Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
1 ... 93 94 95 96 97 98 99 100 101 ... 123
Перейти на страницу:

Jeszcze nie miał takich objawów. To znaczyło, że jego chwila jeszcze nie nadeszła. A ból nerek powinien jakoś wytrzymać.

Zaczął pełznąć w górę wydmy.

Prawa ręka, lewa, prawa noga, lewa. I jeszcze raz. Szczyt zbliżał się powoli, całe szczęście, że wydmy, które przemierzał, nazywane kenah, były łagodnymi wzniesieniami, gdzie pod warstwą lotnego piasku znajdowała się twarda, ubita powierzchnia. Dzięki temu mógł się wspinać. Gdyby trafił na inny teren, najpewniej nie udałoby mu się zajść tak daleko. Jednak teraz... dotarcie do Skorpioniego Młyna wydało mu się nagle czymś nieważnym i mało znaczącym. Gdy już upadnie, jego ciałem pożywią się jaszczurki i larwy owadów, a jaszczurkami i owadami – skorpiony. Później ci zabójcy, czując zbliżającą się śmierć, udadzą się w miejsce swojego ostatniego spoczynku. A pustynny wiatr zabierze tam pył z jego zmielonych przez szalejące burze kości. Tak właśnie najpewniej się stanie. Więc nie ma sensu iść dalej, skoro Młyn i tak jest mu przeznaczony.

Pamiętał bajkę o tym miejscu, którą opowiadała mu ciotka.

Pewnego razu pustynny skoczek znalazł umierającego z pragnienia skorpiona. Tknięty litością zabrał go do własnej nory, przynosił w pyszczku wodę, łapał żuki, które skorpion zabijał i pożerał, aż wokół nory skoczka wyrosła góra pustych pancerzyków, a sąsiedzi zaczęli na niego spoglądać z podejrzliwością. Ale skoczek polubił skorpiona, odbyli wiele rozmów, opowiadali sobie, jak to jest wędrować nocą po pustyni, szukać pożywienia, spijać krople, którymi przedświt ozdabia kamienie, uciekać przed drapieżnymi jaszczurkami i nocnymi ptakami. Bo skorpion, co skoczek odkrył ze zdumieniem, mimo szczypiec, twardego pancerza i śmiercionośnego ogona, również bał się stworzeń większych od siebie i wciskał się pod kamień na odgłos łap jaszczurki ghe. „Ty i ja jesteśmy braćmi”, powiedział któregoś wieczora skoczek, a skorpion uśmiechnął się tak, jak to czynią skorpiony, samym ruchem szczypiec, i nie odpowiedział nic. Bo skorpion wiedział lepiej.

Następnego dnia skoczek, od pewnego czasu puchnący coraz bardziej, zdumiał swojego gościa, wydając na świat kilka nagich, łysych stworzeń, które przywarły do niego i zaczęły ssać pokarm. Skoczek leżał nieruchomo, zmorzony snem po wielkim wysiłku i niezdolny do obrony, więc skorpion zrobił to, co uznał za właściwe. Ukłuł każde ze stworzeń swoim żądłem, a stwierdziwszy, że są soczyste i smaczne, pożarł je. „Dlaczego zabiłeś moje dzieci?”, płacząc, zapytał skoczek, gdy już odzyskał świadomość. „Dlaczego uznałeś mnie za stworzenie z twojego rodzaju? Czyż nie wiedziałeś, że jestem tym, czym jestem”, odparł skorpion i zapłakał, tak jak płaczą skorpiony, samym ruchem szczypiec. A później poszedł na pustynię, aby umrzeć. Lecz pustynia, oburzona morderstwem, nie chciała przyjąć jego ciała, tylko zmieliła je na pył i wrzuciła w wielką, pustą nieckę, która stopniowo wypełniła się białym piaskiem z miliardów pustych pancerzyków następnych pokoleń skorpionów.

Ta bajka nie miała morału, nie niosła żadnych mądrości poza jedną – jesteśmy tym, czym jesteśmy, a nasze kości trafią tam, gdzie kości wszystkich zabójców. Więc właściwie nie musiał się starać, mógł położyć się i umrzeć, a i tak znajdzie się tam, gdzie jego miejsce.

Mimo wszystko szedł. To było silniejsze od rozsądku i chęci, by przyjąć ostatnią pieszczotę piasku i wreszcie się poddać. Postępowanie poza rozumem, poza logiką, było czymś, z czego jego siostra zawsze się śmiała. To wspomnienie przeszyło go dreszczem. On nie miał siostry, nie miał brata, matki, ojca, krewnych. Ta pamięć należała do kogoś innego, do człowieka, który umarł... Nie, nie umarł – on się nigdy nie narodził.

Pamiętał to uczucie, które nawiedziło go, gdy wściekłymi uderzeniami miecza wyrąbywał w skale dziurę w miejscu, gdzie wyryto jego imię. Czuł, jakby z każdym odpryskiem zdejmowano z niego jakiś ciężar, każdy fragment kamienia lądujący u stóp ściany wydawał się olbrzymim głazem spadającym z jego barków. Dusza nie jest wcale błogosławieństwem, powiedział kiedyś mężczyzna, którego nazywał wtedy wujem. To ciężar, który musimy nieść od narodzin aż do śmierci, strzegąc go zazdrośnie przed spojrzeniami obcych. Może kiedyś, za tysiące lat, gdy ponownie staniemy przed obliczem Matki, pochyli się ona nad nami i każdy dostanie swoją własną duszę. A ci, którzy przenieśli ten ciężar przez millennia, zostaną wreszcie ocenieni i zbawieni.

Powrót do miejsca, które kiedyś nazywał domem, był skokiem na główkę w bajoro pomówień, plotek i niechęci. Najgorsze, że doskonale rozumiał tę kobietę. „Jesteśmy tym, czym jesteśmy”, powiedziała, stojąc przed nim z twarzą zasłoniętą ekchaarem. To była jedyna prawda, której powinien się pokłonić. Lecz jeśli nie chciał tego uczynić? Gdy jej najstarszy syn wymienił imię Isanell, gdy głosem wypełnionym wściekłością i gniewem rzucił tych kilka zdań, nagle stało się jasne, że nie ma miejsca na świecie, gdzie ktoś taki jak on – pół Meekhańczyk, pół Issaram, mógłby się schronić. To, co wtedy wypełniło mu żyły, nie było ani lodem, ani ogniem. Jakby pękła bańka mydlana w jego głowie i nagle wszystko ucichło, cały świat skurczył się do oczu Deany, oczu, z których w kilka uderzeń serca wyciekła cała radość. Wtedy, na placu ćwiczeń, śmiała się razem z innymi, gdy on upokarzał synów Lengany i ich kuzynów. Czym innym było szczucie wszystkich na samotną młodą kobietę, a czym innym stawienie czoła w walce komuś, kto przelał krew wielu ludzi. Pokazał wtedy, że jakkolwiek by go nazywano, był wojownikiem Issaram. A sprawność bojową Issarowie cenili ponad wszystko.

A potem padło tych kilka słów i zrozumiał, że jednak nie jest jednym z nich. Że poza plemieniem, na służbie u meekhańskiego kupca, zyskał i stracił zbyt wiele, a w afraagrze nie ma niczego, czym mógłby tę dziurę załatać. Zabił tego zbyt gadatliwego, zabił drugiego, który go zaatakował, i był gotów zabić ostatniego z braci, bo jeśli mógł zostawić kobiecie, którą nazywał wtedy swoją siostrą, jakiś pożegnalny prezent, to była nim właśnie ta śmierć. Lecz nagle Deana stanęła przed nim ze skrzyżowanymi szablami, i to był koniec.

Ostatni raz spotkali się w rodowej siedzibie. Siedział na posłaniu z bronią w ręku, zakrzywione klingi wciąż lepiły się od krwi.

– Zbiera się rada – szepnęła, patrząc na niego dziwnie. – Grozi nam wojna rodów.

– Nie będzie wojny – powiedział wtedy. – Nie z mojego powodu. Gdziekolwiek się pojawię, zostawiam za sobą trupy tych, których powinienem chronić.

Opowiedział jej wtedy wszystko, o kupcu, który stał się dla niego niemal ojcem, o jego żonie, kobiecie, dla której honoru obecność w domu wojownika Issaram była z początku wielkim wyzwaniem, bo Issarowie mieli na rękach krew jej ojca i brata. O dwójce dzieci, z których jedno okazało się kimś więcej niż dzieckiem. Mówił krótko, poszarpanymi zdaniami, wyrzucając z siebie nawet nie gniew czy frustrację, lecz próbując pozbyć się zrodzonej na placu ćwiczeń obojętnej ciszy, która wciąż w nim była. Na próżno.

Nagle, pełznąc wciąż w górę, zrozumiał, że dusza opuściła go nie wtedy, gdy wyrąbywał w kamieniu dziurę, lecz wcześniej, gdy dotarło do niego, że nigdy nie będzie prawdziwym Issaram. To była ta cisza i pustka, która wypełniła go, gdy usłyszał imię Isanell. Wtedy, gdy patrzył w oczy kobiety, która była jeszcze jego siostrą, dusza opuszczała go powoli, w rytm uderzeń serca, które zwolniło niemal do zatrzymania się. Kiedy odwrócił się do Venyesa, kiedy sięgnął po broń, był już gaaneh, nieurodzonym, a późniejsze wydarzenia to tylko potwierdzenie tego, co się stało.

1 ... 93 94 95 96 97 98 99 100 101 ... 123
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)