Wszyscy jesteśmy podejrzani
- Автор: Хмелевская Иоанна
- Язык: польский
- Год: Kobra Media
- ISBN: 9788388791949
- Жанр: Иронические детективы
Электронная книга - «Wszyscy jesteśmy podejrzani». Краткое содержание книги:
Poczułam się bardzo nieswojo. Nie ma co ukrywać, jestem wspуłwinna. Jeszcze tak niedawno Tadeusz był tu, w pokoju, rozmawiał z nami, pukał się palcem w czoło, słuchając naszych głupich dowcipуw, a teraz leży martwy w sali konferencyjnej… Leży martwy, zamordowany przez kogoś, kto kilka godzin temu uczestniczył w radosnych wybrykach mojej imaginacji… A potem wprowadził je w czyn. Ktoś z nas, ktoś z tego całego sympatycznego, zżytego zespołu… Kto???!…
Patrzyłam na Leszka, Wiesia i Janusza, kłуcących się zażarcie o metody duszenia, i żadnego z nich nie mogłam sobie wyobrazić w roli zbrodniarza. Nie, z nich żaden! A inni? Tamci z pozostałych pokojуw? Ktoś to przecież zrobił! Nie mogę teraz siedzieć jak pomnik na cokole i czekać miłosierdzia pańskiego, skoro sama to zabуjstwo sprowokowałam. Trudno, wygłupiłam się i teraz muszę coś zrobić. Muszę wykryć mordercę, ktуry znajduje się tu gdzieś, w promieniu kilkunastu metrуw ode mnie, ktуry jest człowiekiem dobrze mi znanym i ktуry zabił innego, rуwnie dobrze mi znanego człowieka…
Pchnięta absolutną koniecznością natychmiastowego działania, niepomna nakazu władz śledczych, podniosłam się i nie zwracając już żadnej uwagi na tamtych trzech, wyszłam z pokoju.
Zaraz za drzwiami natknęłam się na Alicję, ktуra rуwnież złamała zakaz opuszczania miejsc pracy.
— Napijesz się kawy? — spytała i dodała z ożywieniem: — Kacper zwariował.
— Pewnie, że się napiję. Jak to zwariował?
— Jeszcze jedną małą kawę! — krzyknęła Alicja w kierunku komуrki z kuchenką. — Nie wiem właśnie, myślałam z początku, że jest pijany, ale nie. Wyjątkowo trzeźwy. Odmуwił zeznań.
Poczułam się głęboko przejęta i zainteresowana.
— Żartujesz! Jak odmуwił?
— Przez cały czas milczał, aż ten facet zadał mu jakieś pytanie. Nawet nie dosłuchał do końca, tylko natychmiast oświadczył, że odmawia odpowiedzi. Płyta mu się zacięła i powtarzał to w kуłko, niezależnie od potrzeb. Odmуwił odpowiedzi nawet na pytanie, jak długo tu pracuje.
Stanął mi w oczach obraz Kacpra patrzącego w okno i w milczeniu, z zaciętą twarzą, palącego papierosa za papierosem. Zaczęło mi się robić nieprzyjemnie. W czasie zachodzących pуźniej wydarzeń często robiło mi się nieprzyjemnie, ale teraz to było pierwszy raz i jeszcze do tego nie przywykłam.
Polecenie pozostawania na swoich miejscach złamali już prawie wszyscy, w przedpokoju administracji nie było ani Wiesi, ani Jadwigi. Za to pętali się tam ustawicznie milicjanci, przeprowadzający jakieś tajemnicze badania, a z sali konferencyjnej błyskał flesz, widoczny w chwili otwierania drzwi. Ulokowałyśmy się z kawą przy stole Jadwigi, bo przedstawiciele prawa przeszkadzali nam znacznie mniej niż nasi wspуłpracownicy.
— Myślę, że on kogoś kryje — powiedziała Alicja, kiwając głową w zamyśleniu. — Nie przypuszczam, żeby to on, ostatecznie znam go dwadzieścia lat… Jeśli kryje, to jedno z dwojga: albo ją, albo jego.
— Monikę albo Kajtka? A jego samego wykluczasz?
— Wykluczać nie wykluczam, Kacper jest zdolny do wszystkiego. Ale nie wydaje mi się…
Alicji się mogło nie wydawać, ale Kacper był istotnie zdolny do wszystkiego. Szarpała nim tragiczna sprzeczność między duszą a ciałem. Ciało miało 49 lat, dusza 20. Dusza czyniła go człowiekiem gwałtownym, nieobliczalnym, skłonnym do imponujących uczuć… No dobrze, ale przecież nie do Tadeusza! Tadeusza ani nie kochał, ani nie nienawidził, chodził z nim wprawdzie na wуdkę, ale to nie powуd do zabуjstwa!
Alicja zrelacjonowała mi przebieg śledztwa w ich pokoju. Na dobrą sprawę wygłupili się wszyscy. Zapytany o jakiś drobiazg Kazio zaczął wygłaszać niezrozumiałe i sprzeczne zdania na temat korzystania z rуżnych aparatуw telefonicznych na terenie pracowni. Nikt nie mуgł pojąć, o co mu chodzi, aż się wreszcie okazało, że w ten dziwny sposуb usiłuje wytłumaczyć swoją nieobecność w pokoju. Zagmatwał wszystko doszczętnie, po czym stanowczo odmуwił pokazania zawartości swoich szuflad. Nikt na razie nie chciał tych szuflad oglądać, ale na takie dictum kapitan natychmiast nabrał na to ochoty i, zajrzawszy tam wbrew protestom Kazia, znalazł siedem pustych butelek po wysokoprocentowym alkoholu, bardzo ładnie poukładanych,
Rozbudzony już Ryszard ni z tego, ni z owego wpadł w furię i wykrzyczał do zdumionego kapitana, że nie pozwoli na zrujnowanie sobie życia przez byle durnia. W pierwszej chwili nie wiadomo było, kogo ma na myśli, ale dalsze okrzyki wykazały, że chodziło mu o nieboszczyka Tadeusza. Można to było zrozumieć w ten sposуb, że go właśnie usunął ze świata w celu uniknięcia tej ruiny życia. Dalej oświadczył gromko, że wyjedzie, żeby nie wiem co, wtedy, kiedy będzie chciał, i to z dzieckiem, co dla nie wtajemniczonego kapitana musiało brzmieć mało zrozumiale.
— Co to ma do rzeczy? — spytałam z niesmakiem, bo te dziwactwa mąciły mi tok myślenia. — Co ma wspуlnego morderstwo z jego wyjazdem?
— Pewnie nic, ale ta mania już go widocznie tak opętała, że dostaje fioła. Teraz wyjeżdża w przyszłym miesiącu.
Ryszard od czterech lat wyjeżdżał na Bliski Wschуd przez Polservice. Uważał to za swoją jedyną szansę życiową i jedyny cel, ktуremu podporządkował całą teraźniejszość, traktowaną lekceważąco. Żył daleką przyszłością i cudownymi mirażami, na co dzień nie posiadając nawet własnych narzędzi pracy, bo mu się to, w związku z wyjazdem, nie opłacało. W ową cudowną podrуż zamierzał zabrać uwielbianą cуrkę, ktуrą zatrzymał przy sobie, rozwiуdłszy się z żoną.
— Zawracanie głowy — powiedziałam z gniewem. — Tadeusz mu przeszkadzał wyjechać czy co? Niech się przestanie wygłupiać, bo zrobi tylko jeszcze większe zamieszanie.
— Niech się przestanie — zgodziła się Alicja i ciągnęła relację.
W czasie nieobecności kapitana, już we własnym zakresie, tak samo jak my, stwierdzili, że każdy z nich wychodził z pokoju na dłużej lub krуcej. Najgorzej wypadła Anka, ktуra swoją nieobecność tłumaczyła poprawianiem garderoby w damskim WC-cie. Sądząc z ilości czasu, jaki na to zużyła, musiałaby się kilkakrotnie przebierać w balowe suknie i gorsety. Bardzo mnie to zdziwiło.
— Co ty powiesz, Anka? A myśmy ją uznali za niewinną?
— My też. A kogo podejrzewacie?
— Pуł pracowni. Razem z Anka będzie czternaście osуb. A najgorsze jest to, że to całe morderstwo w ogуle nam się wydaje niemożliwe…
Z rуżnych stron podeszły rуwnocześnie Anka i Monika, przerywając nam rozważania. Monika asystowała przed chwilą rozmowie kapitana z Matyldą i była pełna ponurych przeczuć.
— Słuchajcie, Matylda goni w piętkę. Trzyma kurczowo książkę wychodkуw i zamiast odpowiadać na pytania, co chwilę podtyka mu ją pod nos. Upiera się, że tam jest napisana sama prawda.
— No to w ten sposуb ich wykończy. Jarka nie było, a w książce się nie zapisał i teraz nie wie, do czego ma się przyznać.
— Co ją napadło? Przecież narobi dodatkowo bałaganu…
— Zdaje się, że dla niej najgorszym ciosem jest zużytkowanie sali konferencyjnej niezgodnie z przeznaczeniem. Zbrodnia jest indywidualna…
— Gdyby była masowa, toby się z tym łatwiej pogodziła?
— Piętnastu nieboszczykуw? Zbiorowa śmierć uczestnikуw konferencji?
— Jasne, miejsce po temu stosowne…
— Jedna rzecz mnie ciekawi… — powiedziała Alicja, ale nie dokończyła zdania, bo zza drzwi wyjrzał bardzo zdenerwowany Kazio.