Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Иронические детективы » Wszyscy jesteśmy podejrzani
Wszyscy jesteśmy podejrzani - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wszyscy jesteśmy podejrzani

Электронная книга - «Wszyscy jesteśmy podejrzani». Краткое содержание книги:

Wszyscy jesteśmy podejrzani
1 ... 20 21 22 23 24 25 26 27 28 ... 58
Перейти на страницу:

W zamyśleniu wpatrywałam się w swуj spis błę­dуw życiowych personelu. Były tam rуżne rzeczy, o ktуrych sądziłam, że poza zainteresowanymi, znam je tylko ja. Czy Tadeusz je rуwnież znał? Czy wiedział i czy oni wiedzieli, że on wiedział? Nie miałam zielo­nego pojęcia o jego kontaktach z kilkoma osobami, z Witkiem, z Wiesiem, ze Zbyszkiem, z Jadwigą… Oczywiście, najbardziej interesował mnie Zbyszek…

Siedziałam sama w pokoju, bo tamci trzej gdzieś zniknęli i jakby specjalnie zamуwiony wszedł Ste­fan, człowiek z całej pracowni Zbyszkowi najbliższy. Natychmiast postanowiłam to wykorzystać.

— Żeby pani z piekła nie wyjrzała za ten swуj pomysł z Tadeuszem — powiedział Stefan z gory­czą. — Już nie miała pani kogo uśmiercić, co? I co ja teraz zrobię? Przyjdzie wуzek sprzedać…

— Spokojnie, panie Stefanie, nie tak zaraz. Niech pan usiądzie, ma pan papierosa i niech pan powie, dlaczego mu pan pożyczał.

Stefan przysunął sobie krzesło, pogrzebał po kie­szeniach w poszukiwaniu zapałek i mamrocząc pod nosem zapalił. Potem spojrzał na mnie ze wstrętem.

— Dlaczego mu pożyczyłem? Dla świętego spoko­ju! Pani wie, co by było, gdyby on mojej starej powie­dział o tej cholernej Wieśce? Ja bym miał resztę życia zatrutą! A ja jestem stary człowiek, mnie się wątroba do gуry nogami przewraca, ja chcę mieć święty spokуj! To był najgorszy łajdak, jakiego święta ziemia nosiła! Pani myśli, że on się tylko mnie czepiał? A Włodek, a Kacper, a Kajtek to co? Pies?! A Zbyszek!…

Aż mnie podrzuciło na krześle.

— Jak to? — krzyknęłam. — Zbyszka też?!

— A pewnie!

Natychmiast ogarnęło mnie okropne zdenerwo­wanie. Dotychczas miałam cichą nadzieję, że jednak Zbyszka nie.

— A Zbyszka czym? Nie wie pan? — spytałam w napięciu.

— Pojęcia nie mam — odparł Stefan, nie dostrze­gając wrażenia, jakie uczyniły na mnie jego słowa. — Zna pani Zbyszka, on nic nie powie. Raz mu się tylko wyrwało, że ma cholerne kłopoty i że tu chodzi nie o niego.

O, do diabła! Więcej mуgł nie mуwić, to mi wys­tarczyło. Wiedziałam o starannie ukrywanym ro­mansie Zbyszka, prawie rуwnież dobrze jak sam Zbyszek. Sprawdziły się moje najgorsze przeczucia i zrobiło mi się okropnie ciężko i niemile na sercu…

Mуj smutny stan ducha przerwała władza ludowa, domagając się stanowczo konwersacji ze mną. Prze­szłam przez pracownię, ktуra przedstawiała obraz absolutnej anarchii. W sali konferencyjnej i w gabi­necie nadal trwały przesłuchania. W kącie pod lust­rem sprzeczali się intensywnie Witek i Kazio. W środ­kowym pokoju Alicja, Andrzej, Marek i Janusz grali w brydża. Ryszard spał twardo kamiennym snem, Anka ponuro wpatrywała się w jakąś książkę, a u sa­nitarnych Leszek, Jarek i Kajtek grali w zapałki. Pod drzwiami sali konferencyjnej siedział na krześle mi­licjant, co mi się wydało nad wyraz intrygujące.

Trzej panowie w gabinecie wyglądali jak myśliwi na tropie. Atmosfera panowała wyraźnie gorąca, nady­mione było jak na dworcu kolejowym, a prokuratoro­wi świeciły się oczy, przez co był jeszcze piękniejszy.

— No to wracamy do autorki przedstawienia — po­wiedział kapitan zgryźliwie. — Mam nadzieję, że udzieli nam pani kilku ciekawych informacji.

— Zupełnie prawdopodobne — odparłam. — Ja rуwnież mam nadzieję zdobyć u panуw kilka cen­nych wiadomości, bo chyba się pan domyśla, że jako autorkę, interesuje mnie zakończenie sztuki.

— Z pewnością nie bardziej niż nas… Zanim zacz­niemy, może uprzejmie odpowie mi pani na jedno pytanie. Prywatne. Co to było to coś w tym saganie na waszym balkonie?

Odpowiedziałam mu wyczerpująco, a kapitan słu­chał z wyrazem lekkiego obrzydzenia na twarzy. By­łam już doszczętnie skołowana i pewnie dlatego nag­le zrezygnowałam z poprzednio powziętych zamia­rуw. Machnęłam ręką na własne bezpieczeństwo, wkopani przeze mnie w głupią zbrodnię niewinni wspуłpracownicy wydali mi się stanowczo ważniejsi, a zresztą doszłam do wniosku, że ze względu na dotychczasową niekaralność i nienaganny tryb życia nie skarżą mnie na nic poważnego.

— Zaraz — przerwałam kapitanowi, ktуry coś mу­wił. — Chciałam najpierw wyjaśnić pewną rzecz.

— Prosimy…

— Panowie — powiedziałam uroczyście — przede wszystkim chciałam wam powiedzieć, że ja w was wierzę. Przez tę decydującą godzinę nie ruszyłam się z miejsca, co niewątpliwie już wiecie. Wiecie zatem, że nie ukatrupiłam Stolarka. Oczywiście, możecie podejrzewać, że miałam wspуlnika, że tę zbrodnię obmyśliłam, zaplanowałam i tak dalej, ale to przecież nonsens. W takim wypadku nie trąbiłabym o tym po całej pracowni. Nie dość na tym. Mogę wam powiedzieć więcej na dowуd mojej niewinności, ale przed­tem chciałabym zawrzeć z wami układ…

Zawahałam się. Szybko uznałam, że jednak naj­pierw muszę udowodnić niewinność. Zamknęłam oczy i rzuciłam się głową naprzуd w przepaść.

Możliwie krуtko i zwięźle wyjaśniłam im przyczy­ny, dla ktуrych stanowczo wolałabym, żeby Tadeusz żył długo i szczęśliwie. Wyznałam, że do spуłki z nie­boszczykiem popełniłam przestępstwo na niekorzyść ORS-u, polegające na tym, że nikt z nas nic nie kupił, a za to ja wzięłam gotуwkę. To znaczy miałam wziąć gotуwkę… Z owego matactwa nieboszczyk został mi winien pięć i pуł tysiąca złotych, ktуre z chwilą jego śmierci mogę uznać za przepadłe na wieki. Musiała­bym mieć kompletnego fioła, żeby go w tej sytuacji mordować.

— Jak to pani zrobiła? — spytały władze śledcze z zainteresowaniem.

— Nie wiem. Tadeusz miał znajomego kierowni­ka sklepu i przeprowadził z nim tę dziwną kombina­cję samodzielnie.

— A dlaczego mu pani pożyczyła?

— Bo nie miałam innego wyjścia. Tak zwany nуż na gardle i żadnej innej możliwości zdobycia pieniędzy. Tadeusz poszedł na ten interes z okrzykami radości, licząc na to, że będzie mуgł ode mnie pożyczyć. Jak widać, słusznie, tylko że miał pożyczyć pуłtora patyka, a nie pięć i pуł. Krуtko mуwiąc, wystawił mnie rufą do wiatru.

— No dobrze, ale dlaczego pani, mając nуż na gardle, zgodziła się pożyczyć mu o cztery tysiące więcej?

— A co miałam zrobić? On mi robił uprzejmość, i to mocno ryzykowną. Procentu by ode mnie nie wziął, na wуdkę bym z nim nie poszła, jak mu się miałam odwdzięczyć? To była jedyna forma.

— Na upartego dałoby się znaleźć jeszcze jakąś — powiedział prokurator złośliwie.

— Niewątpliwie — odparłam natychmiast. — Ale w tym wypadku wolałabym, żeby na miejscu Tadeu­sza był na przykład pan…

Kapitan dostał nagle napadu kaszlu, a w niebieskich oczach prokuratora znуw dziwnie znajomo błysnęło.

— Nie omieszkam zapamiętać pani wypowiedzi…

— Wracając do tematu, panowie, pragnę uczynić wam propozycję. Realnie rzecz biorąc można sobie wyobrazić, że nie ja jestem mordercą. Proponowała­bym, żebyście zdecydowali się okazać mi odrobinę zaufania, bo zapewniam was z ręką na sercu, że mogę się wam bardzo przydać. Jest mnуstwo takich rzeczy, ktуrych się nigdy w życiu nie dowiecie drogą normal­nego śledztwa. Jak będziecie do mnie podchodzili jak do podejrzanej, to ja do was jak do wrogуw, nato­miast jak odwrotnie, to odwrotnie. Wspуłdziałanie da znacznie lepsze rezultaty niż wojna, a nie macie pojęcia, jak ja cholernie pragnę wykrycia mordercy. Mam swoje powody…

Wygłosiłam do nich przejmujące przemуwienie i czekałam na rezultat. Z rуżnych przyczyn nagle go­rąco zapragnęłam włączyć się do śledztwa.

1 ... 20 21 22 23 24 25 26 27 28 ... 58
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)