Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #1
- Год: 2005
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Wyprostował się.
— Nie mogę — wyszeptał. — Nie mogę. Wiem, czym jesteście. Ja nawet uderzyć dziecka nie potrafię. Wybacz, komandorze. Wybaczcie mi wszyscy. Nie mogę.
Kraby nagle z metalicznym świstem schowały ostrza.
— Cierń! Cierń! Cierń!
— Dobra — powiedział Drakkainen z trudem. — Cierń.
Wóz miał nabijane kolcami burty z poczerniałego drewna, wzmocnionego żelaznymi pasami. Kolce były także na kołach. Otworzyła się klapa i opadła mu pod nogi. Wewnętrzna część miała żelazne stopnie.
— Dobra — powtórzył Drakkainen. — Jadę.
Z wysoka miał dobry widok na kłębowiska ciał, tortury, huczące ognie i doły kloaczne, i tarzających się wśród tego tatuowanych nieszczęśników. Kraby zaprzęgły się i pociągnęły skrzypiący wóz przez piekło pełne zgiełku, piskliwych, kakofonicznych tonów fujarek i kobz.
— W muzycznym piekle koniecznie powinny być też akordeony — mruknął Drakkainen.
Wóz toczył się wśród obłędu, Węże czepiali się szprych i obręczy, usiłowali wspinać na burty, prując ciała o kolce, po czym odpadali i koła przetaczały się po nich.
Cierń ukazał mu się za zakrętem doliny. Otoczony górami, pod pochmurnym niebem. Wyglądał trochę jak gigantyczne, wirujące stado ptaków albo tornado. Jak olbrzymie, strzelające w niebo wrzeciono.
— Na litość boską, co to jest? — wyszeptał Drakkainen.
— Cierń! Cierń! Cierń!
Z bliska, kiedy zsiadł już z wozu, okazało się, że Cierń naprawę był ruchem. Gigantycznym fraktalem z żelaza. Obracających się obręczy, kos, wahadeł, kół zębatych i mimośrodów. Wszystko to wirowało wokół siebie nawzajem, z szumem przywodzącym na myśl gigantyczne wirniki. Chwilami przypominało to astrolabium, chwilami wrzeciono, a chwilami jakiś mechanizm zegarowy.
— Cierń! Cierń! Cierń!
— Zwariowaliście? Nie podejdę do tego, przecież mnie posieka — warknął Drakkainen.
Wtedy coś się zmieniło.
Obręcze zaczęły zwalniać, kosy i wahadła odchylać, i obiekt zaczął zmieniać kształt jak monstrualna układanka z kutego żelaza i elementów mostowych. Olbrzymie kształty obracały się z szumem powietrza i ogłuszającym zgrzytem, po czym ustawiały się jeden przed drugim, dopasowując się płaskimi, najeżonymi ogromnymi nitami pokładami i tworząc most. Był nieruchomy, ale za chwilę jego nawierzchnia mogła się rozdzielić i rozpaść, zamieniając w plątaninę wirujących części.
A po tym moście kroczył wysoki mężczyzna o sczesanych na kark, ciemnych włosach, ubrany w czarny garnitur i czarną koszulę, z płaszczem narzuconym na ramiona.
— Kim jesteś! — krzyknął w mowie Wybrzeża. — Skąd znasz słowo „Aaken”? Co robisz w Ziemi Węży?!
— Doktor van Dyken, jak sądzę — rzekł Drakkainen po angielsku i schował miecz do pochwy.
Tamten skamieniał.
— Charakteryzacja — powiedział. — Ucharakteryzowali ci oczy! I nos! I nawet uszy!
Odwrócił się.
— Proszę za mną.
Za plecami Drakkainena rozległ się szczęk kilkunastu ostrzy.
Pierwszy krok przesądzał sprawę.
Van Dyken szedł przed siebie, powiewając połami płaszcza, a most rozpadał się tuż za Drakkainenem, rozdzielał nagle na wahadła, tryby i wirujące jak śmigła ostrza. Tam, gdzie szli, widać było żelazne ściany i korytarze, ale za plecami wszystko już było ruchem, wirowaniem, świstem i zgrzytem obracających się części.
Komnata była okrągła i stalowa jak wszystko. Przywodziła na myśl wiktoriański parostatek albo lokomotywę. Kute, żelazne meble, zawijasy i ozdóbki, a pomiędzy nimi sterczące nity, podłoga wyraźnie złożona z trójkątnych elementów jak stalowe zęby. Wszystko to mogło w każdej chwili rozpaść się w chaos i ruch wirującego żelaza.
— Panie van Dyken — zaczął Drakkainen. — Jestem ekipą ratunkową. Przyjechałem was ewakuować.
— Ewakuacja... — powiedział van Dyken. — Po czterech latach, czterech miesiącach i dwudziestu dwóch dniach. Ewakuacja.
— Gdzie są pozostali?
— Po wydarzeniach w stacji ocalało nas czworo. Poszliśmy każde w swoją stronę.
— Dlaczego?
— Było zbyt niebezpiecznie. Każdy kontynuował misję na własną rękę. Niechże pan siada, panie...
— Drakkainen.
— Drakkainen. Jakiś Skandynaw?
— W pewnym sensie, jestem z Europy Środkowej. Finlandia, Polska, Chorwacja.
— Europa środkowa... Znaczy wschodnia, prawda? Nieposłuszne prowincje Rosji. Wsteczne, prokapitalistyczne, ksenofobiczne, szowinistyczne, niezdyscyplinowane. Takie wsiowe mędrki z krajów niedźwiedzi. Na szczęście to drugi kraniec kosmosu, panie Drakinen. Nie musimy się tym przejmować.
— Co się stało w stacji?
— To, co zawsze się staje, kiedy ciemni ludzie stają w obliczu postępu. Odkrycia, które może umożliwić wszystko, a chowają się w swój konserwatywny lęczek. Przyszłość należy do odważnych. Tych, którzy nie boją się zmieniać świata. Zmiany to sól życia. Mój dom jest samą zmianą. Jest symbolem zmian. Zauważył pan?
Drakkainen wstał.
— Opowie mi pan o tym po drodze. Zbierajmy się.
— Niech pan się napije koniaku. Mam tu wszystko, także i koniak. Och, przepraszam, pan pewnie woli wódkę. Proszę spojrzeć.
Van Dyken otworzył szafkę i wydobył dwa kryształowe kieliszki.
— Ten świat daje nieograniczone możliwości. Paradoks polega na tym, że ci, którzy tu żyją, są zbyt ciemni, żeby z nich skorzystać. Jednak kiedyś to umieli — widział pan, co zrobili z górami? Imponujące! Magnifique! Proszę spojrzeć: unoszę kieliszek — widzi pan, jak potnieje? Jak rosi się od środka? Ja to sprawiam, proszę pana. À propos, widział pan moje „świerszcze”? Widzi pan, jaki robi się ciężki? Napełnił się. Stworzyłem wódkę. Zimną. Proszę, bez obawy. Jak to się u was mówi, „na zdarowia”?
Drakkainen spojrzał w kieliszek.
— Stąd ten Bosch? Stwarza to pan? Po co?
— Czy pan nie rozumie? Stwarzam, bo chcę. Bo ten świat daje mi taką władzę. A Ogród jest cudowną alegorią władzy, jaką, zdaniem Boscha, Bóg miał nad ludźmi. Piekło i niebo. Ogród rozkoszy i ogród cierpienia. Mam swój lud. Lud, który przekuwam w coś nowego. Sprawiam, że przechodzi historyczne zmiany. Ze średniowiecznego troglodyty z mieczem w Nowego Człowieka! W tej dolinie widział pan proces wychowywania. Nagroda i kara. Ci, którzy zaznali kary, marzą o nagrodzie. Ci, którzy zaznali nagrody, wiedzą już, o co walczą, i mają motywację.
— Ale po co?
— Bo to jest władza, panie Drakinow. Ja jestem władzą. Jestem bogiem. To jak pan sądzi, dam się teraz zawieźć na tę ciasną, brudną, zaludnioną planetę, żeby tam byle kto mówił mi, co mam robić? Wymachiwał jakąś spleśniałą, burżuazyjną demokracją? Zetlałymi pojęciami dobra i zła?
Splótł dłonie na pokrytym wzorami stalowym blacie i pochylił się do Drakkainena.
— Niech mi pan powie, gdzie popełniłem błąd. Musiał pan trafić do Żmijowego Gardła. Dlaczego moi ludzie pana tam nie znaleźli?
— Znaleźli.
— Więc dlaczego pan żyje?
— Czyżby pan kazał mnie zabić, van Dyken? Rodaka? Ziemianina? Europejczyka? Tego, kto przyjechał pana ratować?
— Ratować? Przed czym?
— Każe pan porywać dzieci? Zmienia je w potwory?
— Jak tu jest daleko? Ile lat wędruje tu światło, Drakansen? Sto tysięcy? I pan wlecze przez cały kosmos swoje idiotyczne, nic nieznaczące normatywy? Absoluty, w które nikt poza panem nie wierzy? I dobro, i zło jest tutaj, w pańskiej głowie. Dlaczego pan się oburza? Bo robię wojowników z ludzi za młodych o kilka lat? Kilka! Są wtedy w wieku, w którym najlepiej się do tego nadają. Nie zaśmiecono im mózgu skrupułami i nie znają strachu na zapas. Nie boją się śmierci, bo jej nie rozumieją.