Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #1
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187080
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:
Gdyby wtedy na placu był któryś z Wiedzących, rozpoznałby to na pierwszy rzut oka, a plemię zabiłoby go bez chwili wahania i bez względu na cenę. Człowiek, który nie ma własnej duszy, to śmiertelne niebezpieczeństwo dla wszystkich dookoła. Pomiotnicy, oddający cześć Niechcianym, ulegają wypaczeniu, lecz jest to proces trwający całe lata, bo ludzka dusza potrafi stawiać zaciekły opór, zanim zostanie pochłonięta. Jednak ciało obdarzone świadomością, lecz duszy pozbawione, jest jak pusty dzban czekający na napełnienie. Każdy demon, duch, maeth, każda forma istnienia kryjąca się pod i poza Mrokiem, natychmiast skorzysta z okazji, by zawładnąć takim ciałem. Opór samego rozumu i woli na niewiele się przyda, o czym zdawali się zapominać meekhańscy czarodzieje, głoszący, że to właśnie rozum i wola kształtują Moc, zupełnie zapomniawszy, że nawet zwierzęta posiadają pewne formy rozumu i woli, a żaden z niższych gatunków nie potrafi korzystać z czarów.
Dlatego odszedł na pustynię, tam, gdzie nie spotka ludzi, gdzie nie ma magii. Tam, gdzie nie ma aktywnie kierowanej Mocy, istniała niewielka szansa na natknięcie się na coś, co mogłoby wykorzystać jego ciało. Zresztą, uśmiechnął się, wypluwając piasek z ust, cokolwiek byłoby go teraz opętało, nie miałoby przed sobą zbyt długiego istnienia. Najwyżej kilka bolesnych godzin.
Szczyt kolejnej wydmy osiągnął w chwili, gdy miał już się poddać. Przetoczył się przez wzniesienie i pozwolił, by piasek pociągnął go na dół, do kotliny między pustynnymi wzgórzami, gdzie jeszcze zalegał cień. Tu jednak było go znacznie mniej niż w poprzednim zagłębieniu. Słońce wznosiło się coraz wyżej i jeśli nie zwiększy tempa, to za godzinę nie będzie mógł już nawet pomarzyć o ukryciu się przed palącymi promieniami. Parsknął na tę myśl suchym, rzężącym śmiechem. Ukryć się? Po co? Tu i teraz powinna zakończyć się jego wędrówka, bo pokonanie kolejnej wydmy nie przybliży go do celu ani na krok. W końcu, o czym od dłuższego czasu starał się nie myśleć, już dawno stracił poczucie kierunku. Położenie legendarnego Skorpioniego Młyna było na wpół domysłem, na wpół bajką. Tylko ci, którzy wędrowali z karawanami po głębokiej pustyni, opowiadali, że czasem na horyzoncie zaczynają tańczyć miraże, przedstawiające głęboką nieckę pełną białego piasku, otoczoną przez łańcuch niewielkich, ciemnych skał. To była legenda oparta na złudzeniach i domysłach, bo nie słyszał o nikim, kto mógłby się pochwalić, że dotarł do samego Młyna.
Położył się na wznak, wpatrując w niebo szeroko otwartymi oczami. Przerażająco błękitny przestwór, pozbawiony najmniejszej chmurki, przypominał wielką, szklaną czarę przykrywającą cały świat. Niebo na zielonych północnych równinach było inne, pomyślał, nawet odcień miało inny, bardziej intensywny, mocniejszy. Czekał na łzy, które powinny się pojawić pod wpływem światła, lecz daremnie. Jego ciało jeszcze próbowało walczyć o każdą kroplę wilgoci, łzy były zbędnym wydatkiem. Ono jeszcze trzymało się nadziei na ocalenie.
Usłyszał szelest piasku i nagle po swojej lewej stronie zobaczył jaszczurkę. Nie jakąś tam jaszczurkę, tylko czarną ghe, długą na prawie dwie stopy, z łbem opancerzonym zabarwionymi na czerwono płytkami. W pysku trzymała małego skorpiona. Właściwie wystawał jej stamtąd tylko jego ogon, rozpaczliwie szukający miejsca, gdzie można wbić żądło. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, jaszczurka i człowiek. Potem, szybciej niż myślał, że to możliwe, mężczyzna wyszarpnął z pochwy przy ramieniu sztylet i rzucił. Ostrze trafiło w szyję, tuż za głową, gad zwinął się w miejscu, okręcił wokół własnej osi, dwa razy błysnął jasnym podbrzuszem i znieruchomiał.
Dopadł zwierzę, zanim przestało drgać. Wilgoć, woda, krew... Wyrwał sztylet z rany, przyłożył usta, zaczął ssać. Krew jaszczurki była gęsta, metaliczna w smaku i słodkawa. I było jej mało, rozpaczliwie mało, kilka łyków i po wszystkim, ściskał ciało w dłoniach tak mocno, jakby było bukłakiem, który należy opróżnić do końca. Nic z tego, zaczął rozdzierać gada na kawałki, gołymi rękami wyłamując stawy, oddzierając mięso od kości, żując intensywnie każdy kawałek w poszukiwaniu resztek wilgoci.
Jaszczurka nie zamknęła oczu. Nagle uderzyło go spojrzenie, którym obdarzał go na wpół oderwany od ciała łeb. Małe, paciorkowate oczko kpiło z niego, a wygięcie opancerzonych warg wydawało się posyłać złośliwy uśmieszek. No i cóż?, zdawało się mówić, myślisz, że przedłużyłeś swoje życie? Że kilka łyków mojej krwi i soki wyssane z mięsa dadzą ci szansę? Jestem już martwa, lecz ty także, człowieku.
Kolec jadowy skorpiona wciąż tłukł o łuski. Oto ja, pomyślał patrząc na te ruchy, mały skorpion złapany przez pustynię, już martwy, ale wciąż jeszcze odruchowo próbujący zadawać śmierć. Jesteśmy tym, czym jesteśmy.
Zgiął się i zwymiotował wszystko, czym udało mu się napełnić żołądek. Opadł na dłonie, patrząc na czerwonawą papkę, którą udekorował piasek. Nic, żadnych uczuć, żadnego żalu, nawet po tym, że właśnie stracił kolejną bezcenną porcję płynów. Mówili, że człowiek pozbawiony duszy nie odczuwa niczego, bo rozum i wola, które mu pozostały, nie są związane z uczuciami.
Usiadł, wziął do ręki łeb martwego gada i przez chwilę patrzył na coraz słabszy taniec segmentowanego ogonka. Podważył sztyletem zaciśnięte w przedśmiertnym skurczu szczęki i ostrożnie uwolnił pajęczaka. Zdumiewające, lecz skorpion był cały, zęby jaszczurki nie zmiażdżyły jego pancerzyka. Mężczyzna ostrożnie położył go sobie na otwartej dłoni. Przez chwilę on i skorpion wymieniali się spojrzeniami, mały pustynny zabójca uniósł szczypce w wyzywającym geście i zamachał ogonem. Człowiek uśmiechnął się na ten pokaz, po czym ostrożnie włożył stworzenie do ust i zamknął je, zostawiając na zewnątrz tylko ogonek. Odnóża załaskotały go po języku, szczypce uderzyły w podniebienie. Kolec skorpiona wygiął się i wbił tuż nad górną wargą.
To było tak, jakby rozpalony do białości pręt wbił mu się w twarz, ból i gorąco rozlały się po ciele, paraliżując nerwy. W chwilę później kolejne ogniska bólu rozlały się w miejscach następnych użądleń. Zacisnął kurczowo szczęki, niezdolny zapanować nad odruchem, i zmiażdżył swojego zabójcę.
Przynajmniej nikt nie powie, że umarłem bez walki, zdążył jeszcze pomyśleć. I tak nie dotrwałbym do...
– ...jutra – powiedział mężczyzna w atłasach. – Jeśli ten dzikus się nie zjawi, pan baron rec-Vankeel ogłosi go wszem i wobec tchórzem, psią pytą i osobnikiem niegodnym przebywania wśród ludzi cywilizowanych. Pan baron oczekuje, że na placu Zielnym pojawi się również Aerin-ker-Noel z rodziną. Jego nieobecność będzie traktowana jako tchórzostwo i zachowanie niegodne szlachcica.
Stał nieruchomo, wsłuchując się w ciszę, która zapadła po tym oświadczeniu. Wszyscy w domostwie kupca wełnianego, Gerasa coś tam, u którego jego pracodawca załatwiał właśnie swoje interesy, gapili się na nich w napięciu. W pomieszczeniu na parterze było ze dwadzieścia osób. Jeszcze przed chwilą panował tu gwar i harmider, przynajmniej w kilku miejscach trwały gorączkowe targi. Teraz jednak wyglądało to tak, jakby ktoś rzucił czar odbierający ludziom głos. Nagle razem z Aerinem znaleźli się w bąblu, w pustej przestrzeni. Rzucił okiem na kupca, ten patrzył na wyzywającego z napięciem, marszcząc brwi.