Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #1
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187080
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:
Stanęli wokół niego.
– Żyje – stwierdził ten ze skorpionem na głowie. – Daleko zaszedł.
– Które plemię?
– Pas. Buty. D’yahirrowie.
– Zgoda. Pełna.
Mówili językiem jego ludu, ale z dziwacznym akcentem, wyrzucając z siebie słowa w krótkich, urywanych szczeknięciach. Patrzyli na niego z góry, ich sylwetki wyraźnie odcinały się na tle nieba, aż wreszcie musiał zamknąć zmęczone oczy.
K’k’na, ludzie piasku, wyrzutki wśród wyrzutków. Nazwa, która początkowo brzmiała kalen’ka’naweth, z czasem uległa skróceniu, w miarę jak problem, który stanowili, zmalał. W jego plemieniu mówiono, że wymarli już wiele lat temu, w każdym razie od dawna ich nie spotykano. Byli potomkami tych, którzy nie pokłonili się Prawom Harudiego, nie złożyli ekchaarów i nie przyjęli brzemienia wspólnej duszy. Część plemion, jak twierdziły stare opowieści, powędrowała wtedy na południe, za pustynię, aby szukać własnej drogi. Nieliczna grupa została wśród piasków, tocząc zaciętą, beznadziejną wojnę ze swoimi krewniakami. Przegrali, rzecz jasna. Plemiona, które przyjęły ciężar Praw, były liczniejsze, lepiej zorganizowane i co najważniejsze, żyły w miejscach, gdzie mogły się rozwijać. Porównując je z otwartą pustynią, afraagry issarskich plemion były rajem, dawały szansę na wychowanie licznego i zdrowego potomstwa, podczas gdy bezmiar piasku ofiarowywał tylko śmierć. Nie dało się wygrać wojny toczonej na dwóch frontach, z pustynią i ludźmi jednocześnie. K’k’na z wolna odchodzili w świat legend i mrocznych opowieści.
Najbliżej stojący mężczyzna, ze skórą pokrytą siatką starych blizn, pochylił się nad nim i wysyczał:
– I co, d’yahirze? Widzę twoją twarz. Słońce zachodzi. Zabijesz mnie?
Miał ochotę się zaśmiać. Twarz? Jaką twarz? Pocałunek skorpiona zmienił ją w dziwaczną maskę, parodię ludzkiego oblicza. Jego twarz była gdzieś tam, pod spodem, pod opuchlizną i słonecznymi poparzeniami.
No i jeszcze sprawa duszy. A raczej jej braku. Teraz nie mogli mu już niczego odebrać.
Cień rozbawienia musiał przemknąć po jego obliczu, może zagościł w oczach, a może wyrzutek tylko szukał pretekstu, żeby wyładować złość, bo nagle, bez ostrzeżenia, uderzył Yatecha w twarz, na odlew, i zaraz poprawił z drugiej strony.
– Nie uśmiechaj się – warknął.
Ciosów nie poczuł od razu, dopiero po kilku uderzeniach serca na policzki ktoś wylał mu roztopiony ołów. Zacisnął zęby, żeby nie zawyć.
Ten ze skorpionem na głowie przyklęknął i przewrócił Issara na bok.
– Nie ma mieczy. Wygnaniec.
– Dar – mruknął któryś. – Dar od pustyni.
– Daleko zaszedł. Może dar, może nie. Sprawdźcie, czy nie ma broni.
Nie cackali się, obszukali go szybko, pozbawiając sztyletów, po czym szarpnęli brutalnie, aż z falą ćmiącego bólu przyszła ciemność. Tylko na chwilę, jak sądził, lecz gdy odzyskał zmysły, słońce prawie chowało się już za horyzontem. Wlekli go na zmianę, po dwóch, trzymając za ręce, twarzą ku ziemi. Nie starali się w żaden sposób złagodzić jego cierpienia i to chyba ból powoli wyłamywanych stawów przywrócił mu świadomość. Jęknął cicho.
– Żyje – mruknął któryś. – Silny jest.
– To dobrze. Nie traćmy czasu.
Rozmowa ucichła, k’k’na nie lubili tracić sił na próżne gadanie. Po kwadransie, wypełnionym rwącym bólem, rzucili go na piasek. Nie miał sił nawet unieść głowy.
– Odwróćcie go.
Kopniakiem przewrócili go na wznak. Ten ze skorpionem na czaszce pochylił się i zmrużył powieki. Pajęczak zatrzasnął kleszcze.
– Nie chcę, żebyś umarł, d’yahirze. Chcę, żebyś żył, długo żył.
Przyłożył mu do ust jakiś pojemnik. Wilgoć, woda... Yatech zaczął pić, szybko, łapczywie. Napój miał gorzko-słonawy posmak. Pił, wbrew sobie, wbrew świadomości, że każdy łyk może kosztować go wiele godzin tortur. Legendy Issaram wymieniały ludzi pustyni wśród ich najzaciętszych i najbardziej bezlitosnych wrogów. Każda z klanowych czy plemiennych wojen była toczona ściśle według Praw Harudiego. Wojny z k’k’na przebiegały bez żadnych zasad i reguł. Liczyło się tylko to, żeby wybić niewiernych kuzynów do nogi. I tylko ogrom pustyni rozciągnął tę wojnę na stulecia, na dziesiątki pokoleń, bo jeśli trzeba byłoby szukać kogoś, kto lepiej poruszał się po morzu piasków niż Issarowie, to byli to właśnie k’k’na. Jak każda bratobójcza walka, i ta pozbawiona była choćby cienia miłosierdzia; od wieków okrucieństwo było jedynym językiem, którym przemawiały do siebie obie strony. Pamiętał historie o tym, co issarscy wojownicy robili, gdy natrafiali na pustyni na obozy ludzi piasku. Zabijali każdego mężczyznę i chłopca powyżej dziesiątego roku życia. Potem niszczyli naczynia z wodą, a jeśli obóz położony był w pobliżu źródła, przepędzali jego mieszkańców na głęboką pustynię i zostawiali, aby słońce i piach zrobiły swoje. Ostatnia taka opowieść pochodziła z czasów młodości jego ojca.
Mimo to wiedział z całą pewnością, że mężczyzna mówi prawdę. On chciał, żeby Yatech żył. Nic na świecie nie jest tak trwałe, jak nienawiść między krewnymi.
Ale pił. Pił głupio i nierozsądnie, świadom, że powinien nabrać płynu w usta i splunąć nim prześladowcy w twarz w nadziei, że rozwścieczony marnotrawstwem wody poderżnie mu gardło. Spojrzał w oczy mężczyzny i stwierdził, że tak na pewno by się nie stało. Nienawiść w źrenicach obcego była zimna jak lód. Ten człowiek był zdeterminowany za wszelką cenę utrzymać go przy życiu, tylko po to, by spełnić swoje obietnice.
– Będziesz żył – powtórzył z jakimś mrocznym zadowoleniem w głosie. – Rozkrzyżujcie go.
Sprawnie i szybko wbito w piasek cztery kołki, do których przywiązano nadgarstki i stopy chłopaka. Jeden z nich przyniósł pled i narzucił go na tułów Yatecha.
– Przeżyjesz tę noc i następną też – mruknął. – A pojutrze dotrzemy do obozu i tam zdecydujemy, co z tobą zrobić.
Odwrócili się i zniknęli z pola widzenia.
Dziewczyna pojawiła się znikąd, tym razem widział tylko owal twarzy na tle ciemniejącego nieba. Czuł jej spojrzenie. Paliło.
– Skorpion – powiedziała, pochylając się nad nim. – Mój mały, osobisty, własny skorpion.
Miała dziwny akcent – dziwny, bo zwyczajny. To był akcent wschodnich plemion d’yahirów, dokładnie taki, jakiego używali wszyscy w jego afraagrze. Mogłaby w każdej chwili wejść do dowolnej osady i zmieszać się z jej mieszkańcami, podając za jakąś daleką krewną. Pochyliła się nad Yatechem i polizała go po policzku. Potem po drugim. Poklepała po czole, zaczepiła palcem o wargę i odsłoniła zęby. Dmuchnęła w nos.
– Wyglądasz na zdrowy okaz, synu zdrajców. Dobrze odżywiony i silny. Powiedz mi, dlaczego piłeś jego wodę? Wiesz, co cię czeka...
Milczał. I myślał, intensywnie i jasno po raz pierwszy od dwóch dni. Dziewczyna była rzeczywista, prawdziwa, czuł jej dotyk, czuł oddech, nie była majakiem. Ale ludzie piasku jej nie widzieli, nie zwrócili uwagi na postać kucającą na szczycie wydmy ani nie zauważali jej teraz, choć ich obozowisko znajdowało się zaledwie o kilka kroków, a ona mówiła całkiem głośno.
– Nie usłyszą mnie – mruknęła, bezbłędnie odgadując jego myśli – ani nie zobaczą. Oni są już duchami, ostatni z plemienia, od wielu lat wędrujący po pustyni w poszukiwaniu śladów krewnych, pobratymców czy innych ludzi piasku. Towarzyszę im od jakiegoś czasu, kryjąc się w cieniu ich obłędu. Czuję, jak on narasta, pęcznieje niczym zaropiały wrzód. Wszystkie mówiące kamienie są puste, a jeśli przy jakimś źródle natrafiają na znaki, pochodzą one sprzed dziesięcioleci. Wreszcie wam, potomkom zdrajców, udało się zakończyć najdłuższą wojnę w historii świata. Dwa i pół tysiąca lat wyrzynania się i oto zostało ich tylko pięciu, tych czterech i jeszcze Słuchający Piasku, dzięki którego darom uniknęli dotąd śmierci. Ale on jest już stary, umiera. Gdy odejdzie, oni także zginą, bo tylko jego umiejętności kształtowania Mocy stały między nimi a pustynią.