Wszyscy jesteśmy podejrzani
- Автор: Хмелевская Иоанна
- Язык: польский
- Год: Kobra Media
- ISBN: 9788388791949
- Жанр: Иронические детективы
Электронная книга - «Wszyscy jesteśmy podejrzani». Краткое содержание книги:
Wiesia wygłaszała to wszystko, stojąc tyłem do drzwi w pokoju sanitarnych, a za nią stał pan kapitan, cierpliwie wysłuchujący jej oracji. Stefan nie zdążył zareagować na przemуwienie Wiesi, bo został wepchnięty do gabinetu, ale natychmiast po wyjściu stamtąd powetował to sobie. Wynikiem piekielnej awantury, z ktуrą wpadł do środkowego pokoju, gdzie schroniła się wystraszona Wiesia, była wspaniała furia Moniki i zdumiewający czyn Kacpra, ktуry ni z tego, ni z owego lunął w pysk swego potomka i padł na kolana przed Moniką z owym rozdzierającym krzykiem: „Przebacz, przebacz". Tego już nikt nie mуgł zrozumieć, a Kacper, przyszedłszy do siebie, odmуwił jakichkolwiek wyjaśnień.
Najmniej zdziwienia wzbudziło we mnie sponiewieranie Kajtka, bo znałam nieco oryginalne metody wychowawcze Kacpra. Tresował swoich synуw, łagodnie mуwiąc, staroświecko. Dorośli faceci całowali ojca w rękę i z pokorą przyjmowali iście szlacheckie lanie na kobiercu, co im nie przeszkadzało chodzić ze srogim rodzicem na wуdkę. Całe biuro o tym wiedziało i wszyscy już do owych osobliwości przywykli. Natomiast nigdy dotychczas w tak dziwny sposуb nikt z personelu nie wyrażał skruchy.
Nie zdążyłam sobie uporządkować zdobytych wiadomości, bo tę właśnie chwilę władze śledcze wybrały na wyniesienie zwłok Tadeusza z sali konferencyjnej. Zaprzątnięte awanturą grono zapomniało niemal o zasadniczej przyczynie wszystkich wydarzeń, zwłaszcza że owa przyczyna ciągle jeszcze wydawała się nam kompletnym absurdem. Najbardziej zaprzyjaźnieni z Tadeuszem byli Jarek i Kajtek. Jarek, w oparach świeżo nadużytego alkoholu, miał spуźnione reakcje i fakt śmierci Stolarka jeszcze do niego w pełni nie dotarł, a Kajtek milczał. Milczał nawet wtedy, kiedy dostał od ojca w pysk. Reszta reagowała w zasadzie prawidłowo, to znaczy, uznawszy katastrofę za nieodwracalną, poniechała łamania rąk i zajmowała się sprawami żywych.
Nieboszczyk jest jednak nieboszczykiem, toteż teraz nagle widok zwłok, przykrytych plastykową płachtą, wynoszonych na noszach, uczynił wstrząsające wrażenie. Zanim milicjanci zdołali się przedostać przez wąskie wyjście z sali już cały personel zdążył zgromadzić się na korytarzu i z konieczności utworzyć długi szpaler. Żegnany grobowym milczeniem nagle ucichłych wspуłpracownikуw po raz ostatni świętej pamięci Stolarek opuścił progi biura.
— No i koniec — powiedział z goryczą Janusz. — Był człowiek, nie ma człowieka,,,
Wszystkim nam się zrobiło na nowo nieprzyjemnie i staliśmy tak, milcząc, w tym szpalerze, chociaż za noszami już dawno zamknęły się drzwi. Nagle na środek wystąpił Włodek, ciągle bladozielony na twarzy.
— Koleżanki i koledzy… — powiedział natchnionym głosem,
— Nie! — krzyknęła Alicja. — Wszystko zniosę, ale nie przemуwienie! Zabierzcie stąd tego bałwana!…
— Daj spokуj, Włodek — powiedział znękany Zbyszek.
— Przyszła chwila… — ciągnął Włodek z uporem, nie zwracając uwagi na protesty — ktуra jest dla nas… dla nas…
— Dla nieboszczyka tym bardziej — powiedział stanowczo Andrzej, wziął Włodka za ramię i wepchnął do pokoju.
— Chwała Bogu — westchnęła z ulgą Alicja. — Co za praworządny kretyn!
— Cуż chcesz, miał taką wyjątkową, wzruszającą okazję. Trudno przypuszczać, że ktoś dla jego satysfakcji popełni następne morderstwo — powiedział Kazio, wzruszając ramionami. Opuścił szpaler i wszedł do pokoju.
To był krуtki antrakt. Władze śledcze zwiększyły tempo, prowadząc przesłuchania w dwуch pomieszczeniach naraz, i zanim się zdążyliśmy obejrzeć, na terenie pracowni zaczęły wybuchać dantejskie sceny. Zrezygnowałam z kojącej atmosfery naszego pokoju, bo nie mając czasu myśleć, usiłowałam przynajmniej możliwie dużo zobaczyć i usłyszeć. Obie z Alicją stanęłyśmy sobie w jedynym pustym miejscu, pod lustrem koło szatni. Jak się okazało, to był znakomity punkt obserwacyjny.
Najpierw z sali konferencyjnej wypadł niesłychanie zdenerwowany Kazio, ktуry dotychczas, poza bredniami wygłoszonymi na samym początku, zachowywał filozoficzny spokуj. Natychmiast za drzwiami natknął się na nas.
— Słuchajcie, co to znaczy? — krzyknął w okropnym wzburzeniu. — Kto im udzielał jakichś prywatnych informacji?! Przecież to jest skończone świństwo, co to kogo obchodzi, co robiłem przed miesiącem w delegacji?! Co to ma wspуlnego z tą idiotyczną zbrodnią?!
— Tylko spokуj może nas uratować, panie Kazimierzu — powiedziałam łagodnie. — Niech pan zachowa zimną krew i niech pan powie, o co pana pytali?
— O idiotyzmy! — huknął Kazio gromko. — O idiotyzmy!
— Dobrze, idiotyzmy — zgodziła się Alicja. — Sprecyzuj te idiotyzmy.
Bardzo daleki od zimnej krwi, Kazio mętnie streścił zainteresowania przedstawicieli praworządności. Zrozumiałyśmy z tego, że jego hulaszczy tryb życia na delegacjach budził ich poważne zastrzeżenia.
— Pytali mnie, czy pamiętam tę blondynkę z „Monopolu” we Wrocławiu — mуwił Kazio, ciągle wzburzony, ale na to wspomnienie jakby nieco łagodniejąc. — No pewnie, że pamiętam, dlaczego mam nie pamiętać, miała takie nogi, że wstyd byłoby zapomnieć. Kto wie czy nie lepsze niż pani, pani Joanno… No nie, może nie lepsze, ale takie same.
— Dziękuję panu, panie Kazimierzu — powiedziałam z uczuciem.
— Zostaw na razie jej nogi i mуw dalej. Co ma blondynka do Tadeusza?
— A bo ja wiem? O to samo ich spytałem. Potem mnie pytali, z czyich pieniędzy płaciłem rachunek, coś podobnego! A potem się przyczepili do takiej jednej sprawy, ktуra przyschła już dawno temu, prowadziłem kiedyś taką jedną budowę i miałem kłopoty z materiałami… Skąd oni to wywlekli? A potem znуw zaczęli o jednej brunetce z Jeleniej Gуry, przyznaję, że miała biust jak Lollobrigida, ale co to ma do rzeczy?
— To ja nic nie wiedziałam, że ty jesteś taki Casanovą — powiedziała Alicja z wyraźnym zaciekawieniem,
Kazio machnął gniewnie ręką, ale twarz mu się zaczęła rozjaśniać.
— Tylko tego brakuje, żeby to doszło do Alinki — mruknął trochę niespokojnie.
Przyglądałam mu się w zamyśleniu, bo coś mglistego zaczęło mi się snuć po głowie.
— Kto wtedy jeździł z panem w delegację? — spytałam nagle w natchnieniu. — Niech pan sobie przypomni.
— Kto jeździł? Zaraz… We Wrocławiu byli Włodek i Stefan. A w Jeleniej Gуrze?… Zaraz, zaraz… Raz był Włodek i Kacper, a raz Tadeusz i też Kacper.
— A niech pan sobie jeszcze przypomni, czy przypadkiem we Wrocławiu Włodek się nie zalecał do tej blondynki?
— A owszem, zalecał się, a skąd pani wie?
— Taka jestem jasnowidząca… Niech się pan nie martwi, jeśli pan nie zabił Tadeusza, to panu nic nie będzie.
— Kto go mуgł zabić, jak myślicie? — spytał Kazio, mimo woli rzucając okiem do lustra.
— Jeszcze nie wiemy, ale jak będziemy wiedziały, to ci powiemy — zapewniła go Alicja. Kazio przestał patrzeć w lustro.
— Ja bym tylko chciał wiedzieć, co za świnia doniosła o tym wszystkim milicji. Niech ja go w ręce dostanę!…
Tknięty nagle jakąś myślą, na nowo zdenerwowany porzucił nas i popędził do pokoju. Za chwilę dobiegły nas stamtąd gniewne okrzyki.
— Co podejrzewasz? — spytała z zaciekawieniem Alicja. — Dlaczego go pytałaś o tamtych?
Nie zdążyłam jej odpowiedzieć, bo z drugiego przedpokoju wybiegła Danka, czerwona na twarzy, z rozwianym włosem i ze łzami w oczach. Zmierzała do umywalni, ale po drodze trafiła na nas.