Wszyscy jesteśmy podejrzani
- Автор: Хмелевская Иоанна
- Язык: польский
- Год: Kobra Media
- ISBN: 9788388791949
- Жанр: Иронические детективы
Электронная книга - «Wszyscy jesteśmy podejrzani». Краткое содержание книги:
— Nie — odparłam stanowczo. — Nie siedział. Trzeciego robiłam zestawienie ślusarki, ktуrą czwartego oddałam na odbitki i pamiętam doskonale, że grzebałam w szufladzie Wiesia, szukając kalendarza technicznego. Siedział wtedy tylko Ryszard.
— A siуdmego i уsmego?
— Też nie. Przez cały tydzień zostawałam sama i byłam wściekła.
— Dwunastego?
— Zaraz, co ja robiłam dwunastego?… Aha, detale stolarki. Ze stolarką byłam trochę spуźniona… Od Janusza dostałam drzwi klepkowe… Był wtedy Janusz i Witek, Wiesia nie było, on siedział dopiero potem.
— Szesnasty, siedemnasty, osiemnasty?
— Ogrodzenie. Dziewiętnastego oddałam do wyświetlarni… Tak, wtedy siedzieli wszyscy trzej. Zgasło tam światło, po ciemku robiłam kawę i wtedy właśnie Janusz nasypał sobie cukru do szklanki i powiedział:
„Świetna kawa, patrzcie, wcale cukier nie tonie”, a potem okazało się, że nasypał sobie na przykrywkę. Wiesio siedział do pуźnej nocy.
— No tak… A dziesiątego grudnia?
— Nie mam pojęcia. Pierwszą połowę grudnia miałam dosyć spokojną, natomiast wiem, co było między piętnastym a dwudziestym, bo robiłam dla Ryszarda rysunki robocze. Nawalił z terminem i przeklinałam go okropnie.
— No to szesnasty i siedemnasty grudnia?
— Nic z tego. Dużo ludzi było, ale z naszego pokoju tylko ja.
Zamyśliłam się na chwilę, bo zamajaczyło mi przed oczami wspomnienie z tamtego okresu. Wspomnienie tak dziwne, ponure i niemiłe, że pośpiesznie postarałam się go pozbyć, żeby przypadkiem czegoś o nim nie powiedzieć.
— No to teraz ten rok — zażądał kapitan. — W styczniu…
— Niestety, więcej nie pamiętam. Harmonogram mi się skończył.
Złożyłam wielką płachtę i przyjrzałam się im z zainteresowaniem.
— A co? — spytałam ciekawie. — O co on tam jest podejrzany?
— Co pani sądzi o jego pożyciu małżeńskim?
— O mуj Boże, nic! Chyba się układa sympatycznie. Ma bardzo miłą żonę i zupełnie nie wygląda na nieszczęśliwego.
— No to na razie byłoby wszystko. Może sobie teraz zapalimy?
Przedstawiciele praworządności wyglądali na nieco zmęczonych, ale nie zrezygnowanych. Prokuratorowi oczy płonęły jasnym blaskiem i trzeba uczciwie przyznać, że mi się coraz bardziej podobał. Myśl o poderwaniu zaczęła mi powoli rywalizować z pragnieniem wykrycia mordercy.
— Panowie, po co wam te szmaty, ktуre zbieracie po całej pracowni? — spytałam z zaciekawieniem.
— Dowie się pani po zakończeniu śledztwa.
— Po zakończeniu śledztwa w ogуle nie będziecie chcieli ze mną rozmawiać.
— Nie jestem pewien — mruknął kapitan, spoglądając z ukosa na prokuratora. Natychmiast skomentowałam to spojrzenie.
— Sądząc z pańskiego rzutu oka, ten pan kontynuuje kontakty z byłymi podejrzanymi? — powiedziałam z łagodnym zainteresowaniem.
— Nie ze wszystkimi, zapewniam panią — odparł szybko prokurator.
— O, szkoda! To nie wiem, czy mogę mieć nadzieję…
— Może pani — powiedział kapitan stanowczo, — Ja panią zapewniam.
— A pan? — spytałam prokuratora.
Siedział wciąż na brzegu stołu, doskonale czarny, od butуw do włosуw na głowie, i jaśniał urodą.
— Nie wiem — odparł, uśmiechając się. — Ja się w ogуle niepewnie czuję w towarzystwie kobiet.
— Jako pies w towarzystwie sadła — uzupełniłam natychmiast wzorem pana Zagłoby, wzbudzając tym wielką radość wszystkich trzech panуw.
Opuściłam ich ze znacznie zwiększonym zasobem wiadomości i potężnym zamętem w głowie. Koniecznie chciałam sobie to wszystko jakoś ułożyć, ale w tym celu musiałabym porozmawiać z Alicją. Nigdy nie miałam przesadnego talentu do myślenia i do genialnych wnioskуw mogłam dojść tylko drogą wymiany poglądуw. Niestety, Alicja rozgrywała właśnie pięć trefli z rekontrą w szalenie nie sprzyjających warunkach. Siedzący w tym samym pokoju Kacper postanowił powetować sobie widocznie poprzednie milczenie i robił teraz porządek po rewizji. Porządek polegał na tym, że rozwijał arkusze kalki, oglądał je, a następnie z przeraźliwym trzaskiem zgniatał i wpychał do kosza. Niektуre darł nawet na kawałki. Nie wiem, czy istnieje jeszcze jakiś materiał, ktуry potrafiłby narobić tyle hałasu, co kalka techniczna pośledniego gatunku.
Rуwnocześnie obok rozmawiali Zbyszek, Anka i nieco już mniej wściekła Monika, usiłując przekrzyczeć porządki Kacpra. Uznałam, że ten akompaniament powinien Alicji w zupełności wystarczyć i moje włączenie się byłoby nie na miejscu.
Zrobiłam obchуd pracowni, stwierdziłam, że w pokoju sanitarnych grzmi jakaś potężna awantura pomiędzy Kajtkiem, Jarkiem, Stefanem i Włodkiem, w naszym pokoju Kazio parska jadem, a Witek konspiracyjnie szepcze z Olgierdem w jego małym pokoiku. Kiedy zajrzałam, demonstracyjnie zamilkli. Wiesia, nadęta i obrażona na cały świat, siedziała na swoim miejscu, odwrуcona tyłem do przechodzących.
Pozbyłam się jakoś Jadwigi, ktуra z uporem domagała się, żeby jej postawić kabałę, i usiadłam przy swoim stole. I pozwoliłam sobie na lekkomyślność.
Nie mogąc dyskutować z Alicją, zaczęłam myśleć w milczeniu. Przebieg tego myślenia powinnam była z gуry przewidzieć, ale doprawdy czegoś takiego nie spodziewałam się nawet u siebie!
Z kąta za stołem Witolda, w ktуry wpatrywałam się z konieczności, bo siedziałam akurat twarzą do niego, wyszedł diabeł. Autentyczny, najprawdziwszy w świecie diabeł, pokryty czarnymi, baranimi kudłami, z rogami, ogonem i na kozich kopytkach. Obszedł stуł dookoła, nie wiem, jakim sposobem, bo deska dotykała do samej ściany, usiadł na krześle Witolda, założył nogę na nogę i spojrzał na mnie drwiąco.
— No i co? — powiedział. — Doczekałaś się?
Ostatnim przebłyskiem świadomości pomyślałam jeszcze, że skoro nie mogę dyskutować z Alicją, to niech będzie, podyskutuję z diabłem. I rzeczywistość skończyła się definitywnie.
— A bo co? — spytałam ostrożnie. — Specjalnie się o to starałeś?
— Idiotka! — prychnął diabeł pogardliwie. — O ciebie się nawet nie trzeba starać! Narobiłaś zamętu, a teraz co? Siedzisz jak taka spłoszona oślica.
Poczułam się nieco urażona.
— Twoim zdaniem powinnam stać na głowie?
— To tylko do tego celu może ci głowa służyć? A myśleć nie łaska?
Trzeba przyznać, że był mało uprzejmy. W dodatku patrzył na mnie z wyraźnym obrzydzeniem, pomieszanym ze złośliwą ironią. Co tu się zresztą dziwić, ostatecznie — diabeł!…
— Ty oczywiście wszystko wiesz — powiedziałam, kiwając melancholijnie głową. — Ciekawa jestem, jak byś się czuł na moim miejscu
— Dobrze, dobrze — powiedział diabeł ugodowo. — Sprecyzujmy sobie kilka wnioskуw. Tadeusz znał inicjały fatyganta Moniki. Kacper znał sprawę tego pięknego filusia…
— Dziwnych określeń używasz — przerwałam mu z niesmakiem.
— Już ja wiem, co mуwię. Zestaw sobie te dwie rzeczy. No? Przychodzi ci coś do tej tępej pały?
Tym mnie już zdenerwował. Jak śmie pierwszy lepszy diabeł wypowiadać się o mnie w ten sposуb! Ze zdenerwowania doznałam przypływu bystrości umysłu,
— Razem wziąwszy, Tadeusz wiedział wszystko i mуgł donieść fatygantowi o pięknym filusiu — powiedziałam gniewnie.
— To już wiesz, dlaczego krzyczał „przebacz”?
— A pewnie, że wiem! Głowę dam za to, że po pijanemu zwierzył się Tadeuszowi z romansu niewiernej, a Tadeusz, nie w ciemię bity, raz dwa trzy to wykorzystał.