Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #1
- Год: 2005
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Płuca wypełniały się chyba krwią. Czuł jej miedziany zapach i metaliczny, słony smak.
Zakrztusił się i prychnął krwią na drzewce i swoje obejmujące je ręce. Upadł na kolana. Wstał.
— Włócznia Odyna, powiedzmy — rzekł van Dyken. — Jesionowa. Władcy kruków i powieszonych, przyjaciela ludzi. Coś jak ty. Ale spóźniłeś się. Ragnarok już się odbył. Zmierzch bogów był w zeszłym tygodniu. Teraz jest świt nowej ery.
Drakkainen, charcząc, zrobił z wysiłkiem krok w stronę van Dykena, ale ten odsunął go delikatnie.
— Wiesz co? Nie odpowiada mi to, że zostało ci około dwóch do trzech minut agonii. Z tego, być może, część bez przytomności? Przedłużmy to trochę. Potraktuj to jako prezent.
Van Dyken ujął twarz Drakkainena w obie dłonie i uniósł ją, po czym stulił usta i wydał z siebie cichutki świst. Wędrowiec chwycił go za nadgarstki, wyszczerzając purpurowe zęby jak umierający wilk.
A potem zakrztusił się znowu, prychając krwią, i puścił nadgarstki van Dykena, zostawiając na nich czerwone smugi.
— No i tyle — powiedział van Dyken. — A teraz idź do domu. Idź, ile zdołasz. Tak zaraz nie umrzesz. Jeszcze trochę. Niech się nacieszę.
Umieram.
A jednak idę.
Czuję go. Czuję ten cholerny, żelazny pręt w sobie, jak rozpycha się między żebrami, przebija osierdzie i pruje płuca, jak wyłazi przez esowate pęknięcie w łopatce.
Nie wiem, dlaczego wciąż żyję. I dlaczego idę.
To się zaczyna od stóp. Są nieobecne. Nawet nie zimne, ale tak, jakby znikały. Jakbym sam znikał, centymetr po centymetrze. Znikają mi nogi, znikają palce obejmujące drzewce. Cały będę tak znikał, rozpływał się w ciemności, aż do oczu. One znikną na końcu.
Właściwie się nie boję. Nie wiem, dlaczego. Tonę w bólu, ale nie boję się. I ciągle idę.
Upadam, wstaję.
I idę.
Ale nie boję się.
Tylko jest mi żal. Nieba, poranków, bulwarów, ust dziewczyny, lotu ptaka. Tych, których kocham. Boże, tak mi żal. Mamo...
Bądź, Boże. Bądź po tamtej stronie. Jestem tak daleko...
Jestem po drugiej stronie kosmosu.
Znajdziesz mnie tutaj?
Idę.
Dlaczego tak długo?
Widzę trawę pod nogami, widzę wszystko przekreślone zbryzganym drzewcem.
Nogi mam coraz sztywniejsze, a mimo to wciąż idę. Jak to możliwe, że moje serce jeszcze pracuje? W jaki sposób zatopione we krwi, rozprute płuca pompują powietrze?
Krok za krokiem.
Idę.
I widzę, że zaczynam chyba tracić wzrok, moje ręce wyglądają dziwnie. Skóra robi się szarosrebrzysta, nic dziwnego, ale wydaje mi się, że palce, które obejmują drzewce, są coraz dłuższe.
Idę.
Unoszę jedną dłoń do oczu i widzę, że naprawdę są dłuższe. I że środkowy palec rozdwaja się od połowy.
Nogi mam jak kloce, coraz słabiej je czuję, ale sztywnieją mi. Stawiam kroki, ale sztywno, jakbym szedł na szczudłach.
Jeszcze parę kroków. Jeszcze kawałek.
Nie trzymam już drzewca, bo palce mi się plączą. Skóra nie jest już tylko szarosrebrzysta, ale obłazi długimi pasmami jak jesionowa kora. Palce i ręce są coraz dłuższe. Końcami palców włóczę już po ziemi.
I nogi mi puchną. Sztywne i grube jak kloce.
Jak pnie.
Nie mogę iść dalej i staję.
Teraz upadnę i wszystko się skończy.
Ale nie upadam. Słyszę trzask i chcę zobaczyć, co to, ale nie mogę poruszyć głową. Spoglądam kątem oka i widzę, że to rozerwane ubranie leży wokół pnia. Mojego pnia.
O gładkiej, srebrzystej korze, jak jesion.
Jestem jesionem.
Jesionem świata, jak Yggdrasill.
Widzę, jak stercząca mi z piersi włócznia wypuszcza małe gałązki, jak moje ręce rosną i wydłużają się.
Drzewo.
Staję się drzewem.
Jak Duval.
Kto mnie zetnie? Czy będę umiał nadawać — kill me — jedną gałązką?
Boże, staję się drzewem.
Mój grzbiet prostuje się nagle i sztywnieje, dziwny skurcz zadziera ręce w górę, ręce, które stają się gałęziami.
Na ramieniu siada mi kruk. Mój kruk.
— Nevermore — kracze kruk, siedząc na moim ramieniu. — Nigdy już!
Krzyczę, chcę krzyczeć, ale słyszę, że nie ma już krzyku. Z mojego drewnianego gardła nie wydobywa się żaden dźwięk.
Tylko szum liści.
Koniec tomu pierwszego