Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #1
- Год: 2005
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Blacha pancerzy była pełna wżerów i przypominała wypolerowaną rdzę.
Ktoś zaczął walić od zewnątrz w zaryglowaną bramę.
Gjafi wyjął miecz.
Hucząca plama ognia rozlała się już na pół dachu i pożerała strzechę z ogłuszającym trzaskiem. Któryś z uwięzionych wewnątrz ludzi cisnął ławą w wąskie okno, wybijając okiennicę, ale tylko je zablokował do reszty. Ława utkwiła w połowie i wystawała teraz na zewnątrz.
Pierwszy z krabów ruszył na niego gwałtownie i nagle rozplótł wiecznie założone na piersi ramiona, ukazując dwie, dotąd skryte za plecami, krzywe szable. Uniósł się trochę i z płaskiego, przeciętego tylko wąską wizurą hełmu wybuchnął piskliwy krzyk.
Stwór był piekielnie szybki. Naprzemienne uderzenia szabel spadały z prędkością wirników śmigłowca. W przyspieszeniu Drakkainen widział, napinając łuk, jak ciosy strzelają jeden za drugim, Gjafi, obdarzony fenomenalnym refleksem, odbił trzy takie uderzenia, po czym jego dłoń wyprysnęła do góry, koziołkując w powietrzu i wlokąc warkocz krwi.
Sam wystrzelił trzy razy prosto w szczelinę hełmu tego z tyłu, widząc jednocześnie, jak Gjafi rozpada się tak, jakby wpadł w wentylator. W eksplozji krwi, gubiąc kończyny, rozlatując się w powietrzu, jeszcze zanim upadł na ziemię. Tamte trzy strzały były już na granicy wytrzymałości łuku, wystrzelił je w mniej niż sekundę, ostatnia rozleciała się w powietrzu od uderzenia cięciwy. Sprzęt mógł nie wytrzymać strzelania w przyspieszeniu. Wyrzucił łuk w powietrze i wydobył miecz, po czym odbił dwa z tych kurczowych, momentalnych jak uderzenia skorpiona cięć i wsadził dwa pchnięcia pomiędzy segmenty pancerza. Ten pierwszy, trafiony z łuku krab łaził ślepo po majdanie i siekał, co popadło.
Drakkainen wyskoczył z trybu bojowego, ale dla Gjafiego było już za późno. Wyglądał, jakby wszedł na minę. Wędrowiec schował miecz i spojrzał na kraba, który usiadł nagle w miejscu i uwiądł, lekko tylko skrobiąc ziemię ostrzami. Wszystko wokół zbryzgane było krwią Gjafiego, który drgał na ziemi, i było już za późno. Nie można było mu pomóc ani nie było go jak wynieść.
Nie było już czasu, ale tego musiał się dowiedzieć.
Drugi krab zwalił się na majdan z okropnym łomotem, przywodzącym na myśl kraksę samochodową.
Trudno było znaleźć jakiekolwiek mocowania pancerza, wreszcie odkrył jakieś łączenie i rozgiął je na siłę, kalecząc dłonie. Potem, kiedy już ciągnął za duży arkusz blachy, usłyszał, jak wyskakują jeden po drugim nity, i udało mu się odchylić lekko hełm. W środku, pod blachami widać było coś mięsistego jak ciało małża, pełne śliskich macek i naczyń, zalane jakimś cuchnącym śluzem, a w tym wszystkim widać było chude, blade ciałko.
I krew.
— Mamusiu, boli... — Vuko usłyszał ze środka metaliczny głos i wrzasnął. Odskoczył do tyłu, gubiąc miecz, i dalej się cofał. — Chcę do węża...
Głos umilkł, a Drakkainen cofał się, aż oparł się o ścianę i zjechał po niej na majdan. Siedział tak przez chwilę, aż rozległo się kolejne potężne uderzenie o bramę. Wędrowiec wzdrygnął się i ocknął na chwilę. Brama zatrzęsła się po raz kolejny, drzwi od płonącego dworu pękły na połowę i widać było, jak kilku ludzi pcha je z całej siły.
Wstał, zataczając się, podniósł łuk, znalazł gdzieś miecz i schował go do pochwy. A potem z zupełnie martwą i nieruchomą twarzą wybił się z ziemi, chwytając dłonią belkę, po czym wgramolił na dach.
Znalazł miejsce, w którym wypruł strzechę i wślizgnął się do środka.
Zachowywał się jak automat.
Wyciągał dzieci jedno po drugim na sąsiek, potem na dach, nie pozwalając im się rozłazić i przytrzymując niczym kocięta. Potem spuścił je po dyszlu prosto w ramiona Grunaldiego.
Skoczył z dachu, odbił od pali i poszybował w ciemność. Ziemia nadleciała mu na spotkanie. Zamortyzował upadek przewrotką i pokuśtykał za Grunaldim.
— Gdzie Gjafi?
— Nie żyje. Krab.
Wtopili się w mrok, wlokąc dzieci snujące się jak somnambulicy.
Węże wrzeszczeli, zajęci szturmowaniem własnej bramy i kontemplowaniem pożaru chałupy, oślepieni ogniem i ogłuszeni własnym wrzaskiem i paniką.
Tak jak w Afryce, przeszło przez głowę Drakkainenowi. Tak samo było w Afryce. Tak samo wyglądały armie warlordów. Oficerowie po czternaście lat, a reszta od siedmiu wzwyż.
Chwycił dwoje dzieci pod pachę i biegł, starając się stąpać jak najciszej.
Kiedy dobiegli do liny, Drakkainen chwycił Grunaldiego za ramię.
— Wchodź pierwszy — powiedział. — Będziesz wciągał dzieci razem ze Spalle, ja będę je przywiązywał.
— A potem wejdziesz? — zapytał Grunaldi stanowczo.
— Nie. Potem muszę iść dalej.
„Mamusiu, chcę do węża...”
— Zaopiekuj się moim koniem. Będzie tęsknił. Trzymaj go i nie wyrzucaj moich rzeczy. Wrócę.
— Nie możesz iść sam.
— Odprowadźcie dzieci do domu. Pilnujcie ich. Są jak zatrute, ale myślę, że kiedyś im przejdzie. Mogą znowu uciekać. I spieszcie się. Wsadźcie je na mojego konia i konia Gjafiego.
Drakkainen wyjął kilka strzał i wbił je, jedną obok drugiej, w ziemię. Kołczan był już prawie pusty.
W ciemnościach, od strony huczącego, sypiącego iskrami pożaru słychać było krzyki i tupot nóg.
— Ulf, będziemy na ciebie czekać.
— Słyszałem — odpowiedział Drakkainen twardo. Nie wolno się rozklejać. Morsy nie pękają.
— Grunaldi?
— Tak?
— Mój koń... Przytul czoło do jego czoła i powiedz mu, że wrócę, dobrze?
— Dobrze, przyjacielu. Jeśli nie, to ja po ciebie wrócę. A... wiesz, co to są te kraby?
— Nie chcesz wiedzieć.
Uścisnęli sobie bicepsy i karki, a potem Grunaldi zaczął się wspinać. Zatrzymał się na chwilę.
— Nitj’sefni?
— Tak?
— Znajdź drogę.
— Boh — odpowiedział Wędrowiec po chorwacku.
Drakkainen uniósł łuk i wypuścił w mrok pierwszą strzałę. Odpowiedział mu krzyk.
Potem strzelił jeszcze dwa razy i przywiązał pierwsze dziecko pod pachami węzłem ratowniczym. Kolejne wyruszyło gdzieś w ciemność i musiał chwycić je za kark jak kocię.
Znowu napiął łuk i strzelił ponownie. Zostało troje ścigających, którzy zorientowali się wreszcie, że pozostali leżą przeszyci strzałami albo konają właśnie na ziemi, i cofnęli się.
Z góry z wizgiem pomknęły kolejne strzały. Grunaldi i Spalle. Uśmiechnął się.
Kiedy ostatni chłopiec pojechał do góry, chlipiąc i ocierając się o skałę, Drakkainen schował łuk i wtopił się w mrok.
Ciemność daje mi poczucie bezpieczeństwa. Kiedy przechodzę przez zagajnik, natykam się na troje Węży, dźgających włóczniami kępy trawy i krzaki, dziewczyna pochlipuje z wściekłości, pozostali mają zaciśnięte szczęki. Znajdą.
Znajdą bydlaka, który zabił święte węże, podpalił im dom i porwał ich niewolników. Który zabił tylu braci. Więc będą szukać. To nic, że dom się pali, to nic, że każda para rąk jest potrzebna do wiader i zwalania strzechy.
To nic, że jest kompletnie ciemno.
Nie odpuszczą. Będą szukać. To nic, że w miejscu, w którym sprawcy już od dawna nie ma prawa być.
Wpadają na drzewa, potykają się, zaczepiają ostrzami o gałęzie.
I mijają mnie po obu stronach. Tylko dlatego, że klęczę zupełnie nieruchomo, z opuszczoną twarzą i trzymam dłoń na rękojeści miecza. Moja sylwetka nie przypomina ludzkiej. Jest po prostu czarną plamą. A nade wszystko nie porusza się. W mroku oko rejestruje głównie ruch. Siedzę tak cierpliwie, aż odejdą, i potem jeszcze dłużej.