Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
Pan Lodowego Ogrodu. Tom I - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom I

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
1 ... 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98
Перейти на страницу:

Drakkainen wstał i uniósł kieliszek.

— Wie pan co? Jest pan aresztowany. Doktorze Pier van Dyken, aresztuję pana za złamanie konwencji o nieingerencji w ksenocywilizację, a także za ludobójstwo i zbrodnie wojenne.

— Jaki pan jest śmieszny. Jaki strasznie groteskowy. Obawiam się, Toto, że nie jesteś już w Kansas.

Drakkainen pochylił się i powoli wylał wódkę na blat, tuż przed van Dykenem.

— W Kansas najwyżej dostałbyś dożywocie, Czarnoksiężniku z Oz. Problem w tym, że nie przysłali tu Dorotki. Miałem cię ewakuować. Ale priorytet brzmi: sprzątnąć bałagan. A pan jesteś kwintesencją bałaganu, van Dyken.

Van Dyken wstał.

— Miło się rozmawiało, naprawdę. Z przyjemnością usłyszałem mowę rodzinnej planety i poczułem znów smrodek burżuazyjnej hipokryzji. Doskonałe lekarstwo na nostalgię. Niestety, ta rozmowa robi się przykra, więc się pożegnamy. Żegnam, panie Drakow. La conversation est finis.

Wszystko stało się naraz. Część pokoju, w której siedział van Dyken, obróciła się nagle wokół osi, zasłaniając się ścianą. Równocześnie podłoga rozjechała się na trójkątne części i cały pokój rozłożył się, rozpadając na fragmenty, będące częściami gigantycznych kos, obręczy i wahadeł.

Tylko że Drakkainen był już wtedy w trybie bojowym. Elementy składające się na twierdzę Cierń były zbyt wielkie. Dorównywały rozmiarami fragmentom lotniskowca i nie mogły od zera rozpędzić się do ogromnych prędkości. Nawet jeśli nie wiadomo, co je napędzało, były materią. Stalą, żelazem albo jakimś stopem.

Ruszyły szybko, ale Drakkainen ruszał się znacznie szybciej. Kiedy podłoga rozpadła się, postąpił krok na jeden z tych obrotowych fragmentów i pojechał razem z nim w chaos wirującego żelaza. Zanim element, na którym stał, przekręcił się do góry nogami, przeskoczył na przesuwający się obok korbowód, potem na ostrze wahadła, stał na nim, trzymając się ramienia i mając półksiężycowaty brzeszczot pod nogami, potem przeskoczył na tytaniczne szprychy jakiegoś koła, stamtąd na wielkie jak blanki fortecy zęby olbrzymiej zębatki, z których zeskoczył, zanim splotły się z innym kołem, przebiegł po jakimś monstrualnym popychaczu, przeskoczył nad wielką jak skrzydło odrzutowca kosą, przejechał kawałek na innym ostrzu i wędrował tak, samym instynktem i zmysłem równowagi, coraz niżej i niżej. Wiedział, że jeden błąd wystarczy, by natychmiast został zmielony, rozpylony na fragmenty, jak kaczka w turbinie. To była układanka. Czysto manualna sztuczka. A on był w tym dobry.

I dużo szybszy od mechanizmu.

Cyfral wykreślał mu ruch poszczególnych części, ale widać było, jak się rozpędzają. Najgorsze były obręcze. W jakiś niemożliwy sposób mogły wirować równocześnie w kilku płaszczyznach, jakby miały naraz dwie osie, i to wszystko składało się i rozkładało płynnie, wirując coraz szybciej, ale dla trybu bojowego i tak był to senny, niespieszny ruch. A wszystko, co przechyli się w jedną stronę, musi powrócić w drugą, co się wzniesie, musi spaść, a co się zamknie, w warunkach nieustannego ruchu za chwilę musi się otworzyć. To była układanka, a układanki mają reguły, nawet jeżeli są figurami niemożliwymi.

Dlatego ją rozwiązał.

Kiedy przeskoczył z pełnej wżerów, gigantycznej krzywki na ziemię i pozwolił jej odjechać, natychmiast czmychnął zakosami jak królik. Musiał się ukryć i znaleźć właściwy moment albo sposób. Odskoczyć czy przywarować?

Mógł wymyślić coś i wrócić tu za jakiś czas.

Mógł też skorzystać, że van Dyken jest przekonany, iż umarł, i poczekać, aż się pokaże.

Należało posprzątać. Tylko czy zabicie van Dykena wystarczy? Jak zatrzymać Muzyczne Piekło? Rozpędzić Ogród Rozkoszy Ziemskich?

Jednak powstrzymanie domorosłego boga musiało być początkiem. Zatrzymaniem mechanizmu.

Musiał odpocząć i zebrać myśli.

Przeszedł przez Piekło, zdjąwszy ubranie i sprzęt. Trzymał to wszystko przed sobą i lazł nagi jak otępiały, wokół takich samych nagusów, równie niemrawo przebierających nogami. Zostawił sobie tylko hełm i buty.

Minął szubienicę, a potem wielką harfę, z której zdejmowano właśnie półżywego, pociętego strunami niemal na dzwona Węża. Żył i jęczał słabo i widać było, że te głębokie szramy zaczynają mu zarastać. Pękaty stwór, obrośnięty brodawkami, chwycił nagle Vuko za ramię, drugi, przykryty poczerniałą przyłbicą, z jaszczurzym ogonem dyndającym między nogami, złapał go z drugiej strony, i oba zaczęły zaskakująco silnie wlec Wędrowca w stronę harfy.

— Nie, dziękuję, może innym razem — powiedział uprzejmie i rzucił tłumok na ziemię, razem z mieczem, sajdakiem i całym sprzętem. A potem zgruchotał ropuchowi obie ręce i wgniótł hełm jaszczurowi potężnym, obrotowym kopnięciem. Chwycił stwora za kark i nogę, po czym miotnął nim w struny harfy. Rozległ się śpiewny zgrzyt wszystkich strun, a potem przeraźliwy, świński wrzask jaszczura, kiedy struny wrastały mu w ciało.

Drakkainen podniósł swój tłumok z ziemi i podjął zezowaty marsz, podobnie jak inne zombie.

W Ogrodzie Rozkoszy było łatwiej. Więcej było tu łażących bez celu i nikt nie naprzykrzał się, proponując tortury.

Na widok przechodzących „świerszczy” po prostu upuścił tłumok na ziemię i osunął się w kłębowisko nagich, wijących się po sobie ciał. Zatonął w nich, w plątaninie śliskich od potu ramion i ud, wśród warg i palców.

A potem wstał i wyplątał się. Kilkoro ramion uniosło się za nim, chwytając za łydki i obejmując za uda.

Drakkainen pochylił się i zadał miażdżący, krótki cios w sam środek twarzy szczególnie namolnego Węża.

— Mówiłem: tylko bez macanek. A pani... Nie to, żeby pani mi się nie podobała, ale tym razem naprawdę nie mam czasu.

Poszedł jeszcze dalej i za wzgórzem stanął, patrząc na Siedzącą Dziewczynę, która wznosiła się na tle nieba.

— Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że cię widzę, mała — powiedział, zakładając spodnie.

Ruszył dalej, w kierunku wzgórz.

— Gdzieś tu trzeba będzie przywarować — mruknął.

Chwilę potem jednak tuż przed nim zakwitł kolejny, olbrzymi, baniasty owoc. Biały i prześwitujący, ze skuloną sylwetką w środku.

Owoc pękł i ukazał się van Dyken, odrzucający pelerynę dramatycznym gestem.

— Dobra — powiedział Drakkainen. — Ty i ja. Na pięści.

Van Dyken zaklaskał. Powoli i drwiąco.

— Jestem pod wrażeniem. Pan jest jak wrzód na tyłku, mynheer Drakow. Nie wiem, jak pan to zrobił, ale to było efektowne. I jest pan sarkastyczny. Ta ironia w obliczu śmierci, jakie to normańskie. Panu się zdaje, że to jest jakaś pieśń o pierścieniu Nibelungów? Wie pan, zrobimy inaczej: dzisiaj będzie tak, że to wąż zabija Sigurda.

Zamachnął się nagle, i długa, jesionowa włócznia śmignęła w powietrzu.

Równocześnie z trybem bojowym.

Zwolniła dokładnie w momencie, kiedy trójkątne ostrze wsunęło się w pierś Drakkainena i płynęło tak powolnym, sennym ruchem, aż przebiło koszulę i wyjechało z drugiej strony, stercząc mu z pleców.

Chwycił drzewce i usiłował wyszarpnąć dzidę z ciała, ale było to niemożliwe. Zatoczył się, czując, jak tkwi wewnątrz, jak porusza się stalowym zębem w jego tkankach przy każdym uderzeniu serca.

1 ... 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)