Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #1
- Год: 2005
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
W lesie znalazł obrośnięte liśćmi pędy bluszczu i okręcił się nimi, improwizując coś podobnego do stroju maskującego snajpera. Teraz wiedział, że póki nie zrobi jakiegoś głupstwa, nie powinni go zobaczyć. Na wprost bramy znajdował się jeden duży budynek, stojący w poprzek, równolegle do częstokołu. Po bokach dwa długie budynki gospodarcze.
Na dziedzińcu kręciło się kilkunastu uzbrojonych Ludzi Węży, prawdopodobnie tych, którzy przyjechali nocą z brańcami w asyście „krabów”.
Prócz tego byli tu jeszcze jacyś stali mieszkańcy. Widać było, jak łażą po obejściu, po godzinie przyjechało troje małym wozem wyładowanym sianem. Była jeszcze tamta para pasterzy, których wytropił kilkaset metrów dalej nad rozlewiskiem potoku. Podkradł się w ich stronę. Chłopak leżał na trawie, z rękami pod głową i jakąś trawką w zębach oddawał się kontemplacji obłoków. Dziewczyna zaś klęczała kawałek dalej przy skalnej ścianie, z której spadał mały wodospad. Woda pieniła się, wypełniając okrągły, naturalny stawek, i spadała do potoku. Sielanka.
Klęcząca tyłem dziewczyna była naga, tylko na głowie miała wieniec z gałęzi krzewu, obsypanego drobnymi, czerwonymi jagodami. Zygzakowate, czerwono-czarne tatuaże pokrywały nie tylko jej ramiona, ale także plecy i uda. Unosiła dłonie i śpiewała, ale w szumie wodospadu nie było słychać ani słowa. Widział tylko jej plecy, tłustawe nawiasem mówiąc, z szeregami drobnych fałdek nad biodrami, i ramiona, które wznosiła do góry, odrzucając głowę. Potem uniosła się na kolanach i wykonała kilka wijących się ruchów biodrami, potem ramionami, jakby ćwiczyła taniec brzucha. Spojrzał uważniej i zauważył, że dziewczyna trzyma na kolanach koźlątko. Położyła je przed sobą na ziemi i znowu zaczęła tańczyć na klęczkach.
Przemknęło mu przez głowę, że może warto byłoby tych dwoje czymś nastraszyć, ale nie wiedział czym. Mógłby ich zabić i zostawić tutaj, wtedy mieszkańcy fortu wyszliby na poszukiwanie, potem by ich znaleźli i zbiegliby się do wodospadu, zostawiając tamtą flankę zupełnie odsłoniętą, ale okropnie nie chciało mu się tego robić.
Już zaczął się wycofywać, kiedy zobaczył, jak w białej pianie pod wodospadem pojawiają się jakieś ciemne kształty, które przecinają wodę esowatymi ruchami, a potem wokół dziewczyny wiją się ogromne, czarno-czerwone węże. Związane koźlę szarpało się rozpaczliwie, łby węży uderzyły je momentalnie jak pejcze i zwierzątko padło wśród drgawek. Natychmiast zostało oplecione przez kłębowisko gadów i znikło pod plątaniną ciał. Kilka węży wspięło się też na dziewczynę, oplatając się wokół ud i ramion. Były różnej wielkości. Od małych, grubości kciuka i krótszych niż pół metra, do dwumetrowych i grubych jak ramię mężczyzny.
Drakkainen przyjął do wiadomości to, co zobaczył, po czym wycofał się i przez zagajnik wrócił w okolicę fortu. Najbardziej trapiło go, że przy takim ruchu na małej przestrzeni nie zdoła wkraść się do środka.
Czatował w kilku miejscach przez kilka godzin, ale nie było możliwości.
Obserwował „kraba”, który wylazł po raz kolejny i przechadzał się przed bramą. Wartownik warknął coś do niego i dźgnął pancerz końcem włóczni. Krab pokazał nagle ramiona z krzywymi ostrzami, które dotąd były ciasno splecione na beczkowatej piersi i zasyczał.
Strażnik krzyknął ostro i zdzielił kraba drzewcem przez płaski łeb, po czym wyjął coś zza pazuchy. Krab wydał z siebie upiorny, przeciągły wrzask, potwornie wysoki, i cofnął się do grodu.
To jakieś zwierzę, pomyślał Drakkainen, przynajmniej strażnik tak się do tego odnosił. Jednak ten pancerz wygląda na sztuczny. Na tandetną zbroję z podrdzewiałej blachy, jakkolwiek o wymyślnym kształcie. Tylko na co ta zbroja jest nasadzona? Na gigantycznego kurczaka?
Postanowił przeczołgać się na drugą stronę fortu i spróbować podsłuchiwać pod częstokołem.
Po południu rozległo się nagle przeciągłe buczenie rogów i otwarto bramę. Wypadło stamtąd kłusem kilku jeźdźców, a za nimi w dwóch szeregach równo maszerowały kraby.
Drakkainen był wtedy w połowie przeczołgiwania się przez łąkę na wprost grodu. Opleciony dokładnie kłębowiskiem pnączy i suchą trawą, wyglądał raczej jak pagórek lub kupa siana, która spadła z wozu. Poruszał się tak powoli, że trzeba by naprawdę uważnego obserwatora, żeby zauważył jakikolwiek ruch.
Jednak kiedy oddział wymaszerował wprost na niego, jedyne, co mógł zrobić, to powoli opuścić twarz na ziemię i czekać.
Konie, na których jeździli Węże, wyglądały cudacznie. Nosiły pełne zbroje, ale całe w jakichś nieregularnych łuskach i odrostach, przypominały raczej jaszczurki albo koniki morskie. Ta sama estetyka dotyczyła pancerzy „krabów”.
Coś go strasznie męczyło w ich wyglądzie, ale nie potrafił sobie uświadomić, co. Coś nie na miejscu. Coś z dziedziny: „Czym różnią się te obrazki?”.
Obłożone kolczastymi segmentami kopyto uderzyło w ziemię tuż obok jego głowy, wzbijając chmurę pyłu. O metr od niego maszerowały, chrzęszcząc luźnymi blachami, dziwaczne stwory. Prawie nie miały głów tylko płaskie wybrzuszenie z czymś w rodzaju szerokiego dzioba z przodu i wąskiej szczeliny nad dziobem. Przypominało to szesnastowieczny hełm turniejowy typu „żabi pysk”.
Koń wbił kopyto obok jego uda, kolejny przeszedł tuż nad głową. Drakkainen nawet nie drgnął, choć całe ciało chciało porwać się z wrzaskiem na równe nogi.
Jeździec może cię nie widzi, ale koń czuje, że coś jest nie w porządku, i dlatego nie chce tu stawać. Konie cenią sobie równowagę i nienawidzą deptać po nie wiadomo czym. Podejrzewał jednak, że się pociesza. To w końcu nie były tak naprawdę konie.
Przejazd oddziału nad jego głową trwał mniej niż trzydzieści sekund, ale Drakkainenowi wydawało się, że to niekończący się koszmar. Kiedy wszyscy przeszli, nie musiał się nawet zmuszać do tego, żeby pozostać na miejscu. Był wykończony.
Poleżę tu, pomyślał. Może nawet się zdrzemnę.
Zaczęło się robić szaro. Słońce schowało się już za krawędzią szczytu i dolinę zalał długi cień.
Trzeba było się spieszyć.
Przepełzł na drugą stronę fortu — bagnistą łąkę, oddzielającą go od zbocza doliny, i po dłuższym czasie przekradł się do palisady. Nawet nie była taka wysoka.
— Podaj mi rękę — powiedział Drakkainen, wychylając się nagle zza urwiska. Grunaldi, od kilku godzin siedzący uparcie przy obwiązanym liną drzewku, odskoczył w tył.
— Skądeś się tu wziął?! Przed chwilą patrzyłem na dół i nikogo nie było.
— Patrzyłeś na mnie, tylko nie wiedziałeś, na co patrzysz.
— Mają dzieci?!
— Mają. Trzymają je w oborze przy samej palisadzie. Jak się patrzy od wejścia, to po prawej ręce. To długi budynek. Pierwsze drzwi to siodlarnia, drugie obora dla kóz i chlew, trzecie to właśnie pomieszczenie, gdzie zamknęli dzieci. Nie otwórzcie tylko następnego. To jest zagroda, gdzie trzymają kraby. To dzikie zwierzęta. Nie wiem, jakie, ale ważne, że całe z żelaza i bardzo szybkie. W tej chwili tylko trzy, bo reszta wyszła z fortu traktem, razem z jazdą. Widziałem, jak je karmią. Sami Ludzie Węże chyba się ich boją. Jeden podszedł do zagrody i wrzucił tam ćwierć świniaka. Potem słychać było tylko wrzask i świst ostrzy, a mięso znikło. Uważajcie na nie. Teraz w środku jest gdzieś piętnastu Węży. I mężowie, i kobiety są zbrojni. Zbierajcie się. Musimy ukryć się w zagajniku, zanim sprowadzą kozy z pastwiska.
— Dlaczego?
— Powiem wam po drodze. Podajcie mi hełm i karwasze.