Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #1
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187080
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:
Honorem strażnika jest honor osoby, której przysiągł strzec. To była dobra reguła. Rozwiewała większość wątpliwości i zwalniała z poczucia winy. Ciekaw był, czy ten drugi mężczyzna, ten, z którym skrzyżuje miecz, też tak myśli. Powoli odpływał w trans, oczyszczający myśli z ciężaru niepewności i wahań. Jeśli jutro będzie miał mniej szczęścia, jego kawałek duszy wróci do plemienia bez żadnych problemów.
W ostatniej chwili w odbiciu na wypolerowanej powierzchni miedzianego świecznika zobaczył kogoś za oknem. Zerwał się na nogi, wyciągając broń. Nadal miał założony ekchaar, ale chodziło o to, że ktoś śmiał podglądać go w komnacie, gdy mógł odsłonić twarz. Taką ciekawość należało powstrzymywać w samym zarodku. Zanim dopadł okna, wiedział, że się pomylił. Cień zniknął.
Ktoś delikatnie zapukał do drzwi.
– Yatech...
– ...hej, Yatech – gorączkowy szept kuzyna obudził go z lekkiej drzemki. – Karchonowie.
Zerwał się i zaraz upadł z powrotem, podcięty.
– Leż, głupi. Mogą nas zobaczyć.
Wypas kóz, ostatni w tym roku. Z trudem uprosił ciotkę, żeby pozwoliła mu pójść ze starszymi kuzynami na drugą stronę gór, kilka dni nużącej, ciężkiej wędrówki, ze stadem meczących, złośliwych, włochatych potworów, które stworzono chyba tylko po to, by zamieniać życie młodych chłopaków w piekło. Stu piętnastu kóz pilnowało sześciu młodzików, w wieku od piętnastu do siedemnastu lat, i on, trzynastoletni niedorostek, noszący jeszcze dziecinne miecze, krótsze i lżejsze od broni używanej przez dorosłych. Wuj Imrynn obiecał mu prawdziwą broń w przyszłym roku, na czternaste urodziny.
Zwierzęta paśli na północnych stokach gór, tam, skąd otwierał się widok na wielkie, zielone równiny, niewiarygodnie bogate i żyzne. Zgodnie z niepisanym, lecz ściśle przestrzeganym prawem linia wyznaczana przez rzeczkę Lassep była granicą terenów, z których korzystali Issarowie. Za nimi rozciągały się południowo-wschodnie stepy, co roku tratowane przez kopyta setek tysięcy sztuk bydła, które koczownicze plemiona przeganiały od wschodnich po zachodnie krańce równiny. Na ogół między koczownikami a ludami Issaram trwało coś w rodzaju zbrojnego rozejmu. Wędrujące po stepach plemiona przybyły na te ziemie jakiś tysiąc lat temu i zdążyły się już dorobić własnych legend o noszących zasłony na twarzach wojownikach, którzy przychodzili z gór i których wprawa i bezwzględność w walce budziły przerażenie. Obie strony starały się unikać starć, czasem handlowały, czasem wymieniały informacje, lecz zdarzało się, że pokusa łatwej zdobyczy była zbyt silna, żeby zrezygnować z walki. Stado kóz, pilnowane przez kilku chłopaków, wydawało się wystarczająco łatwym łupem dla ośmiu jeźdźców, którzy właśnie wgalopowali na łąkę.
Saber’ch, najstarszy z towarzyszących mu kuzynów, poprawił ekchaar i ostrożnie wyjrzał zza skały. Karchonowie jechali nisko pochyleni, ze strzałami nałożonymi na cięciwy łuków, rozglądając się na wszystkie strony. Pancerze z utwardzonej skóry mieli wymalowane znakami odpędzającymi zło, hełmy z brązu obwiązali błękitnymi sznurkami, mającymi przynosić szczęście w walce. Ciemne, śniade twarze, ozdobione imponującymi wąsami, błyszczały od tłuszczu. Za plecami każdego sterczała tyczka, do której umocowano wilczą czaszkę z zębami pomalowanymi na żółto.
– Żółte Zęby – mruknął Saber’ch. – Myślałem, że w tym roku się nie odważą.
Yatech słyszał, że w zeszłym roku ten szczep stracił w walce z Issarami trzydziestu wojowników. Górali poległo tylko trzech. W ten właśnie sposób rodzą się legendy.
Tymczasem napastnicy wjechali w stado, które zakręciło się, zakłębiło pomiędzy końskimi nogami i zastygło nieruchomo, spokojnie skubiąc trawę. Te zwierzęta z pastwiska przepędzić mogło tylko stado demonów. Jeźdźcy przez chwilę rozglądali się ogłupiali, szukając obrońców. Najwyraźniej spodziewali się wszystkiego, tylko nie ciszy i spokoju.
Yatech kątem oka dostrzegł jeszcze kogoś. Mała, ciemna sylwetka przytulona do skał kilkadziesiąt metrów na lewo od nich. Dziecko? Kobieta? Czuł, że patrzy na niego i tylko na niego, jakby chciała spojrzeniem przewiercić go na wylot.
– Zaraz się zacznie – mruknął kuzyn i trącił go w bok. – Siedź w miejscu i nie wychylaj się.
To wystarczyło. Jak mówili mądrzy starcy, jeśli chcesz, żeby młodzik wszedł na górę, zabroń mu się wspinać. Yatech od razu zapomniał o dziwnej postaci, poprawił zasłonę na twarzy, sprawdził, czy miecze lekko wysuwają się z pochew.
– Zobaczymy – mruknął wyzywająco.
Saber’ch tylko się uśmiechnął. Wyciągnął spod wierzchniej szaty procę i dwa ołowiane pociski. Takie do walki, nie do polowania, w których krawędzie wtopiono stalową listwę wyostrzoną jak brzytwa. Starsi zazwyczaj uśmiechali się, mówiąc, że proca to zabawka dla dzieci, ale taki pocisk, odpowiednio wystrzelony, mógł odciąć dłoń lub pół twarzy. Z bliska przebijał skórzany pancerz.
Nagle po przeciwnej stronie polany wybuchł wrzask. Koczownicy jak jeden mąż odwrócili się w tamtą stronę. W szczelinie między kamieniami mignęła szara, przygarbiona postać, trzy wystrzelone w jej stronę strzały przecięły pustkę i w tym samym momencie Yatech zobaczył, jak jego kuzyn przyklęka, rozkręcając broń. Był najlepszym procarzem, jakiego znał. Nie minęły dwa uderzenia serca, jak proca w ręku chłopaka zamieniła się w rozmazany dysk, a Saber’ch wydał głośny, mrożący krew w żyłach, bojowy okrzyk Issaram.
Dwóch koczowników odwróciło się, ten bliższy zaczął napinać łuk. Pocisk z procy poleciał po płaskiej paraboli, niemal śpiewając w locie, i trafił łucznika prosto w usta. Twarz eksplodowała, odrzucona w tył, wydawało się, że gdyby nawet pocisk nie miał ostrych krawędzi, to i tak sam impet uderzenia złamałby jeźdźcowi kark. Zanim mężczyzna zsunął się z siodła, spomiędzy kosmatych kozich grzbietów wyskoczyły cztery zamaskowane sylwetki.
Atakowali konnych parami, zgrani idealnie, tak jak to po wielokroć ćwiczyli w rodzinnej afraagrze. Jeden zadawał cios z prawej lub lewej, wiążąc broń przeciwnika w skomplikowanym młynku, drugi uderzał z przeciwnej strony, sztychem, cięciem, w pierś, brzuch, nogę, jak się dało. Starali się nie ranić zwierząt, zdobyczny koń był wspólnym dobrem, pomnażającym majątek plemienia. Wszyscy koczownicy mieli w rękach łuki, nie dobyli jeszcze szabel ani wyposażonych w długie styliska toporów, więc zanim Yatech zdążył mrugnąć, trzech z nich jakby zdmuchnęło z siodeł. Ostatnia czwórka nie oglądała się na kamratów, tylko rozpierzchła na wszystkie strony. Dwóch ruszyło prosto na nich, jego i Saber’cha.
Mieli do przebycia jakieś trzydzieści kroków, konie rozpędzały się z trudem, spowalniane przez plączące się im pod nogami kozy, jeden wyraźnie został w tyle. Saber’ch zdążył włożyć do procy drugi pocisk, zakręcić dwa razy i posłać go prosto w łeb biegnącego z przodu zwierzęcia. Tym razem życie konia było mniej ważne niż zatrzymanie napastników. Jednak ołowiana gruda nie nabrała wystarczającego pędu, pocisk omsknął się po czaszce, znacząc tylko miejsce uderzenia krwawą smugą. Na szczęście to wystarczyło. Zwierzę kwiknęło przeraźliwie, potknęło się i wyrzuciło jeźdźca z siodła. Zanim koczownik wylądował na ziemi, starszy chłopak już miał miecze w ręku i zagradzał drogę drugiemu z Karchonów.