Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Иронические детективы » Wszyscy jesteśmy podejrzani
Wszyscy jesteśmy podejrzani - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wszyscy jesteśmy podejrzani

Электронная книга - «Wszyscy jesteśmy podejrzani». Краткое содержание книги:

Wszyscy jesteśmy podejrzani
1 ... 23 24 25 26 27 28 29 30 31 ... 58
Перейти на страницу:

— Nie — odparłam stanowczo. — Nie siedział. Trzeciego robiłam zestawienie ślusarki, ktуrą czwar­tego oddałam na odbitki i pamiętam doskonale, że grzebałam w szufladzie Wiesia, szukając kalendarza technicznego. Siedział wtedy tylko Ryszard.

— A siуdmego i уsmego?

— Też nie. Przez cały tydzień zostawałam sama i byłam wściekła.

— Dwunastego?

— Zaraz, co ja robiłam dwunastego?… Aha, detale stolarki. Ze stolarką byłam trochę spуźniona… Od Janusza dostałam drzwi klepkowe… Był wtedy Janusz i Witek, Wiesia nie było, on siedział dopiero potem.

— Szesnasty, siedemnasty, osiemnasty?

— Ogrodzenie. Dziewiętnastego oddałam do wyświetlarni… Tak, wtedy siedzieli wszyscy trzej. Zgasło tam światło, po ciemku robiłam kawę i wtedy właśnie Janusz nasypał sobie cukru do szklanki i powiedział:

„Świetna kawa, patrzcie, wcale cukier nie tonie”, a potem okazało się, że nasypał sobie na przykrywkę. Wiesio siedział do pуźnej nocy.

— No tak… A dziesiątego grudnia?

— Nie mam pojęcia. Pierwszą połowę grudnia mia­łam dosyć spokojną, natomiast wiem, co było między piętnastym a dwudziestym, bo robiłam dla Ryszarda rysunki robocze. Nawalił z terminem i przeklinałam go okropnie.

— No to szesnasty i siedemnasty grudnia?

— Nic z tego. Dużo ludzi było, ale z naszego po­koju tylko ja.

Zamyśliłam się na chwilę, bo zamajaczyło mi przed oczami wspomnienie z tamtego okresu. Wspomnienie tak dziwne, ponure i niemiłe, że pośpiesznie postara­łam się go pozbyć, żeby przypadkiem czegoś o nim nie powiedzieć.

— No to teraz ten rok — zażądał kapitan. — W styczniu…

— Niestety, więcej nie pamiętam. Harmonogram mi się skończył.

Złożyłam wielką płachtę i przyjrzałam się im z za­interesowaniem.

— A co? — spytałam ciekawie. — O co on tam jest podejrzany?

— Co pani sądzi o jego pożyciu małżeńskim?

— O mуj Boże, nic! Chyba się układa sympatycz­nie. Ma bardzo miłą żonę i zupełnie nie wygląda na nieszczęśliwego.

— No to na razie byłoby wszystko. Może sobie teraz zapalimy?

Przedstawiciele praworządności wyglądali na nie­co zmęczonych, ale nie zrezygnowanych. Prokura­torowi oczy płonęły jasnym blaskiem i trzeba uczci­wie przyznać, że mi się coraz bardziej podobał. Myśl o poderwaniu zaczęła mi powoli rywalizować z prag­nieniem wykrycia mordercy.

— Panowie, po co wam te szmaty, ktуre zbieracie po całej pracowni? — spytałam z zaciekawieniem.

— Dowie się pani po zakończeniu śledztwa.

— Po zakończeniu śledztwa w ogуle nie będziecie chcieli ze mną rozmawiać.

— Nie jestem pewien — mruknął kapitan, spog­lądając z ukosa na prokuratora. Natychmiast skomentowałam to spojrzenie.

— Sądząc z pańskiego rzutu oka, ten pan kon­tynuuje kontakty z byłymi podejrzanymi? — powie­działam z łagodnym zainteresowaniem.

— Nie ze wszystkimi, zapewniam panią — odparł szybko prokurator.

— O, szkoda! To nie wiem, czy mogę mieć na­dzieję…

— Może pani — powiedział kapitan stanowczo, — Ja panią zapewniam.

—    A pan? — spytałam prokuratora.

Siedział wciąż na brzegu stołu, doskonale czarny, od butуw do włosуw na głowie, i jaśniał urodą.

— Nie wiem — odparł, uśmiechając się. — Ja się w ogуle niepewnie czuję w towarzystwie kobiet.

— Jako pies w towarzystwie sadła — uzupełniłam natychmiast wzorem pana Zagłoby, wzbudzając tym wielką radość wszystkich trzech panуw.

Opuściłam ich ze znacznie zwiększonym zasobem wiadomości i potężnym zamętem w głowie. Koniecz­nie chciałam sobie to wszystko jakoś ułożyć, ale w tym celu musiałabym porozmawiać z Alicją. Nigdy nie miałam przesadnego talentu do myślenia i do genialnych wnioskуw mogłam dojść tylko drogą wy­miany poglądуw. Niestety, Alicja rozgrywała właśnie pięć trefli z rekontrą w szalenie nie sprzyjających warunkach. Siedzący w tym samym pokoju Kacper postanowił powetować sobie widocznie poprzednie milczenie i robił teraz porządek po rewizji. Porządek polegał na tym, że rozwijał arkusze kalki, oglądał je, a następnie z przeraźliwym trzaskiem zgniatał i wpychał do kosza. Niektуre darł nawet na kawałki. Nie wiem, czy istnieje jeszcze jakiś materiał, ktуry potrafiłby narobić tyle hałasu, co kalka techniczna pośledniego gatunku.

Rуwnocześnie obok rozmawiali Zbyszek, Anka i nieco już mniej wściekła Monika, usiłując przek­rzyczeć porządki Kacpra. Uznałam, że ten akompa­niament powinien Alicji w zupełności wystarczyć i moje włączenie się byłoby nie na miejscu.

Zrobiłam obchуd pracowni, stwierdziłam, że w po­koju sanitarnych grzmi jakaś potężna awantura po­między Kajtkiem, Jarkiem, Stefanem i Włodkiem, w naszym pokoju Kazio parska jadem, a Witek kons­piracyjnie szepcze z Olgierdem w jego małym pokoi­ku. Kiedy zajrzałam, demonstracyjnie zamilkli. Wiesia, nadęta i obrażona na cały świat, siedziała na swoim miejscu, odwrуcona tyłem do przechodzących.

Pozbyłam się jakoś Jadwigi, ktуra z uporem do­magała się, żeby jej postawić kabałę, i usiadłam przy swoim stole. I pozwoliłam sobie na lekkomyślność.

Nie mogąc dyskutować z Alicją, zaczęłam myśleć w milczeniu. Przebieg tego myślenia powinnam by­ła z gуry przewidzieć, ale doprawdy czegoś takiego nie spodziewałam się nawet u siebie!

Z kąta za stołem Witolda, w ktуry wpatrywałam się z konieczności, bo siedziałam akurat twarzą do niego, wyszedł diabeł. Autentyczny, najprawdziw­szy w świecie diabeł, pokryty czarnymi, baranimi kudłami, z rogami, ogonem i na kozich kopytkach. Obszedł stуł dookoła, nie wiem, jakim sposobem, bo deska dotykała do samej ściany, usiadł na krześle Witolda, założył nogę na nogę i spojrzał na mnie drwiąco.

—                No i co? — powiedział. — Doczekałaś się?

Ostatnim przebłyskiem świadomości pomyśla­łam jeszcze, że skoro nie mogę dyskutować z Alicją, to niech będzie, podyskutuję z diabłem. I rzeczywis­tość skończyła się definitywnie.

— A bo co? — spytałam ostrożnie. — Specjalnie się o to starałeś?

— Idiotka! — prychnął diabeł pogardliwie. — O ciebie się nawet nie trzeba starać! Narobiłaś zamę­tu, a teraz co? Siedzisz jak taka spłoszona oślica.

Poczułam się nieco urażona.

— Twoim zdaniem powinnam stać na głowie?

— To tylko do tego celu może ci głowa służyć? A myśleć nie łaska?

Trzeba przyznać, że był mało uprzejmy. W dodat­ku patrzył na mnie z wyraźnym obrzydzeniem, po­mieszanym ze złośliwą ironią. Co tu się zresztą dzi­wić, ostatecznie — diabeł!…

— Ty oczywiście wszystko wiesz — powiedzia­łam, kiwając melancholijnie głową. — Ciekawa jes­tem, jak byś się czuł na moim miejscu

— Dobrze, dobrze — powiedział diabeł ugodowo. — Sprecyzujmy sobie kilka wnioskуw. Tadeusz znał inicjały fatyganta Moniki. Kacper znał sprawę tego pięknego filusia…

— Dziwnych określeń używasz — przerwałam mu z niesmakiem.

— Już ja wiem, co mуwię. Zestaw sobie te dwie rzeczy. No? Przychodzi ci coś do tej tępej pały?

Tym mnie już zdenerwował. Jak śmie pierwszy lepszy diabeł wypowiadać się o mnie w ten sposуb! Ze zdenerwowania doznałam przypływu bystrości umysłu,

— Razem wziąwszy, Tadeusz wiedział wszystko i mуgł donieść fatygantowi o pięknym filusiu — po­wiedziałam gniewnie.

— To już wiesz, dlaczego krzyczał „przebacz”?

— A pewnie, że wiem! Głowę dam za to, że po pijanemu zwierzył się Tadeuszowi z romansu nie­wiernej, a Tadeusz, nie w ciemię bity, raz dwa trzy to wykorzystał.

1 ... 23 24 25 26 27 28 29 30 31 ... 58
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)