Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
1 ... 91 92 93 94 95 96 97 98 99 ... 123
Перейти на страницу:

Yatech pochylił się i podniósł upuszczoną przez niego broń.

– Powinien spróbować wyciągnąć miecze nieco wcześniej, najwyraźniej w waszym plemieniu uczą dziwnych, nowych sposobów walki yphirami. Hm, chyba że chciał mi po prostu dać szansę, prawda?

Odrzucił yphir na bok i demonstracyjnie założył ręce na piersi. Och, teraz ten gest miał dopiero wagę. Yatech nie musiał się nawet ironicznie uśmiechać, żeby upokorzyć przeciwnika. W gromadzącym się, coraz gęstszym tłumie rozległy się kpiące posykiwania.

Pierwszy nie wytrzymał Abwen. Rzucił się naprzód z bojowym okrzykiem, z włócznią uniesioną do ataku, zwanego żmiją. Teg była bronią, którą walczyło się jak bojowym kijem, można było zasypać przeciwnika serią świszczących, wirujących, łamiących kości ciosów i zakończyć szybkim pchnięciem. W rękach mistrza ta włócznia uchodziła za broń groźniejszą nawet niż yphir.

Najmłodszy z braci nie był mistrzem. Spróbował prostej zmyłki, wyprowadzając ze żmii głębokie pchnięcie zamiast zwykłego uderzenia odwrotnego. Sztuczka dla nowicjusza. Yatech nawet nie sięgnął po miecze. Zrobił krok w przód, odsuwając się nieco w prawo, skrócił odległość, dopadł przeciwnika i lekko uderzył go nasadą prawej dłoni w czoło. Głowa Abwena odskoczyła w tył, kolejny cios usztywnioną dłonią w gardło zamienił okrzyk bojowy w świszczący charkot. Reszty nie zauważyła, po prostu nagle jej brat stał w miejscu, trzymając niedbale włócznię, a Abwen skulony w pozycji embrionalnej, dławił się, charczał i świszczał, usiłując złapać oddech.

Yatech wyglądał na zamyślonego.

– Przeżyje – powiedział spokojnie. – Chyba że zaatakuje mnie jeszcze raz.

Pomruk w tłumie nasilił się i zgasł. Takie słowa w tej sytuacji nie były zwykłą przechwałką. Były wyzwaniem do walki na śmierć i życie. Deana spojrzała bratu w oczy i znów ujrzała w nich tę samą pustkę co poprzednio. Nie, nie teraz, nie mogła go stracić zaraz po powrocie. Ruszyła naprzód, wyciągając szable.

Bliźniacy uprzedzili ją, atakując Yatecha z obu stron jednocześnie. Ich ciężkie, dwuręczne miecze służyły głównie do walki z konnicą, świetnie spisując się w czasie licznych starć z napierającymi na tereny Issaram koczownikami. Teraz uderzyli, jakby kierował nimi jeden umysł, z prawej i lewej, górą i dołem. Mess zasłonił jej na mgnienie oka widok, więc nie zauważyła, co się stało. Górny cios w ogóle nie trafił, Saweq zrobił krok w przód, pociągnięty ciężarem klingi, jego brat zachwiał się nagle, upuścił miecz, złapał za twarz i usunął na kolana. Spomiędzy palców popłynęła mu krew.

– Oczyyy! – rozdarł się panicznie. – Moje oczyyyy!

Yatech był już przy drugim bliźniaku. Wpadł na niego, nie próbując zatrzymać impetu, wybił z rytmu, złapał za ramię, podciął, rzucił na ziemię. W ręku błysnął mu sztylet.

Widziała przerażenie w spojrzeniu leżącego, ale ostrze tylko lekko oparło się o jego policzek, zostawiając maleńką, czerwoną rysę. Po chwili Saweq puścił rękojeść miecza i uniósł otwarte dłonie w górę, na znak poddania.

To wszystko wydarzyło się, zanim zdążyła przebiec kilka kroków i wyciągnąć broń. Yatech nadal nie wydobył mieczy, ale walczył, jakby ciągle był w transie khaan’s. To budziło na równi dumę i przerażenie.

Podeszła do skomlącego coś cicho Messa i siłą oderwała mu dłonie od twarzy. Odetchnęła z ulgą, cięcie było równe, czyste i ciągnęło się tuż powyżej linii brwi. Puściła go.

– Powinieneś się umyć – powiedziała głośno, by wszyscy usłyszeli. – Brzydszy już i tak nie będziesz, a to głupio płakać je małe dziecko z powodu lekkiego skaleczenia. Jak poprosisz matkę, to może nawet da ci ciastko na pociechę.

Tłum gapiów zaśmiał się przeciągle. Ona też uśmiechała się już otwarcie, przepełniona dumą i radością. Czterech. Pokonał czterech napastników niemal gołymi rękami i stał tam, obok, nawet nie draśnięty. Jej mały braciszek. W plemieniu długo będą opowiadać o tej walce, Yatechowi udało się w kilka chwil zniszczyć to, nad czym Lengana pracowała przez ostatnie lata. Udowodnił, że jest synem gór i że w walce niewielu może mu dorównać. Ten dzień nie mógł skończyć się lepiej.

Venyes nie stał już w lekceważącej pozie. Ręce miał luźno opuszczone, nogi lekko ugięte.

– Podobno miała jasne włosy i niebieskie oczy – wycedził z zimnym wyrachowaniem. – Wśród naszych dziewcząt to rzadkość.

Na te słowa Yatech odwrócił się powoli, jakby coś siłą zmuszało go do ruchu. Nie patrzył na Venyesa, tylko na nią, prosto w oczy.

– Musiała być niezła, ruchliwa jak małe zwierzątko, w odpowiednich miejscach ciepła i wilgotna. Dobra zabawka na zimne noce. Isanell, nawet ładne imię.

Nie przestając mówić, najstarszy syn Lengany powoli unosił dłonie ku rękojeściom mieczy. Nie powinien znać takich szczegółów. Ale jego przybrany ojciec zasiadał w radzie plemienia. Najpewniej był przy tym, gdy Yatech zdawał relację ze swojego pobytu w domu kupca. Dobra i mądra żona mogła wyciągnąć z niego informacje, których nie powinien nikomu zdradzić. I przez to właśnie – Deana zrozumiała to, widząc, co pojawiło się w oczach brata – ktoś na tym placu umrze.

– Może to i dobrze, że ją zabiłeś – najstarszy syn Leengany nie przestawał mówić. Wyciągnął yphiry i zastygł w pozycji bojowej. – Gdyby została twoją żoną, wasze bachory byłyby tylko w ćwierci Issaram. To mądra decyzja, uchroniłeś ród przed dalszym rozcieńczaniem krwi.

Zapadła całkowita cisza, nawet najgłupsi zrozumieli, że powiedziano coś, czego nie da się zbyć wzruszeniem ramion. Ale Yatech wciąż patrzył na nią. Tylko na nią.

Żegnaj Deana, mówiły jego oczy, żegnaj siostro.

Odwrócił się i ruszył w stronę Venyesa. Powoli, jakby czas nie miał najmniejszego znaczenia, sięgnął po miecze i nagle jego ramiona zamieniły się w rozmazaną, trudną do ogarnięcia wzrokiem plamę. Tak wyglądał bitewny trans z zewnątrz. Jego przeciwnik zdołał odbić nie więcej niż dwa ciosy, zatoczył się nagle w tył, wydał z siebie dziwny, charkoczący świst, jeden z jego mieczy poszybował wysoko w górę, znacząc tor lotu karmazynowymi kroplami sączącymi się z uciętej w nadgarstku ręki, a on sam obrócił się, z twarzą rozrąbaną na pół. Na ustach nie miał już ironicznego grymasu, tylko w oczach powoli dogasało zaskoczenie, że to już, tylko tyle i koniec, dusza odchodzi do plemienia i nie będzie nic więcej. Opadł na kolana, po chwili na twarz, zadrżał, znieruchomiał.

Cisza. Na placu ćwiczeń zapanowała taka cisza, jaka musiała unosić się nad światem w pierwszym dniu po stworzeniu, gdy jeszcze żadne ze stworzeń nie otrzymało własnego głosu.

– Nieeeee! – zawył Abwen.

Nie zdążyła go powstrzymać, pędził już w kierunku Yatecha, z włócznią nie wiadomo kiedy podniesioną z ziemi. Przebył dzielącą ich odległość w kilku długich krokach i niemal na oślep dźgnął. Yatech okręcił się w miejscu, bez najmniejszego problemu uniknął pchnięcia i ciął atakującego przez środek pleców. Chłopak zwalił się na ziemię jakby był drewnianą kukiełką, której ktoś przeciął sznurki. Przez chwilę ręce i nogi drżały mu spazmatycznie. Kręgosłup, pomyślała, musiał dostać w kręgosłup.

Yatech nie zwrócił na leżącego uwagi. Rozejrzał się, jakby czegoś szukał, wreszcie zatrzymał wzrok na ostatnim z braci. Niedbałym ruchem strzepnął krew z klingi i ruszył do Kensa. Ten ciągle leżał nieprzytomny. Zgromadzony tłumek zaszemrał groźnie.

Stanęła między synem Lengany a własnym bratem. Nie wiedziała, jakim cudem szable znalazły się w jej dłoniach.

1 ... 91 92 93 94 95 96 97 98 99 ... 123
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)