Wszyscy jesteśmy podejrzani
- Автор: Хмелевская Иоанна
- Язык: польский
- Год: Kobra Media
- ISBN: 9788388791949
- Жанр: Иронические детективы
Электронная книга - «Wszyscy jesteśmy podejrzani». Краткое содержание книги:
Leszek, pełen życzliwości do świata po świeżo przeżytym zaszczycie, podsunął w kierunku Witka papier z rybą.
— Panie inżynierze, świetna ryba, niech się pan poczęstuje. Proszę bardzo, tu jest kawałek bułki.
Witek obejrzał się i spojrzał na rybę, usiłując ukryć obrzydzenie.
— Proszę, proszę — zachęcał Leszek.
— Nie, dziękuję — odparł Witek znękanym głosem. — Ja, wie pan, w ogуle uważam jedzenie za czynność intymną. Zawsze wolę zjeść tak jakoś chyłkiem, żeby mnie nikt nie widział, Leszek zatrzymał się nagle w swoim odruchu gościnności i spojrzał na niego nieco skonsternowany.
— No tak — powiedział niepewnie. — Istotnie, ja też tak uważam. Nawet już prуbowałem jadać w WC-cie, ale to trochę niewygodnie…
Witek chciał jeszcze coś powiedzieć, ale rozmyślił się, machnął ręką i wyszedł, demonstracyjnie cierpiąc. Wiesio wsunął się na powrуt z balkonu z wyrazem bezgranicznego osłupienia na obliczu.
— Co on powiedział? — spytał nieufnie. — On jada tyłkiem???
— Nie tyłkiem, tylko chyłkiem — poprawił go Leszek. — Słyszałeś przecież: w WC-cie, pod stołem, w szafie, rуżnie. Żeby go ludzie nie widzieli…
— Nie wiecie, co on do mnie powiedział? — spytał Janusz, patrząc na nas ze zmarszczonymi brwiami. — Mуwił coś do mnie i zdaje się, że chciał, żebym coś zrobił, ale co, to zabijcie mnie, nie wiem! Jak Boga kocham, nic nie zrozumiałem.
— Co ty powiesz? — ucieszył się Leszek. — Ty też? Chwała Bogu! Bo wiecie, ja już naprawdę myślałem, że może jestem niedorozwinięty albo co. Jak on do mnie mуwi, to każde słowo po kolei rozumiem, ale razem sensu za nic chwycić nie mogę. A żebyście wiedzieli, jak się staram!
Janusz ponuro pokiwał głową.
— W tym chyba coś jest. On rzeczywiście mуwi tak, jakby mu zależało, żeby tego przypadkiem ktoś nie pojął. I coraz z nim gorzej, to chyba ten stan cywilny tak na niego wpływa. Joanna, zadanie bojowe dla ciebie: namуw go, żeby się ożenił!
— Lecę z mokrą ścierką, mało sobie nуg nie połamię. Żadnej dziewczynie na świecie tak źle nie życzę, żeby ją za niego za mąż wydawać.
— Co też pani mуwi, chłopak jak brzytwa! — zawołał Leszek. — O rany, ość!… Sam bym się za niego wydał! Że mu tam te trochę włosуw brakuje?…
— Ja mu urody nie odmawiam, on jest nawet jeszcze piękniejszy niż się wydaje. Widział go pan kiedy bez odzieży?
— A pani widziała?! — zainteresował się Leszek tak gwałtownie, że o mało się nie udławił kawałkiem ryby.
— Widziałam. Na Wiśle, na żaglуwce. I na basenie. Żeby on miał taki charakter jak figurę, to ja bym mu własnoręcznie buty czyściła.
— A żeby miał taką figurę jak charakter?…
— Toby go pokazywali w klatce za pieniądze jako kuriozum nie z tej ziemi…
— Ty, daj jeszcze kawałek — powiedział Wiesio, podtykając Leszkowi kawałek pustej bułki.
Posłuszni poleceniu władz, siedzieliśmy na miejscach, wykorzystując ten czas na posilanie się i narzekając na brak herbaty. Zainteresowanie poczynaniami milicji, pierwotnie przygłuszone głodem, stopniowo wzrastało. Kapitan, ktуry wkroczył do pokoju wraz z umundurowanym milicjantem, natychmiast skupił na sobie naszą uwagę.
Przyglądaliśmy się im z zaciekawieniem, a oni rozejrzeli się dookoła i ku naszemu nieopisanemu zdumieniu i żywej radości rozpoczęli piękną, dokładną, szczegуłową rewizję.
Zaczęli od pierwszej szafy z rysunkami, masochistycznie nie przyjmując zaofiarowanej sobie pomocy, w związku z czym podjęta przez nich praca urosła do rozmiarуw herkulesowych czynуw. W każdej z płaskich szuflad znajdowało się co najmniej kilkanaście ciasno zwiniętych rulonуw, długości blisko metra. W każdym rulonie było kilkanaście rysunkуw rуżnych formatуw, niejednokrotnie ponadrywanych, z ktуrymi trzeba się było delikatnie obchodzić, bo stanowiły bądź co bądź urzędowe dokumenty. I przy każdym ktoś z nas wydawał nerwowy okrzyk: — Ostrożnie!
Dla sierżanta, pomagającego kapitanowi w tej gigantycznej robocie, był to wyraźnie dopust boży. Zwijał i rozwijał, ręce mu się trzęsły, arkusze mu wypadały, zwijało mu się krzywo, aż wreszcie nie wytrzymał nerwowo.
— Obywatelu kapitanie — powiedział z rozpaczą, ocierając pot z czoła — może jednak?…
Kapitan poczuł widać przypływ miłosierdzia albo może doszedł do wniosku, że sierżant zostawiony sam sobie nie skończy grzebać w tych strzępach do sądnego dnia, bo spojrzał na nas. Wykorzystałam to natychmiast.
— Niezależnie od tego, czego panowie szukają, teren za panami już jest niegroźny, prawda? To może panowie sobie będą szukać, a my będziemy zwijać, bo nam to jednak jest raczej potrzebne.
Po krуtkim wahaniu kapitan przyjął propozycję wspуłpracy, dopuściwszy do łask tylko Wiesia i mnie. Zapewne dlatego, że siedzieliśmy najbliżej i nie życzył sobie, żeby mu się zbyt dużo osуb pętało na podejrzanym terenie. Wyraźnie jednak odnosił się do nas nieufnie, bo ani na chwilę nie spuszczał z nas oczu. Szukał niejako namacalnie, sięgając na oślep ręką do wybebeszonej szuflady, z czego wywnioskowaliśmy, że upragniony przedmiot musi być dość duży.
Załatwiwszy szafy wewnątrz, postanowili zajrzeć na gуrę. Sami byliśmy ciekawi, co tam znajdą, bo wierzch szaf już od dawien dawna służył nam za magazyn odpadkуw. Sierżant zaczął od tego, że lekkomyślnie sięgnął i pociągnął za coś, co wystawało. Zanim zdążyliśmy krzyknąć: „Ostrożnie!", zleciała mu na głowę stara makieta z gipsu, pilśni i patykуw, a za nią gуra odbitek nie wykorzystanego projektu typowego wszystkich branż. Kapitan z nieprzeniknionym wyrazem twarzy wlazł na krzesło, potem na jedną z szuflad i grzebał na owej gуrze własnoręcznie, co miało tylko ten skutek, że kiedy zszedł, rękawy jego marynarki wyglądały, jakby czyścił nimi bardzo zaniedbaną podłogę.
Szukali metodycznie. Skończywszy z szafami, zabrali się do naszych stołуw, stojących najbliżej.
— Zechce pani otworzyć szuflady — powiedział kapitan do mnie.
Otworzyłam z radością, wiedząc dobrze, że szuflady to jeszcze nic, bo pod stołem miałam przypięte wielkie arkusze brystolu rуwnież wypełnione, czym tylko się dało. Z największą przyjemnością uprzystępniłam im ten cały śmietnik.
I tu wreszcie coś znaleźli. Nie zwrуcili najmniejszej uwagi na takie dziwne rzeczy, jak stary łańcuch od lampy, korki od butelek i karty do kabały, natomiast z ogromnym zainteresowaniem wyciągnęli bardzo brudny gałgan do wycierania tuszu i zgnieciony kawał papieru toaletowego. Zapakowali to do koperty i zaopatrzyli tajemniczym podpisem.
Następnie trafili na stуł Leszka, ktуry cały czas siedział nad swoją rybą.
— Czyj to stуł?
— Mуj — odparł Leszek i podszedł do nich pośpiesznie. — Panowie sobie życzą? Proszę uprzejmie…
Otworzył szuflady i na nieprzeniknionej dotychczas twarzy kapitana ukazał się jakiś dziwny wyraz. Zawartość pierwszej od gуry była zupełnie nieoczekiwana. Po całym dnie rozmazane było stare, zjełczałe masło, po ktуrym poniewierały się resztki zeschniętej na kość kiełbasy, kawałki nadgryzionych bułek i skуrek od chleba, papierki po topionym serze i jeszcze kilka bliżej nie sprecyzowanych pozostałości po innych artykułach spożywczych. Wśrуd tego pobojowiska turlał się beztrosko słoik po musztardzie. Leszek stał, patrząc na to w zamyśleniu, i widać poczuł się zmuszony złożyć jakieś wyjaśnienie.