Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
1 ... 97 98 99 100 101 102 103 104 105 ... 123
Перейти на страницу:

Jeździec zdążył wydobyć szablę, ciężkie, zakrzywione ostrze z ciemnej stali. Uniósł się w siodle i ciął z góry, prosto w głowę Saber’cha. Chłopak sparował lewym mieczem w głębokim uniku, prawym jednocześnie zadając szeroki cios w tylne nogi konia, między pęciny a staw skokowy. Trafił tylko jedną, zakrzywione ostrze zgrzytnęło o kość, i to wystarczyło. Zwierzę przy następnym kroku kwiknęło dziwacznie, zupełnie nie jak koń i aż zaszorowało zadem po ziemi. Jeździec wyrzucił stopy ze strzemion i w pełnym pędzie zeskoczył z siodła. Przetoczył się, podniósł od razu na nogi, ciągle z szablą w ręku, i odwrócił w ich stronę. Furia w jego oczach mogłaby kruszyć skały.

Wyciągnął rękę w stronę przeraźliwie rżącego, usiłującego podnieść się zwierzęcia i rzucił kilka słów w swoim języku. Krótkich, dosadnych, gniewnych. Splunął na ziemię, podszedł do konia i jednym, straszliwym, oburęcznym cięciem prawie odrąbał mu łeb. Spojrzał na chłopców i Yatech zrozumiał, co wuj mówił o ludziach, którzy przeszli już pod ostrzem śmierci, lecz wracają, żeby zabrać kogoś ze sobą. Ten koczownik wiedział, że umrze, ale postanowił ich tu i teraz zabić i to za... co było prawie niewiarygodne, za konia, którego okaleczyli. Zupełnie jakby to zwierzę było członkiem jego rodu, pomyślał.

Saber’ch opuścił broń w dół i lekko skinął mężczyźnie głową, po czym ruszył na niego przygarbiony. Yatech spojrzał na swoje dłonie, w których ściskał rękojeści mieczy. Nie pamiętał, żeby je wyciągał. Usłyszał szelest za plecami, więc odwrócił głowę, chcąc powiedzieć nadchodzącym kuzynom, żeby się nie wtrącali, bo Saber’ch przyjął wyzwanie. Cios spadł na niego jak piorun, powinien trafić w gardło, ale w ostatniej chwili chłopak zdołał podnieść rękę, podbijając jatagan. Ostrze ześlizgnęło się po policzku, na skos, zahaczając o kość i kończąc niemal na linii ust. Ból był obezwładniający, Yatech zatoczył się w bok, tylko dzięki szczęściu unikając ciosu wyprowadzonego drugą ręką. To był ten koczownik, którego konia zranili pociskiem z procy. Podczas upadku zgubił szablę, teraz szedł na niego z dwoma jataganami w rękach. W oczach płonęło mu szaleństwo. Kolejny, który nie chciał odejść sam do przodków. Podobno Karchonowie wierzyli, że dusze nieprzyjaciół zabitych w ostatniej walce zostają niewolnikami wojownika, gdy przejdzie on już przez bramy Domu Snu. To sprawiało, że przyparci do muru, walczyli jak demony.

Teraz koczownik rzucił się na Yatecha, zasypując go ciosami. Był wyższy od niego niemal o głowę, szeroki w ramionach, szybki i silny. Walił z furią, raz za razem, a jego jatagany niewiele ustępowały długością dziecięcym mieczom chłopaka. Na dodatek, co wśród koczowników było rzadkością, umiał walczyć oburącz niemal tak dobrze, jakby był Issaram.

Yatech cofnął się o krok, później kolejny, parując uderzenia z coraz większym trudem. Jego przeciwnik był świetnym szermierzem i co najważniejsze, walczył, żeby zabić. A on jeszcze nigdy nie przelał krwi wroga w walce. Ból zranionego policzka paraliżował prawą stronę twarzy, mglił wzrok i niemal odbierał zmysły.

Nie chcę umierać, pomyślał, nie teraz, nie tutaj. Odbił kolejny cios, a ramię zdrętwiało mu od siły uderzenia. Nie chcę umierać, gdy słońce właśnie wyszło zza gór, gdy zapowiada się kolejny piękny dzień, a niebo jest takie błękitne. Nie chcę dołączyć do trupów, plamiących trawę krwią i żółcią. Uchylił się przed szerokim cięciem i odskoczył w tył. Ekchaar, nadwerężony cięciem, rozchylił się nagle i zsunął mu z twarzy. Na chwilę koczownik zwolnił, najwyraźniej zaskoczony młodością swojego przeciwnika. Później uśmiechnął się szeroko i ruszył do ataku.

W tej chwili Yatech zobaczył ją po raz drugi. Nie było wątpliwości, że to kobieta albo dziewczyna stała kilkadziesiąt kroków z tyłu, za plecami Karchona, a jej sylwetka niemal zlewała się z tłem, które stanowiły pobliskie zarośla. Zaskoczony, prawie dał się wypatroszyć, w ostatnim momencie sparował sztych, odbił cios drugiego jatagana i znów się cofnął, zapominając o dziwnej postaci.

Rozpaczliwie, szaleńczo chciał żyć, a to znaczyło, że ten wojownik musi zginąć. Rzut oka upewnił go, że Saber’ch nadal walczy ze swoim przeciwnikiem, widocznie również trafił na dobrego szermierza. Z boku wciąż dochodziły dzikie okrzyki i szczęk broni. Był zdany tylko na siebie.

Odbił kolejne trzy ciosy, przed czwartym uchylił się, nie ufając swojej ręce, którą po ostatniej paradzie ogarnęło dziwne, rozchodzące się od łokcia drętwienie. Opuścił miecz, poruszył nadgarstkiem, usiłując przegnać mrowienie sięgające już dłoni. Karchon zauważył ten gest i uśmiechnął się ponownie pod ciemnym wąsem. Yatech zmrużył oczy.

Nie chcę umierać, pomyślał jeszcze raz, to nie jest dobry dzień na śmierć. Nie tu i teraz. Nie!!!

Skoczył do przodu, gdy tylko koczownik uniósł broń do kolejnego ciosu. Puścił miecze, a zanim brzęknęły o kamienie, miał już w dłoniach krótkie sztylety i nagle znalazł się w obrębie ramion napastnika, zbyt zaskoczonego, by zareagować. Uderzył, tak jak setki razy ćwiczył to z wujem. Prawa ręka w lewą tętnicę szyjną, lewa w prawy bok, tuż pod żebra, w wątrobę.

Nie przebił pancerza lewą ręką, wyprawiona skóra powstrzymała ostrze, ale drugi sztyletem trafił idealnie, tuż pod szczękę i zaraz w dół, rozcinając szyję aż do tchawicy. Błyskawicznie puścił sztylety, przywarł do napastnika, oplótł go rękoma i nogami. Przewrócili się na ziemię.

Przez kilka długich uderzeń serca toczyli się po trawie, Yatech wczepił się w koczownika jak kleszcz, udało mu się przycisnąć jedno ramię Karchona do tułowia, głowicą jatagana w drugiej dłoni oberwał kilka ciosów w plecy, ale coraz słabszych, mizerniejszych. Krew tryskająca z tętnicy trafiała go prosto w twarz, zalewała teraz oczy, mieszała się z jego własną. Nie puścił napastnika, dopóki jego ruchy nie osłabły, póki nie ucichł rzężący świst wydobywający się z przeciętej tchawicy.

Podniósł głowę na odgłos kroków. Saber’ch też już skończył swoją walkę. Przez chwilę kuzyn patrzył na niego z powagą.

– Będziemy potrzebowali igły...

– ...z nitką – powiedziała ślepa kobieta. – Poproś ciotkę Fatre o koszyk z przyrządami do szycia.

Jej szczupłe dłonie o pomarszczonej skórze z wprawą właściwą tylko niewidomym dotykały rozdarcia w wierzchniej szacie. Bezbłędnie znajdowała drobinki żwiru, małe kamienie, brud. Usuwała je szybkimi, niecierpliwymi ruchami. Pogładziła delikatny materiał, przejechała po haftach.

– To wierzchnia khandawa? – zapytała.

Skinął głową, pociągając nosem. Tak właśnie go znalazła, usmarkanego i pochlipującego, schowanego w najgłębszym kącie rodowej siedziby, w piwnicy składającej się z kilku podziemnych komnat wykutych pod właściwym domostwem. Ze względu na niską temperaturę przechowywano tu zapasy żywności i wody, trafiły tu także kamienne żarna i kobieta, która nimi kręciła. Właśnie ona wychynęła ze swojej komórki, w której oprócz tych żaren i wąskiego posłania nie było niczego więcej. Dzieci w domostwie śmiały się z niej i nazywały ogalewa – mroczna baba. Na ogół nie zbliżały się w trakcie zabaw do piwnic, chrzęst żaren skutecznie odstraszał i informował, że ogalewa nie śpi. Większość z nich bała się jej i unikała. Gdyby nie wypadek, nigdy by tu nie trafił. A tak, gdy pociągając nosem, kulił się w swojej kryjówce, znalazła go i wyciągnęła z kąta. Jej dłonie obmacały rozdarcie, rozpoznały rodzaj szaty.

– To khandawa? – powtórzyła, nie mogąc doczekać się odpowiedzi.

Skinął głową i zaraz, świadomy, że przecież pokryte bielmem oczy nie mogły tego dostrzec, odpowiedział:

1 ... 97 98 99 100 101 102 103 104 105 ... 123
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)