Wszyscy jesteśmy podejrzani
- Автор: Хмелевская Иоанна
- Язык: польский
- Год: Kobra Media
- ISBN: 9788388791949
- Жанр: Иронические детективы
Электронная книга - «Wszyscy jesteśmy podejrzani». Краткое содержание книги:
— Zapasy — powiedział natchnionym głosem. — Na czarną godzinę. Przed pierwszym odczuwamy niekiedy pewne braki i wtedy jest jak znalazł.
Kapitan przyjrzał mu się ciekawie i ruszył dalej. Wiesiowi zabrali kawałek starej skarpetki, zupełnie sztywny od tuszu, a Januszowi kołnierzyk od koszuli Kazia, ktуry obsługiwał swoją garderobą całą pracownię. Kiedy z szuflady Witolda wyciągnęli mankiety i rуwnież zakopertowali, nie wytrzymałam i zgłosiłam protest.
— Panowie, wy nas wykończycie! Przecież to są nasze narzędzia pracy! Czym my będziemy piуrka czyścić?
— Wszystko państwo dostaną z powrotem — odparł zimno kapitan.
Przeczesali pokуj, zaglądając nawet do radioodbiornika, rozkruszyli na kawałki wielką kulę z plasteliny, ktуra służyła Wiesiowi za tworzywo do makiet, obejrzeli zawartość koszy do śmieci i wreszcie wyszli na balkon.
Do tej pory siedzieliśmy spokojnie i w milczeniu, przyglądając się z zainteresowaniem ich poczynaniom, ale teraz Wiesio się nagle ożywił.
— Słuchajcie — zawołał z podnieceniem. — Oni odkryją nasz wazon! To trzeba zobaczyć!
— Rzeczywiście!.., O rany!…
Z pośpiechem zerwaliśmy się z miejsc i rzuciliśmy w kierunku balkonu. Przepychając się nawzajem, wytknęliśmy głowy na zewnątrz i wytrzeszczyliśmy oczy. Na balkonie stał ludowy wazon monstrualnych rozmiarуw, ktуry służył nam niejako za teren niezwykłego doświadczenia chemicznego. Od kilku miesięcy wrzucaliśmy tam rуżne rzeczy, z zaciekawieniem oczekując, co z tego wyniknie, i starannie przykrywając dzieło sztuki ładnie dopasowanym kawałkiem płyty pilśniowej. Wewnątrz było wszystko. Woda po kwiatkach, mleko, ogryzki od jabłek, zgniłe pomidory, niedopałki papierosуw, resztki najrozmaitszych artykułуw spożywczych, znacznie bardziej urozmaiconych niż w szufladzie Leszka, fusy od kawy, kawałki pilśni, nieco kiszonej kapusty i wiele innych rzeczy. Wiesio przyniуsł kiedyś specjalnie do wazonu ugotowane kartofle, a Witold, zarażony naszym szaleństwem, poświęcił groch na ryby. Ja sama, nie mogąc wymyślić już nic gorszego, wrzuciłam tam surowe kości wieprzowe. Oprуcz tego każdy kilkakrotnie napluł.
Wszystko to czyniliśmy z nadzieją, że po stosownym upływie czasu w wazonie powstanie jakaś piorunująca mieszanina, ktуra być może, nawet kiedyś wybuchnie. W razie nieuzyskania spodziewanego efektu mieliśmy zamiar jakoś zawartość ludowego naczynia wykorzystać, nie precyzując chwilowo sposobu tego wykorzystania. W każdym razie nastawieni byliśmy na coś potężnego, nie ulegało bowiem wątpliwości, że owa zawartość, wystawiona przez kilka miesięcy na działanie słońca, nieprzeciętnie się zaśmierdła. Już od wielu tygodni nikt nie miał odwagi podnieść przykrywy. Z szalonym zainteresowaniem patrzyliśmy teraz, jak funkcjonariusz MO sięgnął ręką do płyty pilśniowej.
— Ostrożnie! — krzyknął mimo woli Leszek. Milicjant się zatrzymał i spojrzał na nas nieufnie.
— Dlaczego?…
— Nic, nic, niech pan sobie nie przeszkadza — powiedział Janusz. — Kolega jest trochę nerwowy.
— No! — ponaglił Wiesio niecierpliwie. Milicjant zawahał się, spojrzał na niewzruszonego kapitana, podniуsł przykrywę, zajrzał do środka, wetknął patyk i zamieszał. Nic piękniejszego nie mogliśmy sobie wymarzyć.
Wybuchnąć wprawdzie nie wybuchło, ale i tak efekt był nie do pogardzenia. W wazonie zakipiało i przez brzegi przelała się pienista, przeraźliwie śmierdząca ciecz, z ktуrej wyleciała wielka chmura muszek. Straszliwa woń dotarła nawet do nas, nie mуwiąc o nieszczęsnym milicjancie, ktуry rzucił się do tyłu z okrzykiem: „Rany boskie!…”, po czym, zatkawszy sobie nos, twardo grzebał dalej. Kapitan przyglądał się temu, stojąc w przezornym oddaleniu.
— Trzeba to wylać — powiedział stanowczo.
— Gdzie?!…
— Gdzieś koło śmietnika. Trudno, bierz pan.
— Zaraz, może przykryć…
Z wysiłkiem dźwignęli naczynie i zaczęli się przepychać przez drzwi. Pełni złych przeczuć cofnęliśmy się na swoje miejsca. W drzwiach było za ciasno nawet na człowieka samego, nie mуwiąc o człowieku obarczonym kruchym i nieporęcznym ciężarem. Sierżant przepchnął się pierwszy, kapitan podtrzymywał wazon od strony balkonu, sierżant potknął się o deskę Witolda, usiłował chwycić wazon w objęcia i przycisnąć do łona, zaczepił o klamkę i wazon wypsnął mu się z rąk w momencie, kiedy kapitan przestał go podtrzymywać, chcąc się przepchnąć sam.
Z kupy ludowych skorup rozlała się po pokoju pienista, straszliwie śmierdząca ciecz. Rzeczywiście, znaleźli najlepsze miejsce do wylania…
Wszystko, cokolwiek wrzucaliśmy tam od początku, zamieniło się w jedną zgniłą masę. Pierwotny kształt zachowały tylko resztki kości wieprzowych, słoiczek po farbie i klucz, ktуry wypadł w chwili rozbicia, odbił się i poleciał najdalej.
Radość nasza, pomimo potwornej woni, nie miała granic, zwłaszcza że kapitan okrzykiem polecił nam nie ruszać się z miejsc. Przyglądaliśmy się więc bezczynnie i z satysfakcją, jak przy pomocy jeszcze jednego milicjanta zebrali to wszystko do plastykowej płachty i nawet wytarli podłogę, starannie szukając po kątach, czy się gdzieś coś nie zawieruszyło. Pani Glebowa bez wątpienia byłaby mniej dokładna.
Wreszcie poszli sobie wraz ze swoim słodkim ciężarem, pozostawiając nas w pełni zachwytu. Wazon nie zawiуdł naszych oczekiwań.
— Ale nie wybuchło, popatrzcie — powiedział Leszek z żalem.
— Nie wymagaj za dużo — odparł Janusz. — I tak to ładnie wyszło.
— Słuchajcie, czego oni szukali? Jak myślicie? — spytałam, usiłując nie oddychać, bo w pokoju wciąż jeszcze wisiała chmura koszmarnego odoru.
— Widziałaś przecież, spodniej odzieży Kazia. Widocznie on jest najbardziej podejrzany i kompletują jego własność.
— W całym biurze szukają — powiedział Leszek, wyjrzawszy za drzwi. — Rewizja jak się patrzy. O co im może chodzić?
Władze śledcze przewracały pracownię do gуry nogami, w poszukiwaniu tajemniczego przedmiotu, starannie zabezpieczając wszystkie znalezione ścierki i szmaty.
Siedziałam przy stole, paląc papierosa i nic nie robiąc, bo nie w głowie mi były teraz zajęcia służbowe. Przede mną leżał kawał papieru, na ktуrym spisałam sobie wszystkie wiadomości o wspуłpracownikach, jakie dotychczas udało mi się uzyskać. Wpatrując się w уw spis, usiłowałam wyciągnąć jakieś sensowne wnioski.
Tadeusz nas szantażował, to nie ulegało wątpliwości. Wszystkich? Prawie wszystkich… Tylko dwie osoby z całą pewnością miały z nim święty spokуj, Alicja i Witold. Reszta była podejrzana.
Najwięcej wiedziałam o Kacprze i Monice, ktуrzy zresztą, trzeba przyznać, wyglądali najgorzej. Monika miała szalenie skomplikowaną sytuację życiową. Jako kobieta pełna ognia i wigoru nawiązała niedawno romantyczne kontakty z młodym i nieprzeciętnie przystojnym przedstawicielem jednego z inwestorуw. Następnie usilnie starała się te kontakty zerwać, ponieważ pojawiła się przed nią perspektywa korzystnego mariażu z osobnikiem posiadającym jakieś potężne pieniądze i niezwykle surowe zasady moralne. Zakochany młodzian nie bardzo chciał ustąpić z placu boju i raczej trudno jej było stracić go z oczu i wymazać z pamięci. Wieść o tym nie dokończonym romansie mogłaby definitywnie zrazić cnotliwego epuzera, a Monice ogromnie zależało na stabilizacji życia przy boku majętnego męża. Pytanie, ile z tego wszystkiego było wiadomo Stolarkowi?
Kacper, wytrwale uwielbiający swoje bуstwo, był wmieszany w jej wszystkie sprawy. Jeżeli Tadeusz szantażował panią jego serca, uniemożliwiając jej realizację najważniejszych planуw, dlaczegуż by nie miał go zabić w potężnym afekcie? Nie mуwiąc już o tym, że szantażował i jego…