobnego! — mуwił, kiedy już zaludniliśmy nasz pokуj. — Żeby nie to, że nie posądzam pani Glebowej o upodobanie do takich dowcipуw, tobym nie uwierzył. W głowie się nie mieści! I to rzeczywiście ktoś z was?
— Przecież pan zna Matyldę! Przysięgła, że nikogo obcego nie było.
— Może wyszła na chwilę?
— To już milicja dokładnie zbadała. Siedziała jak kamień bez przerwy i tylko raz weszła do gabinetu, nie zamykając za sobą drzwi. Wtedy właśnie prysnął Jarek, ktуry cały czas na to czatował, ale zrobił to jeszcze za życia. To znaczy za żyda Tadeusza. Jak wracał, to już go wszyscy zauważyli.
— No, no. I nic nie wiadomo? Kogo oni podejrzewają?
— Wszystkich. My siebie nawzajem też. Diabli wiedzą…
Mimo woli rzuciłam niespokojnie okiem na kąt za stołem Witolda, ale diabła nie było. Witold siedział na swoim miejscu, oszołomiony, kiwając głową.
— No popatrzcie, a ja przyniosłem plastyk na abażury. Kto by to mуgł przypuszczać, że tu się dzieje coś takiego.
— Pokaż plastyk! Gdzie masz?
— A tu. Kawałek, ale mam i taki duży, w arkuszach…
Plastyk Witolda wzbudził szalone zainteresowanie. Kilka dni wcześniej, tuż przed jego okolicznościowym urlopem, opętał nas szał produkowania lamp stojących. Wynajdywaliśmy przedziwne możliwości używania najrozmaitszych materiałуw niezgodnie z ich przeznaczeniem. Witold przyniуsł wуwczas papier, powyginany w bardzo skomplikowany sposуb, pozwalający na uzyskanie ciekawych efektуw świetlnych, i teraz mieliśmy zamiar w taki sam sposуb powyginać twardy, sztywny plastyk. Wczorajsza tragedia była już odległa o całą noc, wracaliśmy do normalnego nastroju i tylko Witold czuł się jeszcze nieco nieswojo, ale on z kolei nie uczestniczył w sensacyjnych wydarzeniach, mało znał nieboszczyka, więc też szybko przyszedł do siebie. Jedyne, co nam od wczoraj pozostało, to dziwna niechęć do pracy. Znacznie łatwiej było zająć się tworzeniem dziwolągуw z plastyku.
Obydwaj z Januszem ucięli kawałek! zaczęli wyginać, co nie okazało się takie proste, jak początkowo przypuszczali. Obserwując z zainteresowaniem ich wysiłki, rzucaliśmy rуżne odkrywcze propozycje.
— Może nadciąć żyletką? — powiedział Wiesio. — Tak lekko, po wierzchu.
— Nic z tego — odparł Janusz. — Pęka, już prуbowałem.
— Przy przykładnicy! Podłуż!…
— Nie, czekaj, przykładnica za gruba. Musi być coś, co ma kant. O, skalуwka! Trzymaj!..,
— Ale tu ci zjeżdża, trzeba trzymać z drugiej strony!
— Ja przytrzymam ten plastyk, a ty wyginaj!
— Wiesiek, skalуwka się obsuwa, trzymaj, do cholery!
— Czym? Nogą?
Po chwili już byli zatrudnieni przy tym wszyscy czterej. Zostawiłam ich, stłoczonych w dziwnych pozycjach przy stole Janusza, i udałam się do Alicji. Ustaliłyśmy plan działania.
Postanowiłyśmy wprowadzić w czyn genialną myśl prokuratora, sporządzając rуwnież harmonogram nieobecności, co nam powinno przyjść tym łatwiej, że z harmonogramami byłyśmy obeznane. Podzieliłyśmy pracownię na rejony i każda z nas miała spisać szczegуłowo poczynania przydzielonej części. Następnie zdecydowałyśmy się odbyć konferencję i przeprowadzić naukowe rozważania o dwunastej na kawie w macierzystym lokalu, na parterze naszego budynku.
Od razu zabrałam się do dzieła, maglując wspуłpracownikуw, do ktуrych podeszłam dyplomatycznie. Każdy znacznie chętniej mуwił o innych niż o sobie. Na tej zasadzie uzyskiwałam stopniowo wszystkie niezbędne mi wiadomości.
Po dziesiątej przybyły władze śledcze, ktуre uznały, że będzie im wygodniej prowadzić przesłuchania na miejscu, ze wszystkimi podejrzanymi pod ręką, i zajęły salę konferencyjną. W pozostałych pomieszczeniach powinna była wrzeć praca, ale zamiast pracy od chwili przybycia milicji zaczęły wrzeć gorące kłуtnie, dyskusje i awantury. Im dłużej i wnikliwiej oficjalne czynniki pytały, tym więcej osуb wymyślało sobie nawzajem.
Milicja działała na tej samej zasadzie co ja, tyle że bardziej bezwzględnie. Dysponując wiadomościami bezpośrednio od nieboszczyka, nie ukrywała przed badanymi swoich informacji. Ponieważ jednak nie ujawniała rуwnocześnie źrуdła, każdy ze zdekonspirowanych dochodził do wniosku, że wsypali go ukochani koledzy, i w zdenerwowaniu przez zemstę wsypywał kolegуw, a następnie leciał robić piekło właściwej osobie. Od wczoraj władze śledcze zdążyły wszystkie swoje wiadomości przetrawić, usystematyzować, wyciągnąć wnioski i teraz bezbłędnie trafiały w sam środek tarczy, wydobywając na światło dzienne nasze najgorsze instynkta. W rezultacie sama śmierć Tadeusza niemal poszła w zapomnienie, a wysunęły się na plan pierwszy jej nieoczekiwane i niemiłe konsekwencje.
W naszym pokoju był jeszcze spokуj. Janusz wygiął wreszcie mały kawałek plastyku i otarłszy pot z czoła, patrzył na swoje dzieło z ponurym podziwem.
— To jest galernicza robota — oświadczył. — Taki mały kawałek, to jeszcze, jeszcze, ale jak przyjdzie wyginać cały arkusz? Co by tu wymyślić?
— A jak się nadcina, to pęka — powiedział Witold zmartwionym głosem.
— Czekaj, a ciekawe, czyby pękło bez nadcinania. Ile to razy można tak łamać?… Daj ten biały!
Usiadł wygodnie i zaczął giąć, licząc na głos każde wygięcie.
— Trzy — powiedział, postękując z wysiłku. — Cztery, pięć…
— Nie, nie mogę — mruknął nagle Wiesio, podnosząc się z miejsca. Podszedł do radia, ktуre przez cały czas wydawało z siebie przeciągłe, ponure wycie, będące zasadniczą treścią audycji „Pieśni ludowe rуżnych narodуw”. Tamci dwaj, zajęci plastykiem, nie zwracali jakoś na to uwagi. Wiesio przestawił na średnią Warszawę.
— No, nareszcie — powiedział z satysfakcją Leszek, siedzący bezczynnie przy stole. — Wiedziałem, że ktoś wreszcie tego nie wytrzyma.
— To dlaczego pan sam nie zmienił? — spytałam z irytacją, bo grobowe wycie i mnie rуwnież wyprowadziło z rуwnowagi.
— Chciałem zbadać wrażliwość waszych doznań akustycznych.
— Dziewięć, dziesięć, jedenaście — liczył Janusz już z nieco mniejszym wysiłkiem. — Dwanaście, trzynaście…
— Ciekawe, jaka teraz będzie piosenka tygodnia — powiedział Wiesio w zadumie, wracając na swoje miejsce. — Bo ten Łazuka na schodach to już mi nosem wyszedł.
— Polka galopka — oświadczyłam stanowczo.
— Skąd pani wie? — przeraził się Witold, odwracając się gwałtownie od mamroczącego pod nosem Janusza.
— Przeczuwam w jasnowidzeniu.
— Ach! Chwała Bogu, myślałem, że pani wie na pewno. Od polki galopki to już bym chyba zwariował.
— Dzień dobry państwu — powiedział nagle od drzwi wchodzący do nas kapitan.
— A, dzień dobry panu — odparliśmy uprzejmym chуrem we troje, Wiesio, Leszek i ja, a Janusz, zaabsorbowany swoją czynnością, wyczuł widać, że powinien jakoś zareagować na powitanie, bo podniуsł głos.
— Dziewiętnaście, dwadzieścia, dwadzieścia jeden — powiedział dobitnie.
Kapitan zatrzymał się w progu i spojrzał na niego lekko zaskoczony.
— Chciałbym z tym panem pomуwić — powiedział do mnie z odrobiną wahania. — Czy sądzi pani, że można go oderwać od pracy?
— Januszek, pan kapitan do ciebie! — wrzasnęłam.
— Dwadzieścia cztery! — odkrzyknął Janusz rуwnie gromko.