Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Иронические детективы » Wszyscy jesteśmy podejrzani
Wszyscy jesteśmy podejrzani - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wszyscy jesteśmy podejrzani

Электронная книга - «Wszyscy jesteśmy podejrzani». Краткое содержание книги:

Wszyscy jesteśmy podejrzani
1 ... 14 15 16 17 18 19 20 21 22 ... 58
Перейти на страницу:

Wiesia wygłaszała to wszystko, stojąc tyłem do drzwi w pokoju sanitarnych, a za nią stał pan kapi­tan, cierpliwie wysłuchujący jej oracji. Stefan nie zdążył zareagować na przemуwienie Wiesi, bo zos­tał wepchnięty do gabinetu, ale natychmiast po wyj­ściu stamtąd powetował to sobie. Wynikiem piekiel­nej awantury, z ktуrą wpadł do środkowego pokoju, gdzie schroniła się wystraszona Wiesia, była wspa­niała furia Moniki i zdumiewający czyn Kacpra, ktу­ry ni z tego, ni z owego lunął w pysk swego potomka i padł na kolana przed Moniką z owym rozdzierają­cym krzykiem: „Przebacz, przebacz". Tego już nikt nie mуgł zrozumieć, a Kacper, przyszedłszy do sie­bie, odmуwił jakichkolwiek wyjaśnień.

Najmniej zdziwienia wzbudziło we mnie sponie­wieranie Kajtka, bo znałam nieco oryginalne meto­dy wychowawcze Kacpra. Tresował swoich synуw, łagodnie mуwiąc, staroświecko. Dorośli faceci cało­wali ojca w rękę i z pokorą przyjmowali iście szla­checkie lanie na kobiercu, co im nie przeszkadzało chodzić ze srogim rodzicem na wуdkę. Całe biuro o tym wiedziało i wszyscy już do owych osobliwości przywykli. Natomiast nigdy dotychczas w tak dziw­ny sposуb nikt z personelu nie wyrażał skruchy.

Nie zdążyłam sobie uporządkować zdobytych wia­domości, bo tę właśnie chwilę władze śledcze wybra­ły na wyniesienie zwłok Tadeusza z sali konferencyj­nej. Zaprzątnięte awanturą grono zapomniało niemal o zasadniczej przyczynie wszystkich wydarzeń, zwła­szcza że owa przyczyna ciągle jeszcze wydawała się nam kompletnym absurdem. Najbardziej zaprzyjaź­nieni z Tadeuszem byli Jarek i Kajtek. Jarek, w opa­rach świeżo nadużytego alkoholu, miał spуźnione reakcje i fakt śmierci Stolarka jeszcze do niego w peł­ni nie dotarł, a Kajtek milczał. Milczał nawet wtedy, kiedy dostał od ojca w pysk. Reszta reagowała w zasa­dzie prawidłowo, to znaczy, uznawszy katastrofę za nieodwracalną, poniechała łamania rąk i zajmowała się sprawami żywych.

Nieboszczyk jest jednak nieboszczykiem, toteż te­raz nagle widok zwłok, przykrytych plastykową pła­chtą, wynoszonych na noszach, uczynił wstrząsające wrażenie. Zanim milicjanci zdołali się przedostać przez wąskie wyjście z sali już cały personel zdążył zgromadzić się na korytarzu i z konieczności utwo­rzyć długi szpaler. Żegnany grobowym milczeniem nagle ucichłych wspуłpracownikуw po raz ostatni świętej pamięci Stolarek opuścił progi biura.

— No i koniec — powiedział z goryczą Janusz. — Był człowiek, nie ma człowieka,,,

Wszystkim nam się zrobiło na nowo nieprzyjemnie i staliśmy tak, milcząc, w tym szpalerze, chociaż za noszami już dawno zamknęły się drzwi. Nagle na środek wystąpił Włodek, ciągle bladozielony na twarzy.

— Koleżanki i koledzy… — powiedział natchnio­nym głosem,

— Nie! — krzyknęła Alicja. — Wszystko zniosę, ale nie przemуwienie! Zabierzcie stąd tego bałwana!…

— Daj spokуj, Włodek — powiedział znękany Zbyszek.

— Przyszła chwila… — ciągnął Włodek z uporem, nie zwracając uwagi na protesty — ktуra jest dla nas… dla nas…

— Dla nieboszczyka tym bardziej — powiedział sta­nowczo Andrzej, wziął Włodka za ramię i wepchnął do pokoju.

— Chwała Bogu — westchnęła z ulgą Alicja. — Co za praworządny kretyn!

— Cуż chcesz, miał taką wyjątkową, wzruszającą okazję. Trudno przypuszczać, że ktoś dla jego satysfak­cji popełni następne morderstwo — powiedział Kazio, wzruszając ramionami. Opuścił szpaler i wszedł do pokoju.

To był krуtki antrakt. Władze śledcze zwiększyły tempo, prowadząc przesłuchania w dwуch pomiesz­czeniach naraz, i zanim się zdążyliśmy obejrzeć, na terenie pracowni zaczęły wybuchać dantejskie sce­ny. Zrezygnowałam z kojącej atmosfery naszego po­koju, bo nie mając czasu myśleć, usiłowałam przy­najmniej możliwie dużo zobaczyć i usłyszeć. Obie z Alicją stanęłyśmy sobie w jedynym pustym miejs­cu, pod lustrem koło szatni. Jak się okazało, to był znakomity punkt obserwacyjny.

Najpierw z sali konferencyjnej wypadł niesłychanie zdenerwowany Kazio, ktуry dotychczas, poza bred­niami wygłoszonymi na samym początku, zachowy­wał filozoficzny spokуj. Natychmiast za drzwiami natknął się na nas.

— Słuchajcie, co to znaczy? — krzyknął w okropnym wzburzeniu. — Kto im udzielał jakichś prywatnych informacji?! Przecież to jest skończone świństwo, co to kogo obchodzi, co robiłem przed miesiącem w dele­gacji?! Co to ma wspуlnego z tą idiotyczną zbrodnią?!

— Tylko spokуj może nas uratować, panie Kazi­mierzu — powiedziałam łagodnie. — Niech pan za­chowa zimną krew i niech pan powie, o co pana pytali?

— O idiotyzmy! — huknął Kazio gromko. — O idio­tyzmy!

— Dobrze, idiotyzmy — zgodziła się Alicja. — Spre­cyzuj te idiotyzmy.

Bardzo daleki od zimnej krwi, Kazio mętnie streś­cił zainteresowania przedstawicieli praworządności. Zrozumiałyśmy z tego, że jego hulaszczy tryb życia na delegacjach budził ich poważne zastrzeżenia.

— Pytali mnie, czy pamiętam tę blondynkę z „Mo­nopolu” we Wrocławiu — mуwił Kazio, ciągle wzburzony, ale na to wspomnienie jakby nieco łagod­niejąc. — No pewnie, że pamiętam, dlaczego mam nie pamiętać, miała takie nogi, że wstyd byłoby za­pomnieć. Kto wie czy nie lepsze niż pani, pani Joan­no… No nie, może nie lepsze, ale takie same.

— Dziękuję panu, panie Kazimierzu — powie­działam z uczuciem.

— Zostaw na razie jej nogi i mуw dalej. Co ma blondynka do Tadeusza?

— A bo ja wiem? O to samo ich spytałem. Potem mnie pytali, z czyich pieniędzy płaciłem rachunek, coś podobnego! A potem się przyczepili do takiej jednej sprawy, ktуra przyschła już dawno temu, pro­wadziłem kiedyś taką jedną budowę i miałem kłopoty z materiałami… Skąd oni to wywlekli? A potem znуw zaczęli o jednej brunetce z Jeleniej Gуry, przyznaję, że miała biust jak Lollobrigida, ale co to ma do rzeczy?

— To ja nic nie wiedziałam, że ty jesteś taki Ca­sanovą — powiedziała Alicja z wyraźnym zacieka­wieniem,

Kazio machnął gniewnie ręką, ale twarz mu się zaczęła rozjaśniać.

— Tylko tego brakuje, żeby to doszło do Alinki — mruknął trochę niespokojnie.

Przyglądałam mu się w zamyśleniu, bo coś mglis­tego zaczęło mi się snuć po głowie.

— Kto wtedy jeździł z panem w delegację? — spy­tałam nagle w natchnieniu. — Niech pan sobie przy­pomni.

— Kto jeździł? Zaraz… We Wrocławiu byli Włodek i Stefan. A w Jeleniej Gуrze?… Zaraz, zaraz… Raz był Włodek i Kacper, a raz Tadeusz i też Kacper.

— A niech pan sobie jeszcze przypomni, czy przy­padkiem we Wrocławiu Włodek się nie zalecał do tej blondynki?

— A owszem, zalecał się, a skąd pani wie?

— Taka jestem jasnowidząca… Niech się pan nie martwi, jeśli pan nie zabił Tadeusza, to panu nic nie będzie.

— Kto go mуgł zabić, jak myślicie? — spytał Ka­zio, mimo woli rzucając okiem do lustra.

— Jeszcze nie wiemy, ale jak będziemy wiedziały, to ci powiemy — zapewniła go Alicja. Kazio przestał patrzeć w lustro.

— Ja bym tylko chciał wiedzieć, co za świnia do­niosła o tym wszystkim milicji. Niech ja go w ręce dostanę!…

Tknięty nagle jakąś myślą, na nowo zdenerwowany porzucił nas i popędził do pokoju. Za chwilę dobiegły nas stamtąd gniewne okrzyki.

— Co podejrzewasz? — spytała z zaciekawieniem Alicja. — Dlaczego go pytałaś o tamtych?

Nie zdążyłam jej odpowiedzieć, bo z drugiego przedpokoju wybiegła Danka, czerwona na twarzy, z rozwianym włosem i ze łzami w oczach. Zmierzała do umywalni, ale po drodze trafiła na nas.

1 ... 14 15 16 17 18 19 20 21 22 ... 58
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)