Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #1
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187080
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:
– Tak.
– Co „Tak”? – Uśmiechnęła się.
– Tak, ciotko, to khandawa.
Palce kobiety zatrzymały się na chwilę na pasach przecinających jego pierś. Świeżo wyprawiona skóra skrzypiała i wydzielała intensywną woń.
– Dostałeś dzisiaj swoje pierwsze prawdziwe miecze, prawda?
– Tak, ciotko.
– Ile masz lat?
– Siedem.
Jej dłonie przerwały wędrówkę po materiale i zawiłym hafcie ozdabiającym przód i boki szaty.
– To ptak, prawda? A to płomień. – Dotknęła jego prawej i lewej piersi. – Wokół biegają zwierzęta, jelenie, sarny, lisy, borsuki. Dużo zielonej trawy, błękitny strumień. To piękna khandawa. Gdzie ją rozdarłeś?
– Na placu ćwiczeń.
– Spieszno ci było wypróbować nowe miecze? Prawda? A nie pomyślałeś, żeby ją zdjąć przed ćwiczeniami? – westchnęła. – Najwyraźniej nie. Ale to rozdarcie to nie od broni – stwierdziła.
– Nie – chlipnął. – Przewróciłem się.
– Oczywiście. Ściągnij ją, no już. I biegnij do ciotki Fatre, niech da koszyk z przyborami do szycia. Ten świąteczny. Powiedz, że ciotka Entoel prosi.
Pomknął przed siebie, ledwo pomogła mu ściągnąć pasy z mieczami i wierzchnią szatę. Entoel, tak miała na imię, dziwnie, nie po issarsku, co tylko pogłębiło jego zmieszanie. Najchętniej w ogóle by tam nie wracał, ale nie mógł zostawić u niej khandawy, a pas z mieczami był teraz ważniejszy niż wszystkie skarby świata. Nie wiadomo, co byłoby gorsze, stanąć bez uroczystej szaty przed ciotką Ka’edlą, która zajmowała się w rodzie wszystkimi dziećmi, czy też pojawić się jutro na placu ćwiczeń przed mistrzem Vedallem bez nowych mieczy.
Ciotka Fatre była niedużą, pulchną kobietą, która zajmowała pomieszczenie najbliższe centralnej komnaty domostwa. Odkąd pamiętał, była miła dla każdego z dzieci, traktowała je jak własne, zawsze uśmiechnięta i rozgadana. Potrafiła opowiadać najpiękniejsze historie, jakie słyszał, i nawet, jeśli były to historie o walce z demonami przybyłymi razem z Niechcianymi z otchłani poza światem, wszystkie dzieci słuchały jej z otwartymi ustami.
Przestała się uśmiechać, gdy usłyszała jego prośbę.
– Ciotka Entoel? – zapytała, przypatrując mu się uważnie. – Coś ty robił w piwnicy?
Pokręcił głową, niezdolny wykrztusić ani słowa. Po chwili dała mu mały koszyk wypełniony szpulkami jedwabnych nici, igłami i naparstkami. Miała przy tym dziwny wyraz twarzy.
– Idź. Ciotka Entoel to najlepsza szwaczka, jaką znam. Cokolwiek ci zeszyje, będzie wyglądało jak nowe.
Gdy wrócił do piwnicy, czekała na niego w tym samym miejscu, w którym ją zostawił. Odrobina światła wpadająca przez uchylony właz sprawiała, że wyglądała jak plama czerni w królestwie cienia.
– Już jesteś? – W jasnej twarzy błysnęły pokryte bielmem oczy. – Będę potrzebowała twojej pomocy.
– Tak, ciotko?
– Rozdarcie biegnie przez strumień i skrzydło ptaka. Wyszukaj proszę błękit.
– Błękit?
– Niebieski. – Uśmiechnęła się niespodziewanie miło.
Podał jej szpulkę niebieskich nici. Bezbłędnym ruchem nawlokła igłę, delikatnie wymacała rozdarcie. A później, dopiero po chwili pojął, co widzi – jej dłoń, ta trzymająca igłę, rozpoczęła taniec. Ścieg za ściegiem, równiutko, rozdarcie zaczęło znikać, ukryte w kolejnej fali, znaczącej powierzchnię wyhaftowanego strumienia. To wyglądało prawie jak czary.
– Teraz czerwień i brąz. Nie zapytałam, jak masz na imię.
– Yatech, ciotko.
– Ładnie. Zawsze mi się podobało to imię. Jak twoja siostra i brat?
Nie zdumiało go to pytanie, w rodzie wszyscy się znali i potrafili podać stopień pokrewieństwa.
– Vernean poszedł z wujem i kuzynami do północnych jaskiń. Będzie się uczył wykuwać miecze. A Deana opiekuje się małymi dziećmi.
– Sama jest jeszcze dzieckiem. Jesteś dumny ze swoich nowych mieczy?
– Tak. – Mimowolnie się uśmiechnął.
– Uważaj na nie. Są naprawdę ostre.
Skinął głową, nie mogąc oderwać oczu od jej dłoni. Na skrzydle ptaka pojawiło się nowe pióro, czerwone pośrodku, brązowe przy krawędzi. Rozdarcie zostało ukryte w nieco zmienionym wzorze.
Kobieta szybkim ruchem odgryzła nitkę, kilkakrotnie przejechała dłońmi po tkaninie i uśmiechnęła się szeroko.
– Teraz nikt nie powinien zorientować się, że była tu dziura.
Wyciągnęła rękę i poczochrała mu czuprynę. Zesztywniał, nieprzywykły do takich gestów. Prawie wyrwał jej khandawę z dłoni, szybko pochylił się i podniósł pas z mieczami. Dwa kroki w tył i znalazł się poza zasięgiem jej ramion.
– Przyjdziesz jeszcze mnie odwiedzić?
Zadała to pytanie jakoś tak dziwnie, miękko i bezbronnie.
– Tak – skłamał szybko, żeby już mieć pożegnanie za sobą. – Na pewno przyjdę.
Nie zamierzał wracać, oczywiście. Gdyby ktokolwiek dowiedział się, że rozmawiał z ogalewą, stałby się pośmiewiskiem wszystkich dzieci w rodzie. Poza tym tu, na dole, było strasznie i mimo panującego chłodu, jakoś tak duszno. Wychodząc z piwnicy, zatrzymał się i obejrzał. Ślepa kobieta stała nieruchomo. Przez chwilę wydawało mu się, że w cieniu, za jej plecami widzi kogoś jeszcze, niewysoką, szczupłą sylwetkę. Zamrugał, cień znikł. Kobieta poruszyła się i wyciągnęła dłoń. Z jej palców...
...trysnęło światło. Było wszędzie, przenikało go na wylot, jego każdą cząstkę, każde wspomnienie. Otworzył usta do krzyku.
Gdy się ocknął, przykucnęła na szczycie wydmy. Jej sylwetka wyróżniała się na tle nieba ostrymi konturami. Nie widział oczu, twarzy, szczegółów ubioru, tylko zarys postaci. Cień, który prześladował go we wspomnieniach, wtargnął także do świata jawy.
Odwrócił głowę w bok i wypluł resztki skorpiona. Nie czuł warg ani języka. Ostrożnie uniósł dłoń i dotknął twarzy. Miał wrażenie, że ktoś położył mu na niej gorący kompres. Opuchlizna wokół ust sięgała aż pod oczy, nos zdawał się tonąć w zagłębieniu utworzonym przez rozdęte do granic możliwości policzki, wargi przypominały kawałki rozgotowanego mięsa. Mimo wszechobecnego palenia nie czuł miejsc, których dotykał.
Coś było nie tak, poruszał głową, usiłując zrozumieć co. Słońce, dotarło do niego po chwili. Słońce było już po drugiej stronie nieba, właśnie chowało się za najbliższą wydmą. To znaczyło, że przeleżał tu cały dzień, cały dzień pod bezlitosnymi promieniami, które w kilka godzin mogły zabić nawet zdrowego, silnego mężczyznę. A on żył.
Sylwetka na wydmie nie drgnęła, mimo że dawał wyraźne znaki życia. Próbował ją zawołać, lecz gardło nie chciało go słuchać. Nagle dziewczyna uniosła głowę i zaczęła się wpatrywać w szczyt przeciwległej wydmy. Teraz dopiero zobaczył jej twarz. Zwyczajna, pospolita, jakby poza kategorią ładna nie ładna. Twarz, której nie sposób zapamiętać, jeśli ktoś nie wytatuuje jej sobie po wewnętrznej powierzchni powiek. Oczu nadal nie dostrzegał, ocieniała je spadająca na czoło równo przycięta grzywka.
Spojrzał w to samo miejsce co ona. Zza wydmy wyłoniły się cztery postaci, sami mężczyźni. Zatrzymali się na szczycie, rozejrzeli, wreszcie jeden z nich dostrzegł go i krzyknął coś gardłowo, wskazując palcem. Powoli, z trudem utrzymując równowagę, zaczęli schodzić po wydmie.
Patrzył na nich, nie ruszając się, nie wykonując żadnego gestu. Byli na wpół nadzy, nosili tylko spodnie z jakiegoś szarego materiału i skórzane mokasyny. Torsy pokrywały im rysunki przedstawiające jaszczurki, węże, skorpiony, pustynne skoczki, wielosegmentowe wije. Całą pustynną menażerię. Wszyscy byli ogoleni na łyso, a idący z przodu miał na czaszce wizerunek skorpiona. Pajęczak rozsiadł się na czerepie i szczypcami obejmował oczodoły mężczyzny w ten sposób, że gdy ten je mrużył, kleszcze zdawały się zaciskać. Ogon skorpiona wił się wokół lewego ucha przybysza i spływał, aż na grdykę.