Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
Pan Lodowego Ogrodu. Tom I - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom I

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
1 ... 85 86 87 88 89 90 91 92 93 ... 98
Перейти на страницу:

— To jak?

— Suchym żlebem, kawałek dalej. Ja wezmę konie z Gjafim, a ty leć za nim.

Drakkainen stracił trop co najmniej trzy razy. Mógł polegać jedynie na śladach i to rozmytych, bo zapach rzeczywiście spłukały deszcze i przykryły inne wonie, równie obce i niewyraźne.

Kiedy go spotkali, klęczał na ziemi i przykładał do niej miecz wysunięty kawałek z pochwy. Trzewik pochwy leżał w tym samym miejscu, ale głowica w rękach Wędrowca kręciła się po ziemi i przykładał ją to tu, to tam.

— Zwariował.

— Mierzę długość kroku — warknął Drakkainen. — Zgubiłem ślad, więc szukam od poprzedniego. Nie przeszkadzaj.

Kawałek dalej dogonili go znowu. Stał i patrzył w ziemię.

— Tu ich spotkali.

— Kto?

— Kilku mężczyzn. Pięciu czy sześciu. I osiem dziwnych stworów. To będą chyba te kraby, o których wszyscy gadają. Ślady dziwne, jakby ludzkie, ale wąskie i długie. I te ostrza — wszystko wokół pocięte. Liście, pnie. Zupełnie jakby nimi bezmyślnie wymachiwały. Wąskie, długie brzeszczoty. Bardzo ostre. Ale krwi nie ma. Nikomu tu nic nie zrobiono. To nie była walka.

Wyprostował się.

— Tamci mieli konie. Ciężkie i dziwnie podkute. Czy tędy się idzie przez tę Szklaną Przełęcz?

— Nie.

— A gdziekolwiek do kraju Węży?

— Przez Niedźwiedzie Wierchy, może. To niewysoko, da radę z końmi.

— Więc pokaż mi drogę.

Jechali bez wytchnienia aż do zmroku. Gdzieś po drodze Drakkainen zeskoczył nagle z konia i ukląkł w trawie. Wstał potem i podał Grunaldiemu małą, skórzaną czapeczkę.

— Masz. Któreś zgubiło. Teraz widzicie wreszcie, że dobrze idziemy.

Potem znowu zsiedli z koni i szli dalej pomimo ciemności. Drakkainen parł do przodu pewnie jak po równej drodze. Konie potykały się, ludzie zaczepiali o gałęzie.

— Trzeba zrobić postój — powiedział ktoś.

— Nie ma czasu! — warknął Grunaldi. — Ulf jakoś idzie, to i my możemy!

Szli w kompletnych ciemnościach pod górę, potykając się wśród skał. Spalle lekko skręcił nogę, a drugi woj imieniem Gjafi Żelazny Ranek zwymiotował ze zmęczenia.

W końcu jednak zrobili postój. Na trzy godziny przed świtem, na kamienistym zboczu powyżej linii lasu. Drakkainen zabronił palić ogień.

— Zbyt niewyraźnie widzę — powiedział. — Mogłem zgubić ślad. Trzeba czekać do rana, bo jeżeli źle idziemy, będziemy musieli wracać.

Zwalili się jeden obok drugiego na mokrą trawę, dysząc rozpaczliwie. Nikt nie miał siły powiedzieć ani słowa. Bukłak z wodą przewędrował z rąk do rąk.

Potem Gjafi i Spalle zasnęli. Drakkainen siedział owinięty płaszczem i nasłuchiwał, a Grunaldi siedział obok i wyłamywał nerwowo palce. Widać było, że najchętniej szedłby dalej. Skórzaną czapeczkę znalezioną po drodze trzymał przez cały czas w dłoni.

— Naprawdę widzisz trop? — zapytał w końcu. — W tych ciemnościach?

— W ciemnościach już nie. Dlatego stanęliśmy. Zaszedł ten drugi księżyc. W ogóle to coś widzę, ale tropić nie mogę.

— Oczy ci świecą w mroku jak u wilka — zauważył Grunaldi ponuro. A po chwili: — A co robić, jak już dojdziemy? We czterech?

— Na pewno nie będziemy rzucać się na nich wszystkich z wrzaskiem. Zobaczy się. Zrobimy zasadzkę, powybijamy po jednym, może trzeba będzie zrobić sabotaż. Najważniejsze to odbić dzieci.

— Co to jest „zabotarh”?

— Zobaczysz.

Ruszyli, ledwo niebo poszarzało.

W górę, w górę i w górę. Pomiędzy kamieniami, czepiając się skał i holując coraz bardziej zdegustowane konie. Nie było tu żadnego traktu, tylko kamienista hala. Nad nimi wznosiły się szare szczyty, skąpane od połowy we mgle.

Drakkainen stanął nagle i podniósł rękę.

— Stać! Cicho, słyszycie?

Nic nie słyszeli.

— Tamto wycie, które słyszeliśmy na Dragorinie. Nie słyszycie?

— Ja chyba coś słyszę — powiedział Gjafi niepewnie.

— A ja nic.

— Dalej. Nie ma czasu.

Po kilku godzinach przeszli przełęcz i zaczęli schodzić, aż drogę przegrodził im strumień. Nie było tu ścieżki ani traktu. Nic. Tylko strumień, skały i kępy kosówki. Patrzyli z nadzieją, jak myszkuje wśród skał, aż wskazał kierunek.

— W górę. Konni jechali strumieniem, reszta szła obok, po skałach.

Biegli wzdłuż strumienia. Potem na drugi brzeg i w dół doliny. Po śliskich, wilgotnych skałach, ledwo widoczną ścieżką. Koń Gjafiego wpadł w panikę. Chrapał, tańczył i wydawał z siebie dzikie wizgi. Żeglarz szarpał się przez chwilę, świadom, że wszyscy stoją i patrzą nań z przyganą, w końcu zarzucił zwierzęciu płaszcz na głowę i poprowadził je, potykające się, na końcu pochodu.

— Nie zdradzaj pozycji! — warknął Drakkainen. Spojrzeli na niego w milczeniu.

Na dnie doliny Wędrowiec nagle stanął i rozejrzał się bezradnie.

Przystanęli spokojnie, czekając, aż znajdzie trop. Zawsze znajdował. Siedzieli cicho i starali się nie przeszkadzać. Grunaldi uniósł bukłak, pijąc, potem oblał sobie twarz odrobiną wody. Spalle siadł u nóg konia i zwiesił głowę. Zdjął hełm i przytroczył sobie do paska, po czym rozmasował zmęczoną twarz.

Czekali.

Drakkainen oglądał gałązki, potem cofnął się do zbocza i odpiąwszy miecz, zaczął mierzyć ślady.

Czekali, aż znajdzie ślad. Pewni, jak za każdym razem.

Drakkainen wstał, kopnął w skałę i wyrzucił z siebie cały ciąg przerażających, fińskich przekleństw, które brzmiały tak, jakby ktoś zanurzył rozpalone do białości ostrze w lodowatym strumieniu z lodowca.

Żeglarze milczeli i słuchali z szacunkiem, choć nie mogli zrozumieć ani słowa.

— Koniec — powiedział wreszcie Wędrowiec. — Teraz naprawdę ich zgubiliśmy. Tu mam ostatni ślad. — Kopnął w ziemię. — A dalej, jakby unieśli się w powietrze. Teraz zaczną się te wasze cholerne bzdety z zimnymi mgłami i inne magiczne gówna, których naprawdę nie znoszę! Naprawdę, jebem ti duszu, da piczki materi, tego nienawidzę! Przeszkadza mi to w pracy! Ktoś może wie, gdzie poleźli? Tam?! Tam?! A może tam?! A może pofrunęli na dzikich gęsiach?! W tym kretyńskim świecie pewno często się tak podróżuje!

Wyprostował się i zaczerpnął kilka głębokich oddechów.

— Poproszę o wodę — powiedział nagle uprzejmym tonem, przewieszając miecz przez plecy. Grunaldi podał mu bukłak. Drakkainen wypił, otarł usta wierzchem dłoni i oddał mu worek.

— Zejście ze zbocza — oznajmił spokojnie — było trawersem w tę stronę. Czyli przed siebie. Nie ma śladu, znaczy idziemy przed siebie.

Ale przeszli zaledwie kilkadziesiąt kroków.

— Stój! — wrzasnął Spalle.

Drakkainen, który przeszedł wstępne przeszkolenie w Morskim Oddziale Rozpoznania Specjalnego, zamarł z uniesioną nogą. Takie nagłe, gromowe „stój!” oznaczało dla niego — minę. Potykacz, fotokomórkę albo laserowy fugas. Po chwili uświadomił sobie, że tu nie ma min przeciwpiechotnych i bardzo powoli postawił podeszwę buta na ścieżce.

— Co się stało? — zapytał cierpliwie.

Spalle wskazywał coś ręką.

— Nie widzisz?

— Spalle — wycedził Drakkainen. — Poproszę rzeczowo. Widzę wiele rzeczy, ale nie wiem, o co chodzi. Widzę góry, krzaki, skały.

— Uroczysko. Patrz na te pokręcone krzaki. Na krąg martwych ptaków dookoła. Na trupa kozicy, która porosła jakimiś kolcami. Na szkielety skalnych piesków.

— Rozumiem — zaczął Drakkainen — że w związku z tym nie możemy iść dalej?

— Widzisz, jak powietrze faluje?

1 ... 85 86 87 88 89 90 91 92 93 ... 98
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)