Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
Pan Lodowego Ogrodu. Tom I - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom I

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
1 ... 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98
Перейти на страницу:

Pod wznoszącą się dwieście metrów wyżej, olbrzymią twarzą znajdowało się okrągłe jeziorko, do którego ciurkała z góry woda. Wypływała dokładnie z kącików oczu.

— To chyba przesada — zawołał Drakkainen. — Ile trzeba ryczeć, żeby mieć pięciometrowe stalaktyty u nosa?! Milion lat? Co za histeryczka. Weźże się w garść, dziewczyno. Otrzyj sobie stalaktyty i uśmiechnij się.

Obszedł jeziorko i spojrzał wzdłuż ud.

— Wiedziałem. Podziwu godny realizm. Ale masz wielką jaskinię! — zawołał, chcąc wywołać echo. — Teraz muszę już iść, ale w powrotnej drodze zwiedzę sobie ciebie. Zawsze uwielbiałem jaskinie.

Dno doliny było płaskie. Rosła tam trawa i drzewa, przecinały je strumienie, rozlewające się w okrągłe stawy. I tylko tyle wyglądało normalnie.

Nienormalne były na przykład długie rzeki mgły, toczące się doliną.

Zimnej mgły pełnej wijących się, zmiennokształtnych stworów, widocznych w termowizji.

Za porośniętym lasem wzgórzem majaczyły jakieś zabudowania. Ale nie zwykłe, drewniane chałupy z bali, do których przywykł. Jakieś bulwiaste budynki, ni to gigantyczne dynie, ni to bunkry, ni pękate dzbanki.

Gdzieś już widział coś takiego. Miał to męczące poczucie już od dawna. Coś znajomego, ale poza zasięgiem pamięci. Piaskowe, dziwaczne budowle i kwadratowa wieża, zwieńczona cienką, czarną szubienicą w tle.

Coś jak déjà vu. Część dziwacznego przeczucia, które dręczyło go od kilku dni. Tuż-tuż, za najbliższym zakrętem mózgu. Prawie w zasięgu ręki.

Te jaskraworóżowe, psychodeliczne fontanny, wyglądające jak skomponowane z wypreparowanych, rozciętych narządów i fragmentów kolczastych pancerzy homarów.

Te zwierzęta, kręcące się to tu, to tam.

Czarna, trzygłowa jaszczurka. Wychodząca ze stawu.

Na Midgaardzie nie ma trzygłowych jaszczurek.

Nie ma też ropuchowatych, czarnych stworów, pokrytych lśniącymi jak korale wrzodami, które pieką sobie na ruszcie ludzką stopę.

Nie ma sześcionogiego szczura w okularach, wlokącego skorupę jak żółw, zwłaszcza jeżeli skorupa jest wklęsła jak metalowa misa i ozdobiona dłonią, przybitą do niej nożem.

Trochę przypominało to naćpany park rozrywki.

Patrzył na gigantyczne, różowo-seledynowe kwiaty, śliskie w dotyku i przypominające ciało. Patrzył na jakieś mięsiste, białe kule jak olbrzymie owoce, w których poruszały się niemrawo jakieś prześwitujące przez ścianki, ludzkie kształty.

Szedł.

Trzeba znaleźć kogokolwiek, od kogo można się czegoś dowiedzieć.

Wszedł na pagórek, zwieńczony cudaczną rzeźbą z poprzeplatanych, różowych kształtów nie do opisania. Przez otwór w jednym z elementów cały czas w kółko przelatywało stado czarnych, oszalałych ptaszków. W kółko i w kółko, aż się niedobrze robiło.

Na szczycie wzgórza zobaczył kolejną, kulistą banię jak cienki, biały owoc. Był wielki jak namiot, w środku para Ludzi Węży kopulowała mechanicznie, choć z zapamiętaniem, taplając się w rozgniecionym na różową miazgę miąższu owocu.

Spojrzał tępo przez rozszarpaną z boku, podobną do białego pergaminu skórkę owocu, widział zlane potem plecy mężczyzny, pokryte zygzakami czerwono-czarnego tatuażu, i tak samo tatuowane łydki i stopy kobiety, splecione na jego pośladkach.

Patrzył w milczeniu, jak owoc wypuszcza nagle kolczastą, wijącą się łodygę, która kwitnie ogromnym jak taca białym lotosem, rozkłada płasko płatki, a następnie pączkuje olbrzymią, opalizującą bańką, która odlatuje z wiatrem.

— Co ja takiego zjadłem, da piczki materi — mruknął Drakkainen.

U stóp wzgórza kłębiły się setki nagich ciał Ludzi Węży. Właśnie kłębiły. Tak bez sensu. To nawet nie była jakaś konkretna orgia. Wili się po sobie jak robaki, taplali bezmyślnie w sadzawce wokół cielistej, obracającej się fontanny.

Nie zwracali na niego uwagi. Przechodził między nimi, przyczajony, rozpędzając cudaczne ptaki i jaszczurki plączące się pod nogami, trzymając dłoń na sterczącej zza pleców rękojeści miecza.

Naprawdę nie zwracali na niego uwagi. Łazili to tu, to tam jak naćpani albo zahipnotyzowani. Nie zareagowali nawet, kiedy roztrącił taką grupkę, przewracając niektórych na ziemię. Ktoś wstał i polazł dalej, a niektórzy leżeli bezmyślnie, aż ktoś inny położył się na nich tak samo sennie i bez zainteresowania.

— Wiem! — powiedział nagle Drakkainen do przechodzącego Węża. — To jest Ogród Rozkoszy Ziemskich!

— To — wskazał na cielistą fontannę — jest Fontanna Życia, czy Radości, nie pamiętam już. Rozumiesz? — Kolejny przechodzący spojrzał na niego mydlanym wzrokiem i powrócił do przeżuwania czerwonych jagód.

— Nie mogłeś tego wymyślić, mordo! — zawołał Drakkainen. — Nie mogłeś widzieć obrazów Boscha, więc to znaczy, że jednak mam halucynacje!

Ruszył dalej, a nagle zatrzymał się przy kolejnej grupce.

— Aaken — powiedział. Znieruchomieli i spojrzeli na niego. — Hieronimus van Aken. Bosch.

— Aaken — odpowiedział mu chór tępych głosów.

— Fajnie się z wami gada. To teraz może Pier van Dyken?

Zapadła nagła cisza.

— Cierń — odpowiedział niepewny głos. A za chwilę drugi, jakby z obawą: — Cierń!

A po chwili cały, skandowany chór.

— Cierń! Cierń! Cierń!

Krzyczeli, wskazując gdzieś palcem. W górę doliny.

— Widziałem cię! — zawołał Drakkainen do mnicha w habicie, z tonsurą i szczurzym pyszczkiem, przystrojonym binoklami, trzymającego oprawną w safian książkę. — Widziałem cię już w muzeum!

— Podsumujmy — mówił Drakkainen. — Bosch. Przydomek Aaken. Zimna mgła. Okulary na twarzy Węża. Stylistyka zbroi i pancerzy charakterystyczna dla piętnastego wieku. W świecie, w którym szczytem techniki jest półzamknięta łebka z nosalem. Dalej „Ogród rozkoszy ziemskich”, znaczy tu, za tym wzgórzem, będziemy mieli...

Wszedł na wzgórze.

— O, Chryste miłosierny. „Muzyczne piekło”.

Nad równiną było wyraźnie ciemniej. Zbierały się nad nią czarne chmury, a w oddali, wśród zrujnowanych ruder, płonęły pożary, podświetlając szubienice.

Coś zadzwoniło.

Drakkainen oderwał wzrok od szarpanych, dźganych i poniewieranych nagich Węży i szarpiących je krępych demonów o żabiotrupich pyskach. Patrzył na ludzi, wkręcanych w gigantyczną lirę korbową, na ogromną, baniastą kobzę, wyglądającą jak wyrwany z ciała olbrzyma krwawy narząd, naszpikowany olbrzymimi fujarkami.

Pod nogami przechodził mu hełm. Baniasty, zamknięty przyłbicą, na dwóch krzywych, karlich nogach. Na szczycie hełmu dyndała odrąbana ludzka stopa, przeszyta strzałą.

— Ciebie też już gdzieś widziałem.

Torturowani wyglądali na równie zobojętniałych i sennych jak ci, którzy brali udział w orgiach. Także głównie wili się po sobie i tłoczyli na ziemi.

Tylko wysnuwające się z zimnej mgły potwory, szczurzożabie hybrydy i karły miały w sobie trochę życia.

— Przepraszam, czy ktoś może widział tu Piera van Dykena?

— Cierń! Cierń! Cierń!

Drakkainen roztarł twarz i ruszył dalej, przepychając się przez tłum. Niedaleko.

Aż do wielkiego wozu, zaprzężonego w kraby, w asyście kolejnych opancerzonych dzieci.

Drakkainen natychmiast przyczaił się i chwycił za rękojeść miecza.

Kraby otaczały go, wydając ten swój upiorny pisk, od którego aż dzwoniło w uszach.

Przysiadł w niskiej pozycji bojowej, ale obchodziły go kręgiem jak pancerne żaby, w wąskich wizurach tnących szerokie, stalowe pyski była tylko ciemność. Krążył chwilę z jedną dłonią na rękojeści, a drugą wyciągniętą przed siebie, aż wszystkie kraby wysunęły ręce spod pach i szczęknęły ostrzami. Wokół Wędrowca stał pierścień krzywych brzeszczotów jak korona z cierni.

1 ... 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)