Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
Pan Lodowego Ogrodu. Tom I - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom I

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
1 ... 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98
Перейти на страницу:

Blacha pancerzy była pełna wżerów i przypominała wypolerowaną rdzę.

Ktoś zaczął walić od zewnątrz w zaryglowaną bramę.

Gjafi wyjął miecz.

Hucząca plama ognia rozlała się już na pół dachu i pożerała strzechę z ogłuszającym trzaskiem. Któryś z uwięzionych wewnątrz ludzi cisnął ławą w wąskie okno, wybijając okiennicę, ale tylko je zablokował do reszty. Ława utkwiła w połowie i wystawała teraz na zewnątrz.

Pierwszy z krabów ruszył na niego gwałtownie i nagle rozplótł wiecznie założone na piersi ramiona, ukazując dwie, dotąd skryte za plecami, krzywe szable. Uniósł się trochę i z płaskiego, przeciętego tylko wąską wizurą hełmu wybuchnął piskliwy krzyk.

Stwór był piekielnie szybki. Naprzemienne uderzenia szabel spadały z prędkością wirników śmigłowca. W przyspieszeniu Drakkainen widział, napinając łuk, jak ciosy strzelają jeden za drugim, Gjafi, obdarzony fenomenalnym refleksem, odbił trzy takie uderzenia, po czym jego dłoń wyprysnęła do góry, koziołkując w powietrzu i wlokąc warkocz krwi.

Sam wystrzelił trzy razy prosto w szczelinę hełmu tego z tyłu, widząc jednocześnie, jak Gjafi rozpada się tak, jakby wpadł w wentylator. W eksplozji krwi, gubiąc kończyny, rozlatując się w powietrzu, jeszcze zanim upadł na ziemię. Tamte trzy strzały były już na granicy wytrzymałości łuku, wystrzelił je w mniej niż sekundę, ostatnia rozleciała się w powietrzu od uderzenia cięciwy. Sprzęt mógł nie wytrzymać strzelania w przyspieszeniu. Wyrzucił łuk w powietrze i wydobył miecz, po czym odbił dwa z tych kurczowych, momentalnych jak uderzenia skorpiona cięć i wsadził dwa pchnięcia pomiędzy segmenty pancerza. Ten pierwszy, trafiony z łuku krab łaził ślepo po majdanie i siekał, co popadło.

Drakkainen wyskoczył z trybu bojowego, ale dla Gjafiego było już za późno. Wyglądał, jakby wszedł na minę. Wędrowiec schował miecz i spojrzał na kraba, który usiadł nagle w miejscu i uwiądł, lekko tylko skrobiąc ziemię ostrzami. Wszystko wokół zbryzgane było krwią Gjafiego, który drgał na ziemi, i było już za późno. Nie można było mu pomóc ani nie było go jak wynieść.

Nie było już czasu, ale tego musiał się dowiedzieć.

Drugi krab zwalił się na majdan z okropnym łomotem, przywodzącym na myśl kraksę samochodową.

Trudno było znaleźć jakiekolwiek mocowania pancerza, wreszcie odkrył jakieś łączenie i rozgiął je na siłę, kalecząc dłonie. Potem, kiedy już ciągnął za duży arkusz blachy, usłyszał, jak wyskakują jeden po drugim nity, i udało mu się odchylić lekko hełm. W środku, pod blachami widać było coś mięsistego jak ciało małża, pełne śliskich macek i naczyń, zalane jakimś cuchnącym śluzem, a w tym wszystkim widać było chude, blade ciałko.

I krew.

— Mamusiu, boli... — Vuko usłyszał ze środka metaliczny głos i wrzasnął. Odskoczył do tyłu, gubiąc miecz, i dalej się cofał. — Chcę do węża...

Głos umilkł, a Drakkainen cofał się, aż oparł się o ścianę i zjechał po niej na majdan. Siedział tak przez chwilę, aż rozległo się kolejne potężne uderzenie o bramę. Wędrowiec wzdrygnął się i ocknął na chwilę. Brama zatrzęsła się po raz kolejny, drzwi od płonącego dworu pękły na połowę i widać było, jak kilku ludzi pcha je z całej siły.

Wstał, zataczając się, podniósł łuk, znalazł gdzieś miecz i schował go do pochwy. A potem z zupełnie martwą i nieruchomą twarzą wybił się z ziemi, chwytając dłonią belkę, po czym wgramolił na dach.

Znalazł miejsce, w którym wypruł strzechę i wślizgnął się do środka.

Zachowywał się jak automat.

Wyciągał dzieci jedno po drugim na sąsiek, potem na dach, nie pozwalając im się rozłazić i przytrzymując niczym kocięta. Potem spuścił je po dyszlu prosto w ramiona Grunaldiego.

Skoczył z dachu, odbił od pali i poszybował w ciemność. Ziemia nadleciała mu na spotkanie. Zamortyzował upadek przewrotką i pokuśtykał za Grunaldim.

— Gdzie Gjafi?

— Nie żyje. Krab.

Wtopili się w mrok, wlokąc dzieci snujące się jak somnambulicy.

Węże wrzeszczeli, zajęci szturmowaniem własnej bramy i kontemplowaniem pożaru chałupy, oślepieni ogniem i ogłuszeni własnym wrzaskiem i paniką.

Tak jak w Afryce, przeszło przez głowę Drakkainenowi. Tak samo było w Afryce. Tak samo wyglądały armie warlordów. Oficerowie po czternaście lat, a reszta od siedmiu wzwyż.

Chwycił dwoje dzieci pod pachę i biegł, starając się stąpać jak najciszej.

Kiedy dobiegli do liny, Drakkainen chwycił Grunaldiego za ramię.

— Wchodź pierwszy — powiedział. — Będziesz wciągał dzieci razem ze Spalle, ja będę je przywiązywał.

— A potem wejdziesz? — zapytał Grunaldi stanowczo.

— Nie. Potem muszę iść dalej.

„Mamusiu, chcę do węża...”

— Zaopiekuj się moim koniem. Będzie tęsknił. Trzymaj go i nie wyrzucaj moich rzeczy. Wrócę.

— Nie możesz iść sam.

— Odprowadźcie dzieci do domu. Pilnujcie ich. Są jak zatrute, ale myślę, że kiedyś im przejdzie. Mogą znowu uciekać. I spieszcie się. Wsadźcie je na mojego konia i konia Gjafiego.

Drakkainen wyjął kilka strzał i wbił je, jedną obok drugiej, w ziemię. Kołczan był już prawie pusty.

W ciemnościach, od strony huczącego, sypiącego iskrami pożaru słychać było krzyki i tupot nóg.

— Ulf, będziemy na ciebie czekać.

— Słyszałem — odpowiedział Drakkainen twardo. Nie wolno się rozklejać. Morsy nie pękają.

— Grunaldi?

— Tak?

— Mój koń... Przytul czoło do jego czoła i powiedz mu, że wrócę, dobrze?

— Dobrze, przyjacielu. Jeśli nie, to ja po ciebie wrócę. A... wiesz, co to są te kraby?

— Nie chcesz wiedzieć.

Uścisnęli sobie bicepsy i karki, a potem Grunaldi zaczął się wspinać. Zatrzymał się na chwilę.

— Nitj’sefni?

— Tak?

— Znajdź drogę.

Boh — odpowiedział Wędrowiec po chorwacku.

Drakkainen uniósł łuk i wypuścił w mrok pierwszą strzałę. Odpowiedział mu krzyk.

Potem strzelił jeszcze dwa razy i przywiązał pierwsze dziecko pod pachami węzłem ratowniczym. Kolejne wyruszyło gdzieś w ciemność i musiał chwycić je za kark jak kocię.

Znowu napiął łuk i strzelił ponownie. Zostało troje ścigających, którzy zorientowali się wreszcie, że pozostali leżą przeszyci strzałami albo konają właśnie na ziemi, i cofnęli się.

Z góry z wizgiem pomknęły kolejne strzały. Grunaldi i Spalle. Uśmiechnął się.

Kiedy ostatni chłopiec pojechał do góry, chlipiąc i ocierając się o skałę, Drakkainen schował łuk i wtopił się w mrok.

***

Ciemność daje mi poczucie bezpieczeństwa. Kiedy przechodzę przez zagajnik, natykam się na troje Węży, dźgających włóczniami kępy trawy i krzaki, dziewczyna pochlipuje z wściekłości, pozostali mają zaciśnięte szczęki. Znajdą.

Znajdą bydlaka, który zabił święte węże, podpalił im dom i porwał ich niewolników. Który zabił tylu braci. Więc będą szukać. To nic, że dom się pali, to nic, że każda para rąk jest potrzebna do wiader i zwalania strzechy.

To nic, że jest kompletnie ciemno.

Nie odpuszczą. Będą szukać. To nic, że w miejscu, w którym sprawcy już od dawna nie ma prawa być.

Wpadają na drzewa, potykają się, zaczepiają ostrzami o gałęzie.

I mijają mnie po obu stronach. Tylko dlatego, że klęczę zupełnie nieruchomo, z opuszczoną twarzą i trzymam dłoń na rękojeści miecza. Moja sylwetka nie przypomina ludzkiej. Jest po prostu czarną plamą. A nade wszystko nie porusza się. W mroku oko rejestruje głównie ruch. Siedzę tak cierpliwie, aż odejdą, i potem jeszcze dłużej.

1 ... 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)