Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #1
- Год: 2005
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
A potem opuszczam ich dolinę.
Wychodzi pierwszy księżyc i jak dla mnie robi się całkiem jasno. Zatrzymuję się w osłoniętej kotlince na zboczu niewielkiej, stromej góry.
Nie chodzi o ciemność. Chodzi o mroczki przed oczami, o głód i zmęczenie. Kilkadziesiąt sekund trybu bojowego też zebrało swoje żniwo.
Jestem wykończony.
Mam niewiele zapasów. Zawiniątko z garścią pasków suszonego mięsa, dwa batony chałwy i te nowe, suszone owoce, podobne do wielkich daktyli. Tyle, co upchnąłem po kieszeniach.
Nie mam bukłaka.
Piłem niedawno wodę ze strumienia, ale brak naczynia to może być problem. Trzeba było zabrać przynajmniej plastikową butelkę po śliwowicy. Miałem tam jeszcze prawie połowę rakiji. Mogłaby służyć nawet do przemywania ran, a potem butelka stałaby się doskonałą manierką.
Trudno.
Mam, co mam, a czego nie mam, nie potrzebuję.
Czuję potrzebę pośpiechu. To instynkt. Wiem, że jestem u celu.
I wiem, że jest chyba za późno.
Zakładam kaptur półkożuszka i obejmuję się ciasno ramionami, po czym znajduję sobie miejsce osłonięte od wiatru.
Jest dwadzieścia po drugiej, środa, dwudziestego czwartego października, według umownego kalendarza lokalnego. Temperatura powietrza sześć stopni, siła wiatru trzydzieści kilometrów na godzinę. Dobranoc, Midgaard.
Pobudka o pierwszym brzasku. Zbieram ostrzem noża rosę z trawy. Cappuccino a la Wybrzeże Żagli. Żuję kawałek mięsa, pół batonu chałwy i daktyla.
A potem opuszczam moją kotlinkę i ruszam na szczyt.
Siadam na szczycie tuż przed świtem.
Czas na poranną odprawę, lustrację okolicy w pierwszych promieniach słońca i zaplanowanie działań na najbliższe szesnaście godzin. Działań racjonalnych i sensownych.
Wschodzi słońce. Wspaniały moment, kiedy pierwszy pomarańczowy promień przeciska się między szczytami i maluje przede mną panoramę górskiego łańcucha.
To kompletny obłęd.
Szkolono mnie właśnie pod takim kątem, żebym nie oszalał, patrząc na dzieci, zmienione w bojowe maszyny, wyglądające jak piekielne karły. Żebym nie gryzł się w nieskończoność, kiedy widzę, jak piec przemawia ludzkim głosem albo gdy prawa fizyki idą sobie na spacer.
Ale to wszystko jest kwestia skali.
Patrzę na góry, otaczające długą i szeroką dolinę, i czuję pustkę. Coś w rodzaju obrazu kontrolnego albo komunikatu „panic screen”. „Umysł wykonał nieprawidłową operację i nastąpi jego zamknięcie. Jeżeli problem będzie się powtarzał, skontaktuj się ze sprzedawcą”.
Widzę górę, która jest wąska i wznosi się łagodnymi liniami aż do miejsca, gdzie jest ucięta równo jak nożem, a na szczycie stoi idealna, lśniąca kula wysokości biurowca. Licząc od podstawy, wszystko ma z sześćset metrów. Kula stoi w wodzie. Wodzie, która obraca ją powoli i omywa jej powierzchnię, a potem wycieka na pięć stron wodospadami.
Widzę szczyt, który jest stożkiem. Idealnym, strzelistym stożkiem, przebijającym w połowie wysokości kolejną kulę jak globus wielkości ligowego stadionu.
Nie wszystkie są geometryczne, ale niemal każdy szczyt w okolicy jest rzeźbą. O celowych, tytanicznych kształtach, bez śladu obróbki.
A w dolinie widać jeszcze bardziej obłąkane twory, choć znacznie mniejsze, przypominające jakieś dziwaczne fontanny, budynki i sadzawki, wśród których snuje się mgła.
Mam otwarte usta, wytrzeszczone oczy i milczę.
Milczę w sobie i na zewnątrz.
Gwałtownie usiłuję sobie tylko przypomnieć, w jaki sposób można przerwać halucynacje.
To niemożliwe.
A zatem jestem otruty.
Coś tu jest w powietrzu.
Ale moja dłoń wygląda jak dłoń.
Stado ptaków, przelatujących poniżej, jednak nie przemienia się w moich oczach w leszcze albo naleśniki. Rosnące wokół kępy trawy także są zgodne z „Atlasem do oznaczania roślin zielnych Kontynentu Północnego”.
Kiedy coś nie ma prawa istnieć, a jednak istnieje, przyjmuję to do wiadomości i nie zadręczam się pytaniami „jak” i „dlaczego”. Tak zostałem wyszkolony.
Schodzę w tę dolinę.
Długą, wyobloną granią, ciągnącą się poniżej pochylonego, przewieszonego od przodu szczytu.
Góra, z której schodzę w dolinę, w ogóle ma takie miękkie, opływowe linie. Idę po gładkim, wyślizganym granicie jak po jakiejś gigantycznej rurze. Grań opada dosyć łagodnie, ale jest naprawdę ślisko. Po obu stronach mam przepaść. Po lewej okrągłą, głęboką kotlinkę, otoczoną przez moją górę, a po drugiej ekspozycję na kolejną dolinę strumienia. W każdą stronę ze dwieście metrów w dół. Nieprzyjemnie.
Grań, po której idę, ciągnie się łagodnym, opadającym grzbietem jakieś pół kilometra.
Jest ślisko.
Przydałyby się haki i poręczówka.
Po dłuższym czasie mgły na dole rozchodzą się trochę, widzę, jak płyną doliną trochę jak rzeki, spływają spomiędzy szczytów i łączą się w jeden długi nurt, ale poza tym widoczność zaczyna się poprawiać. Wstaje słońce.
Patrzę tam, gdzie idę, i nagle staję w osłupieniu.
Bo widzę wyraźnie, że kieruję się — ku stopie.
Smukłej, kobiecej stopie, leżącej płasko na ziemi, przed wysuniętą do przodu nogą. Stopie długości jakichś stu pięćdziesięciu metrów.
A idę po ramieniu.
I zbliżam się do łokcia. Łokcia wspartego o kolano.
Kamienny most, łączący dwa niższe szczyty, to przedramiona, leżące obok siebie. Schodzę po ciele gigantycznej kobiety, która siedzi z wysuniętymi do przodu nogami, ze zwieszoną w dół głową, z ramionami opartymi łokciami o kolana.
Podchodzę bardzo ostrożnie, na ile daje się to na okrągłej powierzchni ramienia i zaglądam w dół.
Widzę gigantyczne, kuliste piersi zwieńczone sutkami wielkości kilkumetrowych, krępych baszt narożnych. Pochylona twarz jest stąd niezbyt dobrze widoczna. Dziewczyna ma zwieszoną głowę wspartą o ramiona, i patrzy w dół.
Najgorszy moment marszu to przejście przez dłoń. Jest stromo, trzeba ostrożnie ześlizgiwać się z kłykci na paliczki, na szczęście palec serdeczny i mały są trochę wysunięte i tworzą prawie stopnie. Ośmiometrowe stopnie, ale zawsze.
Czuję się jak Guliwer, choć z kobietą o tych rozmiarach nawet Guliwer by sobie nie poradził. Na jej dłoni można by rozegrać mecz koszykówki i zmieścić widzów.
Całe szczęście, że usiadła, wyciągając stopy tak daleko. W ten sposób schodzenie po goleni jest uciążliwe, ale wykonalne.
Podróż wieńczy zejście z palców stopy. Okazuje się, że paznokieć małego palca wcale nie jest specjalnie niżej niż inne i z jego powierzchni, na której można by zaparkować dwa samochody, do ziemi jest dobre trzy piętra.
Schodzę żlebem pomiędzy palcami. I stoję w obłędnej dolinie, otoczonej cudacznymi rzeźbami. U stóp dziewczyny, która usiadła i oparła głowę na splecionych ramionach.
I całe szczęście, że usiadła. Teraz ma z czterysta metrów do czubka głowy. Kiedy wstanie, będzie mierzyła sobie z kilometr.
Czuję nastrój obłędu, przenikający całą dolinę i mam wrażenie, że to będzie ciężki dzień.
Na wszelki wypadek aktywuję cyfrala.
Uznał, że nie odmówi sobie spaceru w kotlinkę, utworzoną przez nogi dziewczyny, a nakrytą od góry przez głowę i splecione ramiona.
— Zmęczyłem się, moja droga — oświadczył Drakkainen. — Bardzo podobają mi się długie nogi, ale po twojej schodziłem półtorej godziny. To chyba przesada.