Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #1
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187080
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:
– O co właściwie chodzi Ehrenowi? O kontrakt na dostawę siodeł dla trzeciego pułku?
Ubrany w oficjalne barwy mężczyzna machnął lekceważąco dłonią i przybrał pozę teatralnego oburzenia. Yatech skrzywił się z niesmakiem. Więc tak rzucali wyzwanie Meekhańczycy? U niego w afraagrze mężczyzna po prostu podchodził do innego i wyciągał broń, a potem szukali sobie ustronnego miejsca.
Próba uwiedzenia córki, tak brzmiał oficjalny zarzut. Niejasno przypomniał sobie jakieś blade, niemrawe stworzenie w liliowej sukni, z którym zamienił kilka słów ostatniego wieczora. To był trzeci bankiet, na który zabrał go Aerin, pełno uroczyście odzianych mężczyzn i kobiet, drogie wina, jedzenie ledwo przypominające coś nadającego się dla ludzi, muzyka. I wielka sala, gdzie poza stołami uginającymi się od przysmaków nie było niczego więcej. Żadnego miejsca, aby usiąść, spocząć, ulżyć obolałym stopom. Goście, którzy mieli ochotę na chwilę odpoczynku, wymykali się do ogrodu, gdzie stało kilka ozdobnych ławek. Reszta krążyła po sali, wymieniając banalne uwagi, płaskie komplementy, niemrawe złośliwości. Aerin powiedział wtedy, że dopiero po północy, gdy wino rozgrzeje krew, może zacznie dziać się coś ciekawego.
Ich obecność została zauważona od razu, wielu kupców i arystokratów przychodziło w towarzystwie własnych strażników, kolejny dziwny, meekhański zwyczaj, którego nie rozumiał, wśród Issaram mężczyzna, który nie potrafiłby sam zadbać o swoje bezpieczeństwo i honor, byłby skazany na banicję. Gdy najmował się jako strażnik, był przekonany, że będzie miał pod opieką przede wszystkim rodzinę kupca. Towarzyszenie samemu Aerinowi w trakcie balów i przyjęć wydawało mu się nieco dziwne. Tym razem poszli we dwóch, gdyż pani Ellanda źle się poczuła. Gdy tylko weszli do sali, muzyka ucichła i niemal wszystkie twarze zwróciły się w ich stronę. Strażnicy innych gości, przeważnie byli żołnierze, weterani wielu meekhańskich wojen lub wojownicy koczowniczych plemion, wpatrywali się w nich intensywnie, czasami wrogo. Aerin uprzedził go, że ma nie reagować na żadne zaczepki z ich strony. Strażnik nie ma własnego honoru, taka była jedna z głównych zasad tej służby. Honorem strażnika jest honor jego pracodawcy. Życiem strażnika jest życie jego pracodawcy, to była kolejna zasada, o której nigdy nie powinien zapominać.
Dlatego gdy padło to dziwaczne wyzwanie, spojrzał na kupca, oczekując na jego decyzję. Ten najwyraźniej się wahał.
– Moja rodzina nie ma z tą sprawą nic wspólnego – oświadczył wreszcie. – Dlatego zjawię się sam wraz z Yatechem i dwójką przyjaciół. Oczekuję, że baron również przyjdzie ze swoim przedstawicielem i dwoma towarzyszami.
Mężczyzna w atłasach wyglądał, jakby się zastanawiał.
– Zgoda – oświadczył po chwili. – Pojedynek odbędzie się jutro godzinę po wschodzie słońca.
Wyszedł, zostawiając intensywną woń potu i ciężkich, słodkich perfum.
Aerin pożegnał się ze wszystkimi zdawkowo i prawie wyciągnął go ze sklepu. Zanim przybyli do jego rodowej siedziby, Yatech poznał większość meekhańskich przekleństw, jakie były w użyciu w tej części Imperium.
Żona kupca również wyglądała na wzburzoną.
– Nie możecie tam iść. Dla Ehrena-rec-Vankeela walczy Veel Saworeh.
– Nie możemy nie pójść. Tu nie chodzi o jego córkę, tylko o kontrakt. Dowódca Trzeciego Pułku nigdy nie podpisze umowy z kimś, kto wycofał się z honorowego pojedynku. I Ehren dobrze o tym wie. Dlatego podsunął swoją córkę Yatechowi. Psiakrew, obserwowałem ich przez całe spotkanie. Nie powiedział do niej nawet pięciu słów.
– Cztery.
– Co „cztery”, Yatech?
– Cztery słowa. Zapytała, czy wyjdziemy do ogrodu, bo boi się ciemności. Powiedziałem: „Obowiązki mi nie pozwalają”. Tylko tyle.
Ellanda uśmiechnęła się leciutko.
– Czyżby była aż taka brzydka?
– Nie, jeśli ktoś lubi krosty i lekkiego zeza. Będzie miała kłopoty ze znalezieniem męża.
– Nie sądzę, jej ojciec jest baronem i ma spory majątek. Nie ma lepszego eliksiru piękności niż tytuł i duży posag. Dobrze, że się powstrzymałeś. W razie czego mam świadków, jak było naprawdę, ale z pojedynku nie możemy się wycofać. Straciłbym twarz.
To akurat rozumiał bez problemów. Zastanawiało go tylko jedno.
– Ktoś dla niego walczy? Dla barona? Sam nie wystąpi w obronie honoru córki?
– Nie. Gdyby to mnie oskarżył o próbę uwiedzenia, musiałby walczyć sam. Mam tytuł szlachecki, więc nie miałby innego wyjścia. Postąpił bardzo sprytnie, teraz może wystawić do walki własnego strażnika i jeśli wygra, umowa będzie jego.
– Dlaczego?
– Pułkownik Gasewr nie kupi siodeł dla swoich kawalerzystów od kogoś, kto przegrał honorowy pojedynek. To nie pierwszy raz, gdy rec-Vankeel chce zdobyć w ten sposób kontrakt od armii.
– A ten jego strażnik? Dobrze walczy?
– Saworeh to rzeźnik. Były oficer z pułku kawalerii Niebieskie Łby, wyrzucony z armii, bo za bardzo lubił zabijać. Podobno był odpowiedzialny za kilka masakr koczowniczych plemion, do których doszło parę lat temu w trakcie zwykłej przygranicznej przepychanki. Cztery obozy, mężczyźni, kobiety i dzieci. Musieliśmy zapłacić złotem za każdego zabitego, żeby plemiona nie ogłosiły wielkiej wojny. Handel z koczownikami przynosi dziesięć milionów cesarskich orgów rocznego zysku. Wojna kosztowałaby pięć milionów miesięcznie. Lubiący krew głupcy to przekleństwo każdego imperium.
Yatech wzruszył ramionami.
– To przekleństwo każdego plemienia. Pytałem, czy dobrze sobie radzi z mieczem?
– Walczy womerską długą szablą, znasz tę broń?
– Widziałem ją w walce. Dobra szabla, ale lepsza dla jeźdźca niż pieszego.
– Jemu to nie robi różnicy. Jeśli Saworeh nie zdecyduje się na drugie ostrze, ty także będziesz musiał walczyć jednym mieczem. Takie są reguły pojedynku.
– Rozumiem. Jak wygląda?
– Ciemne włosy, niebieskie oczy...
– Chodziło mi o wzrost i wagę, pani Ellando. Nie zamierzam go swatać, tylko zabić.
Małżonka kupca zaczerwieniła się lekko. Mąż posłał jej kpiący uśmiech.
– Kobiety – mruknął. – Jest pół głowy wyższy od ciebie, masywny i szeroki w ramionach. Ehren-rec-Vankeel chwali się nim przy każdej okazji, prowadzając za sobą nawet do wychodka. Widziałem dwa jego pojedynki. Jest szybki, silny i mimo swojej masy rusza się jak kot. Przeciwników na ogół okalecza. I to też jest ważne, Yatech. Nie powinieneś go zabijać.
– Nie rozumiem.
Aerin westchnął, wyraźnie zakłopotany.
– Trudno to wytłumaczyć... Zostałeś wyzwany na pojedynek, ech, właściwie to ja zostałem wyzwany, ale ty masz walczyć. W takich pojedynkach, jeśli wyzywający wyraźnie nie zaznaczy, że walka ma być na śmierć i życie, obowiązuje niepisana zasada poważnego zranienia, po którym jeden z przeciwników poddaje się, a drugi darowuje mu życie. Nie robi dobrego wrażenia ktoś, kto wychodzi na plac, żeby posiekać adwersarza na kawałki.
– Więc po co walczyć? Nie lepiej po prostu zagrać w kości?
– Yatech... Tu chodzi o to, że jesteś...
– Issaram?
– Issarem. Tak. Ta prowincja wciąż pamięta rzeź sprzed ćwierć wieku. – Aerin rzucił ostrożne spojrzenie na żonę. Miała twarz jak wykutą z kamienia. – Jesteś nowy w mieście. Niedobrze będzie, jeśli zaczniesz od zabicia byłego oficera, nawet jeśli jest to ktoś okryty wątpliwą sławą. Ludzie odwrócą się od ciebie i ode mnie.
Zawahał się.
– Oczywiście, jeśli nie będzie innego wyjścia, możesz wypruć mu flaki.
Yatech wzruszył ramionami, to był jeden z tych gestów, które jego pracodawca odczytywał bezbłędnie.
– Ja jemu albo on mi. Nigdy nie wiadomo. Jeśli pozwolicie, pójdę się przygotować na jutrzejszy ranek.
Rzecz jasna nie zatrzymywali go. Gdy wszedł do swojej komnaty, zaryglował drzwi, ściągnął pasy z mieczami i wierzchnią szatę, po czym usiadł na łóżku. Zamknął oczy, koncentrując się na własnym ciele. Rozpoczął serię ćwiczeń oddechowych, rozluźniających mięśnie i zwalniających bieg myśli. Jutro rano stanie do walki w imię reguł, których do końca nie rozumiał. Został wyzwany, żeby skompromitować jego pracodawcę. Będzie walczył, być może na śmierć i życie, po to, by jeden z kupców mógł zarobić dużo złota. To byo coś, czego do końca nie pojmował, zasady, które rządziły tym światem, były dziwne i niepojęte.