Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
Pan Lodowego Ogrodu. Tom I - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom I

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
1 ... 86 87 88 89 90 91 92 93 94 ... 98
Перейти на страницу:

— Czyli musimy to obejść.

— Jak? Za stromo. I w górę, i w dół. Konie pospadają.

Drakkainen usiadł na trawie i wyjął fajkę.

— Ktoś ma jakieś pomysły?

Skrzesał ogień, rozdmuchując żar na kamieniu wśród suchych igieł kosówki, wreszcie błysnął płomyk. Drakkainen bardzo ostrożnie przypalił małą gałązkę, którą przyłożył do główki fajki.

Pozostali milczeli, przyglądając mu się z zaciekawieniem. Drakkainen wypuścił kłąb dymu, po czym zamknął na moment oczy.

— Przepraszam — powiedział. — Chyba jestem zmęczony. Zaraz coś wymyślę.

Siedział tak przez chwilę, pykając z fajki, i rozglądał się.

— Wynocha! — zakrakał nagle Nevermore, siadając na skale tuż przed granicą uroczyska.

— Tyle to już sam wiem — powiedział mu Drakkainen. — Tylko co dalej?

Kruk przeleciał mu nad głową i usiadł na innej skale.

— Traakt!

— Fajno — wycedził Drakkainen. — Dlaczego nie? Przecież to zupełnie racjonalne. Idziemy za krukiem. Słownik ci się poszerzył, jak słyszę.

— Traakt! Traakt! — krakał Nevermore.

— Wolałbym, żebyś powiedział „droga”, „tędy” albo coś w tym rodzaju, co mniej się kojarzy z krakaniem. Po prostu nie czułbym się aż tak bardzo jak kretyn.

Od tego momentu szli znacznie szybciej. Nie trzeba było już przystawać co chwilę, tropić ani szukać śladów.

Trwało to następne kilka godzin i żeglarze zaczęli dochodzić do wniosku, że ptak goni ich jeszcze gorzej niż Drakkainen.

Zeszli w jakąś dolinę, potem wspięli się na kolejny, niezbyt wysoki grzbiet górski.

W dole, pomiędzy stożkowatymi świerkami, ciągnęło się koryto rzeki, a tuż przy nim stała czworokątna sadyba. Z otworów dymowych pod dachem sączyły się sine smugi i wokół kręciło się kilka osób, maleńkich stąd jak mrówki.

— Cofnąć konie! — zawołał Drakkainen. — I wszyscy padnij! Nie stać na tle nieba!

Odwrócił się i zobaczył, że wszyscy i tak leżą, a Gjafi przytrzymuje przy pyskach warujące na podwiniętych nogach wszystkie konie.

Przestań odstawiać tu komandosa, zbeształ się w myślach. Przecież oni nie są głupi i bawią się w to przez całe życie.

Podczołgał się do krawędzi i wyjrzał bardzo ostrożnie, lustrując okolicę.

— Dwoje ludzi pędzi gdzieś kozy. Przed bramą siedzi jeden przy mieczu, ale nie wiem, czy to ma być wartownik, czy tylko tak sobie siedzi. Żre coś białego z miski. Ma pod ręką łuk, więc sądzę, że jednak wartownik. To wszystko Węże. Fryzura, tatuaże i tak dalej. Teraz wychodzi ze środka jakieś zwierzę. Świna? Nie, to nie zwierzę. To jest jeden z tych tak zwanych krabów. Rzeczywiście cały w pancerzu, ostrzy nie widzę. Jest małe, sięgałoby rosłemu mężowi do piersi, ale krępe. Jakoś dziwnie chodzi. Jakby sam tułów, bez głowy. Wygląda to raczej jak ryba głębinowa na nogach niż krab. Dobra.

Wyczołgał się tyłem i zsunął na drugą stronę, między skały.

— Zrobimy tak — powiedział. — Ja tam zaraz pójdę. Sam. Zbadam, jak to wygląda, i sprawdzę, czy mają wasze dzieci. Zobaczę, ilu jest zbrojnych i jak się pilnują. Wy macie tu czekać. Nie schodźcie za mną, nie kombinujcie niczego. Nie pomożecie mi. Sam mam największą szansę. Jeżeli mnie złapią, zauważycie to. Jakieś tryumfalne wrzaski, bieganina i w ogóle awantura. Ale to może również oznaczać, że sam postanowiłem tam narobić jakiegoś bałaganu. Czekajcie cierpliwie. Jest po mnie, jeżeli nie wrócę do rana.

— Lepiej pójdziemy z tobą — powiedział Grunaldi.

— Po pierwsze, uderzymy nocą, jak się ściemni. Jest nas za mało, żeby atakować od razu i sprawdzać wszystko bojem. Rozwalą nas w pięć minut i po sprawie. Po drugie, ktoś zostanie z końmi, a po dzieci idziemy we trzech.

— Na koniach można szybciej uciec — zauważył Spalle nieśmiało.

— Nie wolno nam korzystać z tej ścieżki, która się tu ciągnie. To jest ich ścieżka i cały czas ją obserwują. To jedyne wejście do doliny, którym mogą wjechać zbrojni, a przynajmniej tak pewnie uważają. Znajdziemy sobie inne miejsce, kawałek stąd. Tam na mnie poczekacie i tam poczeka też Spalle z końmi, kiedy pójdziemy odbijać dzieci.

— Dlaczego „Spalle”?! — zaprotestował wywołany.

— Dlatego, że skręciłeś nogę. A ktoś musi zostać z końmi, bo to jedyna szansa ucieczki. Kiedy będziemy już blisko, ty będziesz strzelał do goniących i spuszczał im na głowę kamienie. My nie będziemy mieli na to czasu.

Zeszli kawałek w dół zbocza i znaleźli kotlinkę pomiędzy skałami, w miejscu niewidocznym z gródka.

Drakkainen wyczołgał się na grzbiet i wyjrzał na drugą stronę.

— Doskonale — powiedział. — Niewysoko, ale stromo.

Na dno doliny rzeczywiście prowadziła biała, wapienna ściana skalna o wysokości najwyżej piętnastu metrów.

W dole szumiał potok.

Spalle spętał konie i pozwolił im szczypać wyschniętą, górską trawę i obgryzać żółte porosty ze skał. Drakkainen rozpiął swoje sakwy i z namaszczeniem układał przed sobą różne przedmioty. Miecz, zwój liny, nóż, łuk w sajdaku i kołczan. Krzesiwo. Duży szwajcarski scyzoryk, który ułożył uroczyście pośrodku.

— Nie podoba mi się to — oświadczył Grunaldi.

Drakkainen umoczył palec w rozrobionym na płaskim kamieniu czarnym barwniku i poprawiał sobie zygzakowate wzory na ramionach oraz twarzy.

— Dlaczego zawsze w takiej sytuacji znajdzie się ktoś, komu się „nie podoba”? Wynajął was wszystkich ktoś, czy jak? — zapytał Vuko, wycierając barwnik o trawę i grzebiąc w sakwie w poszukiwaniu karabińczyka z ósemką zjazdową.

— Nie podoba mi się, że wszystko zależy od ciebie, a tymczasem to ty tańczysz ze śmiercią. Wojownik nie siedzi i nie czeka przy koniach. Nie boimy się!

— Mylisz się — oświadczył Drakkainen, przypinając karabińczyk do pasa i sprawdzając, czy nóż nie zaczepia się o linę. — To właśnie kwestia ryzyka. Wojownik leci z rykiem, wywijając toporem, po czym strzelają mu trzy razy w zadek i zatykają jego mężny łeb na tyczkę. Ja uderzę pod osłoną ciemności. Zabiję w milczeniu. Będę wiedział, dokąd pójść i gdzie szukać. Nie przyszliśmy tu wydawać Wężom bitwy. Przyszliśmy odzyskać wasze dzieci. Może być tak, że nas tu zabiją i nic się nie uda. Ale nie licz na to, że znajdziesz się wtedy w pieśni, chyba że twój koń umie śpiewać. Bo z ludzi nie ocaleje nikt.

Założył na czoło swoją czarną chustę i związał ją z tyłu głowy.

Patrzyli w milczeniu, jak unieruchamia strzały w kołczanie, by nie wypadały i nie grzechotały. Wypróbował kilka mocowań sajdaka z łukiem tak, żeby o nic nie zaczepiać, przewiesił przez plecy miecz i rozplótł buchtę liny.

Znalazł nad urwiskiem pokręcone drzewko podobne do brzozy i pchnął całym ciężarem pień, po czym uwiesił się na nim nad przepaścią.

— Wytrzyma — oznajmił, wiążąc węzeł cumowniczy u nasady pnia. — Tędy będziemy schodzić.

Cisnął linę w dół i spojrzał za krawędź.

— Wystarczyło — stwierdził. — Nawet jest zapas.

Szczęknął karabińczykiem, szarpnął nim dla kontroli i przełożył linę za plecami.

— Idę — rzucił. — Czekajcie, aż wrócę.

— Znajdź drogę — powiedział Spalle.

Drakkainen przekręcił się głową w dół i pomaszerował po skalnej ścianie przy wtórze świstu liny, ślizgającej się przez hamujące oczka ósemki.

Po chwili wyjrzeli za krawędź, ale Wędrowca już tam nie było. Lina, przytulona ciasno do wapiennej ściany, też wydawała się ledwo widoczna.

Leżał pod osłoną gęstych, splątanych krzaków kosówki i obserwował. Robił nareszcie to, do czego się przygotowywał. Do zbrojnego odbijania i ewakuowania jeńców. Wprawdzie nie tych jeńców, ale na początek dobre i to.

1 ... 86 87 88 89 90 91 92 93 94 ... 98
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)