Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #1
- Год: 2005
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Zaczęło się od tego, że młoda kapłanka i chłopak, który pasł z nią kozy, wpadli o zachodzie słońca do fortu przerażeni i z okropnym krzykiem. Kiedy wracali spod wodospadu, pędząc stado, natknęli się na cztery święte węże. Były martwe i z odrąbanymi łbami, a ich ciała bluźnierca naciągnął na kije jak rękawiczki i ustawił wśród skał.
Jeszcze nikt nie słyszał o niczym podobnym, a już zupełnie nie można było zrozumieć, jak to się mogło stać tuż przy forcie, w samym środku ich doliny z widokiem na Skamieniałe Cuda, po drodze do świętego wodospadu. Dosłownie o kilka kroków od nich. To było zupełnie nie do uwierzenia, więc z fortu wybiegli niemal wszyscy, którzy byli w zasięgu głosu.
Wartownik pobiegł również, ponieważ go zawołano. „Popatrz, co z ciebie za wartownik! Jak to możliwe! Pod samym fortem! Kto to mógł zrobić?! Tylko popatrz!”.
No to popatrzył.
Nie widział natomiast człowieka z mieczem na plecach, który wślizguje się do wnętrza fortu jak cień.
Zaraz za bramą Drakkainen skręcił wzdłuż palisady, gdzie pod ścianą obory stał wóz z sianem. Przyklęknął na chwilę przy przednich kołach i z szerokim uśmiechem na twarzy wydobył swój wieloczynnościowy, szwajcarski scyzoryk, przemycony z lekceważeniem wszelkich reguł. Tuż przy rękojeści znajdowało się stalowe kółko. Wędrowiec pociągnął je, rozwijając trzydziestocentymetrową piłkę strunową. Monomolekularny włos o ostrości diamentu i wytrzymałości porównywalnej z odpornością cumy dużego okrętu. Przełożył strunę przez belkę dyszla i odciął ją trzema długimi pociągnięciami.
— Nigdy nie używasz tych wszystkich gadżetów, mówili — zamruczał pod nosem, niosąc dyszel na ramieniu zaułkiem pomiędzy oborą a palisadą. Szedł, licząc kroki, aż znalazł się na wysokości pomieszczenia, z którego niedawno dobiegały go przerażające, dziecięce głosy. Jakieś senne, jakby w malignie.
„Gdzie jest muzyka? Chcę, żeby znowu była muzyka! Mama... mama... mama... Chcę do węża...”.
Jeszcze czuł ciarki na samo wspomnienie.
Oparł dyszel o palisadę, po czym podskoczył i rozparł nogi pomiędzy częstokołem a ścianą, i wspiął się na dach obory.
Gdzieś daleko ludzie wrzeszczeli na siebie, złorzeczyli i wygrażali niewidzialnemu wrogowi. A wszystko z powodu kilku węży. Dla nich było to coś takiego, jak dla Araba goły kankan na modlitewnym dywaniku.
Drakkainen wholował dyszel na górę i nagle znieruchomiał w bardzo niewygodnej pozycji. Za stodołą pojawił się wysoki Człowiek Wąż i, oparłszy się plecami o ścianę, rozsznurował rozporek.
Potem rozległ się plusk i beztroskie poświstywanie. Drakkainen czekał cierpliwie, trzymając dyszel w powietrzu. Wąż ulżył sobie, po czym majstrując przy portkach, nagle spojrzał na dolny koniec drąga, wiszący w powietrzu metr od jego głowy. Powiódł po nim wzrokiem i na tle ciemniejącego nieba dojrzał siedzącego dwa metry wyżej Wędrowca.
— Nie sika się za stodołą — mruknął Drakkainen z wyrzutem, potem grzmotnął Węża końcem dyszla w twarz. Uniósł słup i przerzucił go za palisadę, opierając jednym końcem pomiędzy zaostrzonymi palami.
Wydobył miecz i wbił go w strzechę, tnąc sznurki i prując pachnące kurzem, stare warstwy słomy. Pokrycie dachu posypało się za oborę, a Wędrowiec sięgnął znów po scyzoryk i wyjął strunę, by przeciąć belki i więźby dachu. Pochylił się potem i, leżąc na dachu, zerwał belki stanowiące podłogę sąsieku. Zajrzał do środka i, zauważywszy pięcioro dzieci, stłoczonych w kącie i podnoszących na niego osłupiałe pyszczki, wycofał się. Pierwszy etap zakończony.
Gdzieś daleko wybuchły krzyki. Gwałtowne i histeryczne. Nie było czasu. Etap drugi — sabotaż. Kilka strzał, posłanych z zagajnika przez Grunaldiego, powstrzymało tłumek przed przeszukaniem okolicznych krzaków. Wartownik padł na ścieżkę ze strzałą sterczącą z oka, na niego zwaliła się tęga niewiasta o podpiętych wysoko włosach podobnych do sitowia. Ktoś kolejny, z nogą przeszytą na wylot, kuśtykając i wyjąc, szukał schronienia, reszta rzuciła się kryć za skałami.
Drakkainen, przygięty wpół, pobiegł po dachu i przeskoczył na strzechę kryjącą domostwo. Teraz musiał odwrócić uwagę ostrzelanych Węży od zagajnika i kupić trochę czasu obydwu żeglarzom.
Wciągnął powietrze i skoncentrował się, aktywując cyfrala, po czym rozpiął sajdak i, stojąc na dachu, sięgnął po łuk.
W zębach mieściły mu się tylko dwie strzały. Wybrał więc pięć i wbił je w strzechę, aktywował termowizję. W zapadającym nagle mroku bezkształtne plamy cienia zamieniły się w chłodne skały i pałające gorącymi barwami, skulone za nimi sylwetki. Drakkainen założył strzałę i wymierzył w niebo, patrząc po parabolicznych liniach wyświetlonych mu przez program. Ten starszy, skulony za rachityczną osłoną z kępy kosówki. Wskazuje ręką miejsce, gdzie może kryć się Grunaldi, i coś wrzeszczy. Dziękuję. Nie będziesz mi tu nic wskazywał. Drugi, biegnący z wrzaskiem do grodu. Następny. Następny. Kolejne strzały wypuścił jedną po drugiej w powietrze, doskonale wiedząc, gdzie trafią, i zeskoczył z dachu.
Zjechał po śliskiej słomie na majdan akurat w sam raz, żeby zderzyć się z grubym Wężem wychodzącym pośpiesznie z budynku z toporem w ręku.
Trwało to ułamek sekundy. Drakkainen wbił mu kolano w wątrobę, kciuk w oko, po czym grzmotnął go czołową częścią hełmu w twarz. Przytrzymał padającego i z trudem pchnął na innego jegomościa walącego się przed drzwi. Tamten otworzył usta do wrzasku i utonął w miodowo gęstym powietrzu przyspieszenia.
Wędrowiec rąbnął go nadgarstkiem tuż poniżej skroni, po czym wyskoczył lekko i wbił boczne kopnięcie w klatkę piersiową osuwającego się grubasa. Obaj Węże popłynęli do tyłu, wpadając do wnętrza domostwa. Słyszał, jak łamią tam w środku coś z rozlewającym się bez końca przeciągłym trzaskiem.
Drakkainen zatrzasnął drzwi i rozejrzał się po dziedzińcu. Znalazł zapomnianą, opartą o ścianę włócznię i wbił ostrze w deski drzwi, zapierając drugi koniec o ziemię. Potem wyszarpnął pęk słomy ze strzechy i przyklęknął, żeby skrzesać ogień.
Grunaldi i Gjafi wpadli przez szeroko otwartą bramę, dysząc i wymachując łukami.
— Grunaldi, ty nie! — wrzasnął Drakkainen. — Za palisadę! Będziesz odbierał dzieci. Tam, gdzie oparty dyszel, biegiem!
Grunaldi zakręcił się w miejscu i pognał, jakby goniły go demony.
Drakkainen podpalił strzechę. Buchnęły wesołe, pomarańczowe płomyczki i kłęby gęstego jak śmietana, siwego dymu. Chwycił jeszcze jakąś ławę i kilka beczek i zwalił to wszystko na kupę, barykadując drzwi.
— Gjafi, zamykaj bramę! — ryknął. — Na zasuwę!
Gjafi naparł na skrzydła bramy, a potem pchnął kutą, żelazną zasuwę.
Łomotanie w drzwi od chałupy stawało się coraz gwałtowniejsze.
— Za mną! — krzyknął Drakkainen. — Na dach!
Splótł ręce i ledwo but Gjafiego oparł mu się o dłonie, wypchnął go w powietrze.
Strzecha płonęła, aż miło. Gdzieś znad strumienia Węże podnieśli paniczny wrzask, ale bali się wychylić zza kamieni, przekonani, że są ostrzeliwani z kilku stron. Wypuścił jeszcze dwie strzały w niebo, na wyczucie, żeby utrzymać ich w tym nastroju.
Gjafi bezradnie zjechał z powrotem z dachu i rąbnął w ziemię.
Drzwi pękły z trzaskiem, uderzone czymś od wewnątrz. Za chwilę rąbnięto jeszcze raz. Kilka desek, koziołkując, poleciało na majdan.
Drakkainen wsadził trzy strzały, jedna za drugą, w dziurę po wyłamanych deskach. Ze środka rozległ się dziki krzyk.
Gjafi gramolił się z ziemi, sycząc i kuśtykając.
Drzwi zagrody uchyliły się powoli i wyszły stamtąd dwa kraby. Wyglądały paskudnie. Jak karły w płytowych, piętnastowiecznych zbrojach, jak morskie stwory albo demony z płócien jakiegoś oszalałego Holendra. Bosch? Breugel? Proszę bardzo.